Moto Marocco 2017

Ciekawe miejsca, propozycje wycieczek, co warto zobaczyc? Tematy związane z turystyką motocyklową
Awatar użytkownika
yummy
Posty: 1099
Rejestracja: 03 lipca 2009, 13:35
Motocykl: B12 '99
Lokalizacja: Bukareszt
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Postautor: yummy » 10 grudnia 2017, 13:10

Ochhh, dobrze, że zostawiłam sobie czytanie na długą spokojną chwilę.
Było mi to naprawdę potrzebne po kilku tygodniach odmóżdżenia, w ciągu których nie przeczytałam chyba nic dłuższego niż pół strony.
Przyznam, Dorciu, że Twoje refleksje mnie inspirują i prowokują, więc założenie "wątku filozoficznego" na forum chyba by się przydało ;)
Cały czas czekamy na ciąg dalszy, zwłaszcza ta burza piaskowa mnie nurtuje :shock: no i jak to jest z tym ramadanem naprawdę. Niewiele wiem o kulturze islamskiej :?

Mówiąc, że relacja mnie inspiruje, mam na myśli to, że googlam sobie rzeczy, które mnie zainteresowały i których nie znałam. I tak poooglądałam trochę przełęczy Stelvio, dowiedziałam się, że alfa romeo już wypuściła tego SUVa o identycznej nazwie oraz przeczytałam to:

" W 2007 roku przełęcz pojawiła się w programie „Top Gear”, a brytyjski dziennikarz motoryzacyjny, Jeremy Clarkson określił ten pełen serpentyn podjazd jako „najlepszą na świecie drogę do jazdy samochodem”. W dwa lata później, testując najnowsze modele Aston Martina, Ferrari i Lamborghini na rumuńskiej Szosie Transfogaraskiej, Clarkson przyznaje, że się okrutnie pomylił."

Ups ;)
Nie jedź szybciej, niż umiesz myśleć.

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 605
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 51
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Postautor: Maćko » 19 grudnia 2017, 20:45

Dzień ósmy – środa 24 maja 2017 roku

Słońce za oknem obudziło nas o 7 rano. Po wczorajszej „odskoczni kolacyjnej” pora wrócić do rzeczywistości – na śniadanie spałaszowaliśmy czterodniową bagietkę, suchą krakowską z musztardą, zapijając wszystko świeżo zaparzoną na tarasie kawą.
Parę minut po 8.00 ruszyliśmy do pierwszego na dzisiaj celu naszej podróży –Essaouiry. Na pierwszej stacji benzynowej kupiliśmy kartę do telefonu, aby móc korzystać z internetu. Kwota 100 dirhamów pozwoliła nam serfować po internecie (szczególnie po booking.com) podczas całego wyjazdu i odbyć kilkanaście minut rozmów z dziećmi. Oczywiście aby uruchomić kartę i doładować konto musieliśmy skorzystać z pomocy sprzedawcy.
Jechaliśmy żółtą nadmorską drogą R 301. Jeżeli kiedyś wybierzecie się do Maroka i będziecie mieli kilka zaoszczędzonych godzin naprawdę warto tędy pojechać. Widoki powalały – po lewej stronie kamienista ziemia przechodząca w bujną zieleń, maleńkie wioski przechodzące w ogromne pola, a po prawej stronie Atlantyk rozbijający się o klify, by kilka kilometrów dalej leniwie lizać ciągnące się kilometrami plaże, a wszystko w blasku odbijającego się w nim słońca. I co ważne, zero ruchu. Tylko my, Maroko i tysiące myśli kłębiące się w naszych głowach. To były takie chwile, że oboje wiedzieliśmy, iż każde słowo, zdanie wypowiedziane w mikroportach i tak nie odda tego co oboje odczuwaliśmy. Te chwile i ta sceneria warte były milczenia. I jak w takim momencie nie pomyśleć o filozofii podróżowania na moto. Jak patrzę na nas i metamorfozę jaką przeszliśmy od czasu naszego pierwszego wyjazdu do Rumunii, to aż się boję pomyśleć, co Maćko wymyśli na przyszły rok. Co roku przecież stawiamy sobie coraz trudniejsze wyzwania. Nasze życie jest tak krótkie, my jesteśmy na ziemi tylko przez chwilę, a świat jest tak ogromny… Jak to jest fantastycznie poznawać nowe kraje, ludzi, ich kulturę i do tego jeszcze czerpać przyjemność z jazdy, a nie z odhaczania obowiązkowych punków na liście motocyklisty. Dosyć filozofii. Około południa dotarliśmy do Essaouiry z zamiarem krótkiego zwiedzenia medyny i zjedzenia świeżej ryby prosto z kutra, upieczonej na grillu przez miejscowych rybaków. Mieliśmy na to wszystko godzinę, bo przed nami było jeszcze 350 km jazdy do Sidi Ifni. Parking przy medynie znaleźliśmy w miarę szybko.
Zaraz po zaparkowaniu moto podszedł do nas friend z propozycją bycia przewodnikiem po miasteczku. Ponieważ jestem wyczulona na ”friendów wszelkiej maści”, grzecznie acz stanowczo mu podziękowałam. Gość nie zrażony, zaproponował, że zaprowadzi nas do super klimatycznej restauracji ze świeżymi rybami. Sama nie wiem jak to się stało, ale na słowa „świeże ryby” czerwona lampka w mojej głowie nagle zgasła, a asertywność wyparowała. Zostaliśmy zaprowadzeni do fantastycznego miejsca, a gość polecił nam dania, które powinniśmy zjeść. Gadał tak szybko i tak dużo, że w pewnym momencie mieliśmy już go dość i w nadziei, że w końcu sobie pójdzie zamówiliśmy polecane przez niego ryby i zimną colę. Ten z kolei, widząc, że jego działania przyniosły efekty, życzył nam smacznego i poszedł „łowić” kolejne ofiary. „Uczynność” frienda kosztowała nas jedno piwo, za które mieliśmy zapłacić. Już po kilku minutach dotarło do mnie co zrobiłam i poryczałam się jak dziecko z własnej głupoty. Maciek taktownie nic się nie odzywał, sącząc zimną colę. Zamiast zjeść świeżo złowioną rybę prosto z grilla w miejscowym barze – jedliśmy to samo w knajpie za zupełnie inne pieniądze. Ryby wprawdzie były pyszne, rachunek też nie przyprawił nas o zawrót głowy, ale to nie to samo. No i na zwiedzanie medyny zostało nam mniej czasy niż planowałam. Essaouira to maleńka i urokliwa miejscowość, z pięknymi plażami, a ufortyfikowana medyna naprawdę robi wrażenie. Pospacerowaliśmy kilkanaście minut wąskimi uliczkami, podziwiając suki, na których handlowało się rękodziełem i oczywiście rybami. Można tam było kupić praktycznie wszystko. Zajrzeliśmy też na chwilę do mellah, czyli kwartału żydowskiego i pora było wracać na parking.
Drogą N1 pomknęliśmy w stronę Sidi Ifni. Przed Agadirem trwały roboty drogowe, więc jazda przez kilkadziesiąt kilometrów była prawdziwą męczarnią.
Wiadomo, że ten okręg słynie z uprawy drzew arganowych i wyrobu oleju arganowego. Mijaliśmy więc dziesiątki hektarów ziemi, na którym rosły. W pewnym momencie udało nam się sfilmować kozy na czubkach drzew, które żywią się właśnie owocami arganowca. Ten „proceder” był nam już znany, bo kilka tygodni przed wyjazdem oglądaliśmy w National Geographic film na ten temat. Nie sądziliśmy jednak, że uda nam się zobaczyć to na żywo.
W miarę jak oddalaliśmy się od Agadiru, ruch stawał się coraz mniejszy i nawet dwa razy zatrzymała nas policja, ale chyba tylko po to, żeby z kimś pogadać. Padały oczywiście standardowe pytania: skąd jesteśmy, dokąd jedziemy i życzenia miłego pobytu w Maroku. Posterunków policji minęliśmy dziś zresztą kilkanaście, ale wszyscy przyjaźnie do nas machali. Tak samo zresztą jak ludzie w miasteczkach przez które jechaliśmy.
Kilkanaście kilometrów przed Sidi Ifni (w Tiznicie) zjechaliśmy z drogi N1 na krajową R104 i znów jechaliśmy wzdłuż oceanu. Jakie tam były winkielki, jak dobrze wyprofilowane zakręty i oczywiście widoki powalające na kolana. Do Sidi Ifni dotarliśmy około 19, w samą porę, bo zaczęło padać. W miarę szybko znaleźliśmy niedrogi hotel (Hotel Safa, Boulevard de Caire) i po 10 godzinach „w siodle” nareszcie mogliśmy odpocząć.
Na ostatnim zdjęciu z dzisiejszego dnia można zobaczyć fragment hotelowego garażu, gdzie składowano niezjedzone bagietki (szczurów nie zauważyliśmy ).


Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek

Dzień 8: Oualidia – Essaouira – Agadir – Sidi Ifni, 528 km

Dzień dziewiąty – czwartek 25 maja 2017 roku

Dzisiejszy dzień miał być w miarę luźny z przelotem przez Atlas w stronę Marakeszu. Poranek oczywiście zaczęliśmy od marokańskiego śniadania – rogaliki, bagietka, miód, ser, sok z pomarańczy, kawa. Około 9.00 ruszyliśmy na plażę Legzira. Tak jak opisał to Dredd, po około 4 kilometrach jadąc w stronę Casablanki skręciliśmy w lewo. Były zresztą oznaczenia. Na terenie osiedla biało-niebieskich domków zostawiliśmy moto, kurtki, kaski i po kilkudziesięciu stopniach zeszliśmy w dół na plażę. Byliśmy tam jedynymi turystami (poza bezpańskimi psami które nam towarzyszyły), więc bez przeszkód mogliśmy podziwiać jedyny łuk jaki tam pozostał. Plaża jest naprawdę wyjątkowa. W tej niesamowitej scenerii spokojnie można kręcić kolejne części Gwiezdnych Wojen. Miejsce wygląda nieziemsko, a to za sprawą wielkiej skalnej bramy, która piętrzy się nad piaskiem i nurkuje w Atlantyku. Można godzinami delektować się tym widokiem. Spędziliśmy tam prawie trzy godziny i nie żałujemy ani jednej minuty.
Dziś opuszczamy wybrzeże i ruszamy w głąb Maroka, więc pora zostawić po sobie ślady naszymi nalepkami. Pierwsza wylądowała na znaku Stopu przy zjeździe na Legzirę, druga na samej plaży na tablicy ostrzegającej o spadających kamieniach. Ponieważ na jutro zaplanowaliśmy wjazd na przełęcz Tizi-n-Test i dojazd około południa do Marakeszu, więc dziś postanowiliśmy pozostały dzień poświęcić na szwędaniu się po lokalnych drogach Atlasu Wysokiego. Po własnych śladach wróciliśmy do Tiznitu, by potem skręcić w lewo w drogę R104 do Tafraoute, potem do Titek, Igherm, a następnie drogą R109 w kierunku Taroudant, gdzie wstępnie planowaliśmy nocleg. Pierwszy odcinek w okolicach Tighmi na wysokość 1300 metrów wspinaliśmy się w takiej mgle, że widoczność przed motocyklem wynosiła około 5 metrów. Prędkość spadła nam do 30 km/h, ale powoli jechaliśmy w górę, zakręt po zakręcie, prosta po prostej.
Potem było już tylko lepiej i cieplej, a naszym oczom ukazał się niesamowity widok. Coś co określiliśmy mianem mgły okazało się być chmurami, po wjechaniu ponad które ukazał się słoneczny dzień. Ale najlepsze było dopiero przed nami. W okolicach miasteczka Had Tahala zobaczyliśmy skały jakich w życiu nie widzieliśmy. Ogromne głazy uformowane w wielkie rzeźby. Na mapie noszą nazwę Chapeau de Napoleon. Już po powrocie do Polski sprawdziłam, że to duże granitowe formacje skalne pocięte siłami naturalnymi (deszcz i wiatr). Kilka kilometrów dalej w Tafroute w miejscowej knajpce o nazwie Konoba zjedliśmy najlepszego tagina w Maroku – wołowina, cebula, papryka, śliwki i orzechy. Sam sos był tak wyczyszczony z naczynia, że spokojnie nadawało się do podania kolejnego dania bez mycia. Przyjęto nas tam oczywiście bardzo ciepło, a tubylcy zagadali do nas nawet po polsku „Maroko jest spoko”, „wszystko dobrze?”. Knajpa była o tyle szczególna, że całe drzwi oklejone były nalepkami przejeżdżających tam ekip i wycieczek. Naszej oczywiście też nie mogło zabraknąć.
Około 16.30 ruszyliśmy w dalszą drogę, przed nami było jeszcze do przejechania około 200 kilometrów. Na wysokość 1700 metrów wspinaliśmy się w pełnym słońcu. Widoki… jak zwykle cudne i warte przyjazdu do Maroka. Od ilości robionych zdjęć aż złapał mnie skurcz palców. A poza tym przez niemalże 70 kilometrów byliśmy jedynymi zmotoryzowanymi na tej drodze – żadnego auta, motoru czy roweru. Dopiero po 70 kilometrach spotkaliśmy trzech motocyklistów i byli to w ogóle pierwsi motocykliści jakich spotkaliśmy w Maroku. Pogoda dawała nam się powoli we znaki, a Maćko czuł, ze odparza sobie dupsko. Postanowiliśmy więc nie jechać do Taroudant, a zatrzymać się w pierwszym napotkanym hoteliku. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do miasteczka Igherm, a zapytany o hotel policjant od razu wskazał nam drogę. Miejscówka z zewnątrz wyglądała nawet nieźle. Na dole knajpeczka z taginami i oświetlony szyld hotelu. Właściciel knajpki wskazał nam drogę do recepcji hotelu na pierwszym piętrze, dziwnie się przy tym uśmiechając. Po tym co zobaczyliśmy na górze wcale nie było nam do śmiechu. Recepcja hotelu połączona była z barem, gdzie sprzedawano piwo, a na ladzie z centymetrowym kurzem piętrzyły się stosy brudnych szklanek i popielniczki pełne petów. O woni tego pomieszczenia nawet nie wspomnę. Właściciel tego przybytku zaprowadził nas do pokoju, a jego widok … łóżka z szarą i dawno nie zmienianą pościelą, przy drzwiach czarna od brudu umywalka z cieknącym kranem, a na ścianach karaluchy. Przeżyliśmy taki szok, że nawet nie zapytaliśmy o cenę, o zrobieniu zdjęcia nie wspominając. Nawet minuty nie trwało, jak siedzieliśmy na motorze…Maciek stwierdził, że nawet jego odparzona dupa nie zniesie takiego miejsca. Do Taroudant mieliśmy około 70 kilometrów i godzinę jazdy, więc postanowiliśmy się przemęczyć. W miarę zbliżania się do miasta wysokość spadała, a ruch samochodowy wzrastał. Parę kilometrów przed Taroudant po lewej stronie drogi zobaczyliśmy Riad Freija. Wyglądał fantastycznie, więc postanowiliśmy się tam zatrzymać. Riad niestety był zamknięty, ale siedzący w nim recepcjonista zadzwonił do właściciela, który po kilkunastu minutach przyjechał. Dostaliśmy super pokój i zamówiliśmy na rano śniadanie. Cena – utargowane z 50 - 40 euro. Bardzo dobra cena, biorąc pod uwagę klimat i fakt, że byliśmy jedynymi gośćmi, a Maćko naprawdę nie miał siły na dalszą jazdę i oddałby wszystko za trochę cienia i miejsce do spania. Ten typowo marokański, choć trochę zaniedbany pensjonat, robił niesamowite wrażenie. Dwa patia z pokojami, apartamentami rodzinnymi, restauracja, palmy na tarasach, miejsca na sjesty. No i oczywiście ogromny portret władcy wiszący w recepcji. W patio, gdzie dostaliśmy pokój, był basen, z którego Maciek natychmiast skorzystał, kojąc swoje odparzone 4 litery.
Od razu przepraszam za ilość zdjęć, ale może choć trochę oddadzą atmosferę dzisiejszego dnia.

Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek

Dzień 9: Sidi Ifni – Tiznit – Tafraoute – Titek – Igherm – Taroudant, 350 km

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 605
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 51
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Postautor: Maćko » 23 grudnia 2017, 14:12

W oderwaniu od relacji, które piszemy Turystyka to taki fajny wątek, żeby złożyć Świąteczne życzenia dla Wszystkich podróżujących na moto… choćby tylko na przegląd :D . Może trochę zaśmiecę wątek, ale co tam. Tezka Vremena Prijatelu Moj. To taka stara Jugosłowiańska piosenka, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy ciężkie czasy mój przyjacielu. Niech ten czas Świąt Bożego Narodzenia natchnie Was nadzieją na przyszłość, a te wyjątkowe dni spędzajcie w gronie bliskich, w zgodzie i zdrowiu. I choć Jugosławii już nie ma, tekst tej pieśni nadal pozostaje aktualny, a bliskości i ciepła rodzinnego :zimno: niech Wam nigdy nie zabraknie.

Awatar użytkownika
yummy
Posty: 1099
Rejestracja: 03 lipca 2009, 13:35
Motocykl: B12 '99
Lokalizacja: Bukareszt
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Postautor: yummy » 23 grudnia 2017, 17:02

Jugosławia dalej istnieje, w sercach niektórych ludzi, na przykład w środowiskach emigracyjnych na Zachodzie, którzy wszyscy żyją jak rodzina, świętują oba Boże Narodzenia (prawosławne i katolickie) oraz do dziś przedstawiają się "jestem z Jugosławii".
Dzięki za życzenia i sorry za robienie off-topu od off-topu :shit:
Nie jedź szybciej, niż umiesz myśleć.

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 605
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 51
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Postautor: Maćko » 25 grudnia 2017, 22:11

Dzień dziesiąty – piątek 26 maja 2017 roku

Śniadanie zamówiliśmy na 7.30, by o 8.00 być już gotowym do drogi. Pogoda była super, od samego rana przyświecało nam słoneczko. Po śniadaniu zrobiłam jeszcze fotki miejscówki w blasku wschodzącego słońca i w drogę.
Po około 50 kilometrach zjechaliśmy z drogi N10 na R 203 w stronę Marakeszu. Wspinaczkę na Tizi-n-Test (2092 m npm) rozpoczęliśmy górską (początkowo szeroką) drogę wśród tysięcy drzew arganowych i oliwkowych porastających skalne zbocza. Na samą przełęcz prowadziła droga asfaltowa, bardzo dobrze wyprofilowana, tylko miejscami nieutwardzona. Ta przełęcz jest, w mojej ocenie, najpiękniejszą jaką było mi dane do tej pory zobaczyć. Gdy dojechaliśmy na szczyt chmury były dosłownie pod nami. Jest to niesamowita trasa – zakręt za zakrętem, ogromne przepaście i panorama gór Atlas. Każdy kolejny widok był lepszy od poprzedniego – dosłownie banan na ustach przez dwie godziny jazdy. Byliśmy nad chmurami i pod nimi dosłownie w ciągu kilku minut. Na szczycie przełęczy, na szybie sklepiku z pamiątkami, nakleiliśmy naszą naklejkę, a w moteliku obok napiliśmy się kawy. Z przełęczy było już z górki, setki wspaniałych zakrętów okraszonych niewiarygodnymi widokami. Chciałoby się jechać i jechać po tych dziesiątkach kilometrów agrafek, przy których maleńkie miejscowości były posadowione niemalże na krawędzi urwisk.
Ostatni odcinek przed Marakeszem (od miejscowości Tahannaoute) był już łatwy. Droga była dobrze utrzymana, a jedynym wyzwaniem był typowo marokański ruch drogowy, czyli wlokące się przeładowane ciężarówki, stare autobusy i manewrujące w całkiem nieprzewidywalny sposób taksówki. Podczas przejazdu przez Tahannaoute wyraźnie było widać, jak bardzo się ono różniło od innych miejscowości w pobliżu Marakeszu. Małe domki w kolorze gleby przytulone są do stromych dolinnych zboczy, na ulicach można było zobaczyć nawet niezakeftowane kobiety. Naprawdę tego dnia dostaliśmy to czego chcieliśmy – Maciek przed wjazdem do Marakeszu, stwierdził jedno: „wyjeździłem się po takich winklach w otoczeniu jakie tylko sobie można wymarzyć !”
Około 14.00 dotarliśmy do Marakeszu – jak to piszą bajecznego miasta. Wczoraj zabookingowaliśmy pokój w Riadzie Alwachma (21, Derb Sehb – Bab Doukkala, Marakesz, riadalwachma@hotmail.fr), zaledwie kilka minut spaceru od centrum. Magiczne miejsce, z małą fontanną na dziedzińcu, dziesiątkami świeczek i tarasem, z którego można było podziwiać Marakesz. Po szybkim prysznicu poszliśmy w miasto, zaopatrzeni w plan Mediny przez recepcjonistę w hoteliku. Niestety nie wszystko co chciałam dane nam zwiedzić - medresy Ibn Jusufa, mauzoleum Sadytów i pałacu El Badi były już zamknięte. Za to targ Jemmaa El Fna i pobliskie suki zwiedziliśmy bardzo dokładnie, zakupując przy okazji kilka drobiazgów (czytaj magnesów) dla najbliższych.
Aby zrozumieć kulturę danego kraju, najlepsza jest wizyta na targu. Dlatego z niekłamaną przyjemnością spędziliśmy tam czas do późnego wieczora. Targ był wypełniony straganami, dookoła można było kupić tyle souvenirów ile tylko dusza zapragnie, niestety większość z nich z napisem „Made in China”. Między nimi zaklinacze kobr, treserzy małp i innych dziwnych zwierząt. Spacerując po rynku fajnie było przy okazji obserwować Maćka, który z odległości przynajmniej kilkunastu metrów omijał zaklinaczy węży :D , i to nie z obrzydzenia, a z nutą prawdziwego strachu przed tymi wytresowanymi przecież gadami.
Gdy zaczął zapadać zmrok, zobaczyliśmy to, o czym do tej pory czytałam w przewodnikach. Cały rynek (wcześniej w miarę spokojny i z niewielką ilością turystów) zaczął tętnić życiem, dookoła przewijało się mnóstwo osób różnej narodowości, wszędzie jak grzyby po deszczu wyrastały budki z jedzeniem, świeżo wyciskanymi sokami (wypiliśmy po 3 szklanki na różnych stoiskach), słodyczami, pamiątkami i wszystkim, co można sobie tylko wyobrazić. Sprzedawcy na „stoiskach gastronomicznych” jak tylko usłyszeli język polski, bez problemu przekonywali nas do swojego stoiska, krzycząc „herbata za darmo”, „Lewandowski”, „specjalne ceny dla Polaków tylko u nas”. W pewnym momencie i nam udzielił się ten nastrój i mijając kolejne stragany, zanim jeszcze naganiacze zdążyli wypowiedzieć swoje formułki, my ich w tym wyprzedzaliśmy. Śmiechu i zabawy wszyscy mieliśmy przy tym co niemiara. Ale te nasze „działania” i tak nie przeszkadzały uroczym Marokańczykom zapraszać nas na ich jedzenie (pomijając fakt, że na każdym ze stoisk było niemalże to samo).
Ponieważ chcieliśmy spróbować jedzenia na targu, zamówiliśmy mix grillowanych mięs z sosami, oliwki i marokańską sałatkę. Wyborną miętową herbatę oczywiście dostaliśmy gratis. Na zakończenie zajęłam miejsce za stoiskiem pełnym przysmaków (zamieniając się w sprzedawcę) i razem z jego „właścicielami” trochę pośpiewaliśmy, co Maćko oczywiście uwiecznił na filmie.
Jednym zdaniem – trzeba było to zobaczyć i poczuć. Zapach herbaty, ziół, kolorowe dywany, tandetne pamiątki oraz wszechobecny marokański gwar. Muzyka, rozmowy, śmiech i zapach grillowanych potraw to urok tego miejsca wieczorem i w nocy. Pełno tu również wszelkiego rodzaju naciągaczy, skuterów poruszających się chaotycznie i wzajemnie na siebie trąbiących.
Wśród tętniących gwarem uliczek, mijając otwarte barber shopy, warsztaty z rękodziełem, około 22 uśmiechnięci wróciliśmy do Riadu, aby jeszcze rozplanować trasę na dzień jutrzejszy.
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek

Dzień 10: Taroudant - Marakesz, 218 km

Awatar użytkownika
yummy
Posty: 1099
Rejestracja: 03 lipca 2009, 13:35
Motocykl: B12 '99
Lokalizacja: Bukareszt
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Postautor: yummy » 26 grudnia 2017, 17:16

:bravo: :bravo: :bravo:
esencja tego, czym jest dobry posiłek: grillowane mięso i warzywa :P
Kiedy będzie można uświadczyć tego filmu z Twoim śpiewem? :lol:
Nie jedź szybciej, niż umiesz myśleć.

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 605
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 51
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Postautor: Maćko » 07 stycznia 2018, 21:57

Dzień jedenasty – sobota 27 maja 2017 roku

Jak co rano o 8.30 jesteśmy w siodle. Ale najpierw kolejne marokańskie śniadanie. Maćko codziennie w Maroku ma Dzień Dziecka, bo zajada naleśniki (za którymi ja nie przepadam), a dla mnie pozostają sok pomarańczowy, serki i świeże bagietki z oliwą. Dziś ruszamy w stronę wąwozów Dades i Todra (które zamierzamy przejechać jutro), ale na razie przed nami druga z marokańskich przełęczy. Na Tizi-n-Tichka (2260 m npm) wjeżdżamy w pełnym słońcu, choć przy silnym wietrze. Przełęcz jest piękna z niesamowitymi formacjami skalnymi i przełomami rzek, ale wrażenie z poprzedniego dnia jeszcze mnie nie opuściło. Tak naprawdę na zrobienie fotek zatrzymaliśmy się tylko raz, bo ilość handlarzy „surowcami mineralnymi” i ich natręctwo było podobne do ilości tych z Marakeszu. Przez przełęcz prowadzi droga krajowa N9 i choć widoki zapierają dech w piersiach, a traska mogłaby stanowić (a dla tych co tędy jechali – stanowi) marzenie motocyklistów, to ja i tak nadal pozostaję pod wrażeniem wczorajszego dnia. Pewnie głównie dlatego, że wczoraj było dziko, prawdziwie, bez naganiaczy. Może także z uwagi na to, że wczorajsza żółta lokalna dróżka i chmury pod stopkami moto były bardzie sprzyjające dla takich przełęczy niż nowiutki asfalt i dwupasmowa jezdnia wiodąca na szczyt przełęczy Tizi-n-Tichka. Dziś krajobraz był bardziej surowy, góry prawie bez roślinności, jedynie pokryty na szczycie śniegiem Dżabal Toubkal (najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego, 4255 m npm) majaczył gdzieś w oddali.
W drodze do Ouarzazate zahaczyliśmy jeszcze o studio filmowe Atlas i zbaczając 10 kilometrów z drogi, pojechaliśmy do Ait Ben Haddou. Już tylko z czystej formalności napiszę, że kręcono tam takie filmy jak Klejnot Nilu, Gladiator. Samo miejsce nie powalało na kolana. Nawet nie zsiedliśmy z motocykli. Osada, nie powiem ładna, o tej porze prawie pozbawiona turystów (chociaż spotkaliśmy tam trzech motocyklistów) pełna była straganów i naganiaczy do ciągnących się wzdłuż drogi knajpek. Naszym zdaniem, z czystym sumieniem można sobie to miejsce w Maroku odznaczyć jako niekonieczne do zobaczenia.
Gdy tylko zjechaliśmy z przełęczy, krajobraz dookoła nas zmienił się diametralnie. Zielone i zagospodarowane Maroko zmieniło się w kamienistą pustynię, gdzieniegdzie porośniętą kępkami zielonych krzaków. Do dziś nie wiemy, czym żywiły się pasące tam kozy i owce. Temperatura około 14.00 dochodziła do 36 stopni, a my przez dziesiątki kilometrów mijaliśmy miasta i wioski bez śladu ludzi, w których pozamykane było wszystko – nawet przydrożne bary, sklepy i warsztaty, których w każdej marokańskiej wsi do wczoraj widzieliśmy po kilkanaście na każdej ulicy. Otwarte były tylko stacje benzynowe. Przez kilka godzin śmialiśmy się z Maćkiem, że w taki upał Marokańczycy wszystko pozamykali i nie chce im się wyjść na ulice w taki upał. Dopiero dwa dni później przeczytaliśmy w necie, że w piątek (czyli w dniu kiedy byliśmy w Marakeszu) w Maroku zaczął się Ramadan. Nie sprawdziliśmy tego przed wyjazdem z Polski, ale doskonale wiedzieliśmy co nas czeka do końca pobytu w Maroku. Jak nie zrobimy sobie „kanapeczek z tego co nam dadzą na śniadanie” do wieczora nic nie zjemy. I tak nasza wizja street food-u w Maroku i jedzenia z tubylcami legła w gruzach.
W Ouarzazate cudem znaleźliśmy otwarty bar, bo nieźle burczało nam już w brzuchach. Zimne soki ze świeżo wyciskanej pomarańczy i tagin z kurczaka z cytryną zaspokoiły nasz głód, nawet wygląd kuchni, którą w między czasie pokazał nam właściciel, nie była w stanie odebrać nam apetytu. Kuchnia choć maleńka, miała podstawowe naczynia – kamionki do tagina, czyste szklani i wyciskarkę do soku z pomarańczy. A że po ceracie chodziły muchy… widocznie dobrze im tam było, a nam wychowanym na wsi zupełnie nie przeszkadzały.
Od Ouarzazate po drodze N9 jechaliśmy już Doliną Dades i słynną Drogą Kazb. Kilka pierwszych budowli zobaczyliśmy już za miejscowością Skoura. Zrobiłam wprawdzie parę fotek, ale z uwagi na upał nie bardzo chciało nam się zatrzymywać na dokładniejsze ich zwiedzanie. Mniej więcej 50 kilometrów dalej wjechaliśmy do Kalaat Makuna, miejsca i miasteczka, gdzie na wielką skalę uprawia się najlepsze marokańskie róże. Poczuliśmy się zupełnie jak w Bułgarii. Przez kilkanaście kilometrów po obu stronach drogi stały mniejsze i większe sklepiki z wyrobami różanymi, z których roztaczał się słodkawy zapach. A ile tam stało autokarów z japońskimi turystami.
Niedaleko za miastem skręciliśmy w lewo w drogę R 704 (biała na mapie) prowadzącą do wąwozu rzeki Dades. Tam czekał na nas zarezerwowany (wczoraj na booking.com) nocleg w Auberge Des Jardins Du Dades (Ait Youl, 45150 Boumalne). Widok z tarasu naszego pokoju: wprost na otulone zachodzącym słońcem skały przez które jutro będziemy jechać. Jakbym wiedziała, co nas od jutra będzie czekało, pewnie… napięcie od teraz dopiero będzie rosło…

Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek

Dzień 11: Marakesz – Ouarzazate – Boumalne Dades, 339 km

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 605
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 51
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Postautor: Maćko » 14 stycznia 2018, 12:58

Dzień dwunasty – niedziela 28 maja 2017 roku

Dzień zaczęliśmy od śniadania na tarasie z widokiem na góry i wschodzące słońce. Dziś przed nami około 200 kilometrów i dwa wąwozy. Chcieliśmy skończyć trochę wcześniej i zanocować w Tinerhir, aby dać „siedzeniom” i motorowi odpocząć. Jak się później okazało – pomarzyć dobra rzecz.
Do wąwozu Dades mieliśmy 30 kilometrów, a sam wąwóz ma około 15 kilometrów długości. Droga na mapie miała kolor biały, co według legendy oznacza, że jest dobra i bez problemu przejedziemy. Widoki powalały. Skały z jednej strony, przepaście z drugiej. Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Myślałam, że po dwóch ostatnich dniach już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, ale dziś to był coś, co trudno przebić.
Po 50 kilometrach skończył się Georges du Dades i dobra droga. Asfalt był przyzwoity, później gorszy, a po chwili zniknął całkiem. Zaczęła się jazda doliną po w miarę dobrej, choć trochę dziurawej ścieżce. Przejechaliśmy tak 20 kilometrów drogą R703, dojeżdżając do wioski Msemrir. Tu mogliśmy skręcić w prawo i skrótem przebić się w stronę Wąwozu Todra, ale Maciek stwierdził, że przecież jeszcze nie było serpentyn, które oglądaliśmy na zdjęciach z niemal każdej relacji, które czytaliśmy. Postanowiliśmy jechać dalej w górę. Przed nami widniały kolejne szczyty i nic nie zapowiadało tego, co miało się stać za parę kilometrów. Do dziś nie wiem co nami kierowało w tym momencie – ignorancja, głupota, brak doświadczenia, brak instynktu samozachowawczego – chyba wszystko po trochu.
Po kilku minutach wjechaliśmy na szuter. Jechaliśmy szutrem w zupełnej ciszy i spokoju otaczających nas gór i tylko strzelające spod kół kamienie dawały nam do zrozumienia, że coś jest nie tak . Od czasu do czasu mijaliśmy chodzące „kupy krzaków” z pod których wystawały tylko nogi osłów prowadzonych przez kobiety ubrane w „dywany” z widocznymi jedynie oczami. Z jednej strony skały, z drugiej przepaść, a po środku wąska dróżka. Sądziliśmy, że skończy się po kilku kilometrach. Jeszcze wtedy mieliśmy możliwość zawrócić. Ale wspinaliśmy się coraz wyżej i wyżej i w końcu zobaczyliśmy i doświadczyliśmy tego co widzieliśmy jedynie na fotografiach. Niekończące się serpentyny, na które wjechaliśmy po 10 kilometrach wspinaczki po szutrze. Nawet nie odpalaliśmy GPS-a, bo wiedzieliśmy, że innej drogi nie ma. Po kolejnych 10 kilometrach off-roadu w temperaturze 37 st.C. dotarliśmy na wysokość 2905 metrów. Zatrzymywaliśmy się co kilka kilometrów. To na zdjęcie, to na zaczerpnięcie powietrza, to na napawanie się widokiem. Prędkość nie przekraczała 20 km/h. W każdej chwili nasza jazda mogła skończyć się katastrofą, bo opony w Norge nie są przystosowane do szutrów. Jeden ostry kamień i koniec – nawet zestaw naprawczy nic by nie pomógł. To był cud, że nic się nie stało. Widoki jednak wynagradzały nam wszystko. Podczas jazdy przez niekończącą się przełęcz wzdłuż rzeki Dades (zresztą wyschniętej) jakby spod ziemi pojawiały się na drodze dzieci z rękoma wyciągniętymi po cukierki. Niestety wszystkie były w kufrze.
Szuter i kamienie skończyły się po 50 kilometrach i 2,5 godziny jazdy w miejscowości Agoudal. Nie wierzyliśmy własnym oczom, kiedy nagle przed nami wyrosła ta wioska – widmo, i … asfalt. Cud! Dotarliśmy do jakieś cywilizacji! Wioska wyglądała na prawie całkowicie opuszczoną i tylko wiatr hulał pomiędzy glinianymi domkami. Po włączeniu GPS-a okazało się, że do Tinerhir zostało nam około 80 kilometrów. Teraz mogło być już tylko lepiej. Jedno jest pewne. Tego przedpołudnia dystansu nie liczyliśmy na kilometry, liczyliśmy godziny drogi jakie były za nami. Zupełne zatracenie czasoprzestrzeni i wewnętrzy strach przed ewentualną katastrofą podświadomie wpływało na brak odczucia głodu. Ale gdy tylko wjechaliśmy na asfalt i trochę zeszły z nas emocje, nasze żołądki poczuły, że dłużej nie wytrzymają i muszą coś zjeść. Na 35 kilometrów przed Tinerhir zatrzymaliśmy się w przydrożnej oberży na sok i sałatkę. Wszędzie było pusto, prawie zero ruchu, po drodze minęliśmy się tylko z jednym motocyklistą i kilkoma samochodami terenowymi. Chłopak w oberży na nasz widok wyraźnie się ucieszył, a jeszcze bardziej, gdy powiedzieliśmy mu, że jesteśmy z Polski. Nic dziwnego. Po pierwsze byliśmy jedynymi klientami od rana, a po drugie na drzwiach jego oberży widniało wiele nalepek z polskich wypraw po Maroko…naszej oczywiście też nie mogło tam zabraknąć. Zapytaliśmy go oczywiście, dlaczego jest tak pusto. Wtedy powiedział nam, że sezon motocyklowy w Maroku trwa od marca do końca kwietnia, a o tej porze tylko nieliczni turyści zapuszczają się w te rejony. Świeżo wyciskany sok pomarańczowy i zimna cola ugasiły nasze pragnienie, a zrobiona przez chłopaka marokańska sałatka zajęła numer jeden na liście (sałatki marokańskie jemy codziennie i w każdym miejscu inaczej smakują). Po poprawieniu morale ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami jeszcze tylko 40 kilometrów, Wąwóz Todra i zasłużony odpoczynek. I ten Wąwóz powalił nas na kolana. Przypomina trochę rumuński Bikas ale jest dużo, dużo większy i bardziej dziki. Nawet nie jestem w stanie ich porównać i powiedzieć, który jest ładniejszy, gdyż każdy z nich był inny. Tych miejsc nie można ominąć. Kręte drogi w przytłaczających wąwozach, a po drodze niezwykłe budowle wzniesione na skałach i zboczach. Te wąwozy naprawdę budzą respekt. Urwiste ściany Todry mają miejscami około 300 metrów wysokości.
Około 14.30 dotarliśmy do Tinerhir, ale przez pół godziny szukaliśmy Riad Al Anwar, w którym wczoraj zarezerwowaliśmy pokój. Sytuacja była o tyle podbramkowa, że Maćko chyba od nadmiaru wrażeń bądź z racji odpuszczających emocji musiał szybko znaleźć się w pomieszczeniu, gdzie „król piechotą chodzi”. Na szczęście po małych problemach udało nam się odnaleźć riad, który był położony kilkaset metrów od centrum, w bocznej uliczce. Moto dziś zostało zaparkowane w zamkniętym ogrodzie. Właściciel okazał się super fajnym młodym chłopakiem, a jego współpracownik był równie śmieszny. Maciek po krótkim odpoczynku i załatwieniu tego co miał do załatwienia, poszedł do sklepu po świeże owoce, których brakowało nam od początku pobytu w Maroku, a ja z mapą i zamiarem zrobienia notatek zasiadłam na tarasie. Nasi gospodarze szybko się do mnie przysiedli, a po kilkunastu minutach dołączył Maćko. Po pierwsze zostaliśmy poczęstowaniu wyborną miętową herbatą, a po drugie w moim Dzienniku Podróżnika wylądowało kilka rysunków zrobionych przez Samira.
Przy świeżutkim melonie i gorącej herbacie toczyliśmy po angielsku wartką rozmowę, głównie o zwyczajach w Maroku i trwającym ramadanie. W pewnym momencie podsumowałam opowieść o ramadanie krótko: „no eat, no drink, no sex”. Maciek spojrzał na mnie zabójczym wzrokiem, że chyba za mocno pocisnęłam, ale chłopaki śmiali się do rozpuku. Zapytaliśmy się ich także, dlaczego w każdym z miejsc, w których nocujemy musimy wypełniać karty meldunkowe, gdzie wpisujemy skąd jedziemy i dokąd zamierzamy jechać. Okazało się, że to informacje przydatne dla policji w sytuacji kiedy coś nam się przytrafi, łatwiej po prostu można kogoś odnaleźć podążając jego tropem. W trakcie rozmowy okazało się także, że znajomy naszego gospodarza, mieszkający nieopodal Merzougi organizuje nocne wyprawy na pustynię na wielbłądach, które wyruszają z oazy na około dwie godziny przed zachodem słońca. Koszt 400 DIH od osoby, a w cenę wliczone są: pokój, w którym można zostawić bagaż i rano się wykąpać, przewodnik (opiekun wielbłądów), kolacja na pustyni, spanie w berberyjskich namiotach i śniadanie po powrocie do oazy. Wprawdzie mieliśmy zamiar jutro jechać na Saharę, ale takiej atrakcji nasze plany wyjazdowe nie przewidziały. Postanowiliśmy skorzystać z nadarzającej się okazji, a nasz gospodarz zadzwonił do Ahmeda (organizatora wypraw i właściciela oazy). Szybko ustaliliśmy szczegóły (o których w relacji z dnia jutrzejszego), a zadatek w wysokości 400 DIH mieliśmy zapłacić właścicielowi Riadu, w którym spaliśmy.
Wieczór zakończyło wspólne robienie zdjęć i oczywiście pozostawienie śladu w postaci nalepki – pierwszej w tym miejscu. Jeżeli chodzi o zdjęcia, to był pierwszy przypadek kiedy ktoś tak chętnie zgodził się aby zrobiono mu zdjęcie, chłopaki wręcz przybierali śmieszne pozy. W Maroku niestety, żeby kogoś sfotografować trzeba się o to najpierw zapytać. Marokańczycy zwykle nie odmawiają (choć czasem się to zdarza, jak np. w przypadku pasterza owiec przy drzewach arganowych, o których pisałam wcześniej), ale każą sobie za to płacić, przeważnie 10 DIH.

Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek

Dzień 12: Boumalne Dades - Tinerhir, 250 km


Wróć do „Turystyka”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość