BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Ciekawe miejsca, propozycje wycieczek, co warto zobaczyc? Tematy związane z turystyką motocyklową
Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Maćko » 05 lipca 2014, 20:19

Już na początku chciałoby się powiedzieć: ?Tyle miejsc, tak mało czasu?.
Podczas gdy wielu z Was jechało na coroczny zlot forumowy organizowany w Chodczy przez Qbła i spółkę my jechaliśmy dokładnie w odwrotnym kierunku. W czwartek 19 czerwca wyruszyliśmy na podbój Bałkanów. Trasę oczywiście zaplanowaliśmy wcześniej, ale na tyle luźno, że mieliśmy możliwość korekty zarówno co do kierunku jazdy jak i ilości dziennych przebiegów. Pewne było tylko jedno ? w poniedziałek chcieliśmy wylądować w Risan (Czarnogóra, Boka Kotorska), gdzie mieliśmy zaklepaną na kilka dni miejscówkę (jedyną w czasie całej podróży). Jak się później okazało z możliwości korekty trasy skrupulatnie skorzystaliśmy. Pisanie relacji (a tym bardziej zmontowanie filmiku) pewnie zajmie jakiś czas, więc na początek parę danych w telegraficznym skrócie:
1. Motocykl : Moto Guzzi Norge 1200
2. Termin wyprawy - 19 czerwiec ? 3 lipiec 2014
3. Przejechane kilometry - 5010 :chopper:
4. Spalone paliwo - 264 litry
5. Średnie spalanie - 5,2 litra
6. Dni w drodze - 13
7. Dni odpoczynku ? 2
8. Dni w deszczu ? 1,5
9. Zaliczone kraje ? Czechy, Słowacja, Węgry (tranzytowo), Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra (dokładnie), Albania (sprawdzająco), Macedonia, Serbia (z nadzieją na bliższe poznanie w przyszłości)
10. Awaryjność moto ? niestety tak (ale pozwalająca na dalszą jazdę)
11. Kłótnie małżeńskie - 1 :hug:
12. Wspomnienia ? OCZYWIŚCIE BEZCENNE

Awatar użytkownika
Pandik
Posty: 2754
Rejestracja: 22 kwietnia 2012, 19:55
Motocykl: Borsuk
Lokalizacja: Czerwionka
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Pandik » 06 lipca 2014, 00:54

Wypas. Czekamy na detale ;)

Awatar użytkownika
marito
Posty: 185
Rejestracja: 27 września 2013, 12:49
Motocykl: Virago 125, GSR 600
Lokalizacja: Zielona Góra
Wiek: 43
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: marito » 06 lipca 2014, 10:04

Ja także poproszę jak najszybciej o materiał bo nie ukrywam, że taka podróż po Bałkanach to też i moje marzenie na przyszłość :)

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Maćko » 09 lipca 2014, 00:06

I co ja narobiłem? Rok temu obiecałem Doti, że następną relację z wyprawy napiszę ja. Grafomanem wprawdzie nie jestem, ale do lekkości pióra Andzika to mi wiele brakuje. Postaram się jednak tę relację tak napisać, żebyście nie zasnęli nad jej lekturą. Biorąc przykład z Doti podzielę ją na dni, ale każdy z nich będzie zawierał dzienne traski i ilości kilometrów. Cała reszta?.to dopiero będzie wolna amerykanka.

Dzień przed wyjazdem
Już jesteśmy spakowani, teraz tylko ostatnia noc we własnym łóżku. Ciężko było zasnąć, bo to kolejna podróż w nieznane. Plany wakacyjne oczywiście jakiś czas temu uległy zmianie, bo pierwotnie chcieliśmy jechać w Alpy i przejechać włoskie przełęcze. Jakiś czas zajęło mi studiowanie map, czytanie relacji itp. ? zresztą sami to znacie. Po zmianie kierunku jazdy zostało już niewiele czasu na przygotowanie trasy. Kierunek Bośnia i Hercegowina oraz Czarnogóra wprawdzie znałem wcześniej, ale z punktu widzenia kierowcy puszki, a to zupełnie coś innego. Cała reszta była dla mnie zupełną zagadką. Podróż chcieliśmy zacząć od przelotu do Czarnogóry poprzez Bośnię i Hercegowinę, przez którą ostatnio przeszła fala powodziowa. Nasz przyjaciel Grzegorz ? Krakus z pochodzenia, Czarnogórzec na wakacje ? mailowo od kilku dni przysyłał nam ogólne doniesienia z tych regionów. Te sprzed kilku dni były naprawdę niepokojące (łącznie z zagrożeniem epidemiologicznym), ale te na wczoraj już nie były takie złe (tylko miliony komarów).

Tak jak w ubiegłym roku nie zamierzaliśmy korzystać z namiotu, więc sprzętu turystycznego (poza maszynką do gotowania, czajniczkiem do kawy i menażką) z premedytacją nie zabraliśmy. Ze sobą mieliśmy tylko prowiant na najbliższe 3 śniadania, a reszta posiłków miała być smakowaniem lokalnych potraw. Może dlatego nie jesteśmy typowymi globtroterami, ale wiek robi swoje (o potrzebie drobnej wygody nie wspominając). Powoduje to wprawdzie ryzyko braku noclegu i spania pod gołym niebem, ale coś za coś. Budżetu zaplanowanego na wyprawę i tak nie zamierzaliśmy przekraczać.

Dzień pierwszy: Łódź, Cieszyn, Żylina, Żar Nad Hronom, Nova Bana ? 480 km
O 9 rano ruszamy. Przed nami dwa dni tranzytu przez Słowację i Węgry. O drogach na Słowacji już na tym forum wiele napisano, więc nie ma potrzeby się powtarzać. Oczywiście omijamy autostrady, więc mamy traski malownicze, acz kręte. Słońce świeci, wiatr owiewa nam kaski, moto sunie bez problemów (jak na razie), cudownie składając się w zakrętach. Po drodze mijamy wiele zamków, wprost wyrastających na skałach. Gadamy oczywiście przez mikroporyt, zastanawiając się co będzie dalej i czy będzie tak bezproblemowo jak rok temu w Rumunii. Jak się później okaże, niestety nie wszystko było tak jak byśmy chcieli. Późnym popołudniem zaczęliśmy szukać noclegu. Pensjonaty nie wchodziły w grę, bo tam ceny zaczynały się od 40 euro, a my z góry założyliśmy, że noclegi mają być tanie i z klimatem. Wygoda wygodą, ale zdrowy rozsądek przede wszystkim. W okolicach Novej Bani znaleźliśmy ?Turystyczną Chatę? ? coś w stylu schroniska z czasów socjalizmu, nawet pachniało tam latami 70-tymi. Od razu przypomniały nam się wypady w góry w czasach licealnych (bez urazy, ale chyba tylko podróżnicy ?w średnim wieku? w pełni zrozumieją te klimaty). Pokoik malutki, paździerzowe szafeczki, twarde łóżka z drapiącymi kocami (ale pościel czyściutka), w rogach pajęczyny, jeden prysznic i łazienka na cały obiekt. Wprawdzie w ?barze? poza zimnym pysznym piwkiem nic innego nie było, ale też nic więcej do szczęścia po całym dniu jazdy nie było nam potrzeba (opuszczając Polskę zjedliśmy pożegnalnego hot doga). Właściciel schroniska był na tyle sympatyczny, że po jednym piwku wliczył nam w cenę noclegu.

Obrazek
Obrazek

Dzień drugi: Złote Morawce (Słowacja) ? Węgry: Komarno, Mór, Siofok, Barcs ? Chorwacja: Virovitica, Daruvar ? 475 km
Wstaliśmy raniutko i o 8 rano byliśmy już w drodze. Resztę Słowacji i Węgry przejechaliśmy w ?całkowitej nudzie? podziwiając widoczki. Początkowo zamierzaliśmy nocować w okolicach Barcs (na granicy Węgiersko-Chorwackiej), ale kiedy tam dotarliśmy była godzina 15.00 i szkoda nam było tracić czas. Tutaj muszę poczynić małą dygresję. Po południu (trzeciego dnia) chcieliśmy dojechać do Mostaru, aby wieczorem pozwiedzać miasto, a rano pojechać obejrzeć monastyr w Blagaj (o czym dalej). Ponieważ do Mostaru było około 1 400 kilometrów podzieliłem ten odcinek na trzy etapy. Stało się tak z kilku powodów. W grudniu kupiliśmy turystyka, ale nie mieliśmy okazji go sprawdzić (a właściwie komfortu jazdy) na dłuższych odcinkach. Po drugie Doti w kwietniu przeszła zabieg plastyki przepukliny i właściwie nie miała okazji dłużej jeździć. Gdybym wiedział, że moja żona po 8-9 godzinach spędzonych dziennie na moto nadal będzie czuła niedosyt jazdy pewnie zaplanowałbym dojazd do Mostaru w dwa dni. Ale wracając do tematu. Pomknęliśmy więc w głąb Chorwacji, stereotypowo myśląc, że o nocleg tam będzie łatwiej.

Czas pokazał jak bardzo się pomyliliśmy. Po przeszło godzinie jazdy zaczęło zanosić się na burzę i deszcz, a tu jak na złość żadnych kwater, pensjonatów czy moteli. W końcu zobaczyliśmy przy drodze jakiś moto rest dla kierowców tirów. Nie było tam wprawdzie regularnych pokoi, tylko jakieś gościnne, ale właściciel pozwolił nam się tam zatrzymać. Kiedy tylko postawiliśmy moto pod wiatą zaczęło padać (i to jak!), więc mieliśmy ogromne szczęście. Cały dzień prawie nic nie jedliśmy (poza jednym batonikiem musli), więc byliśmy cholernie głodni, a w barze dysponowali oczywiście zimnym piwem i winem, ale z żarciem było słabo. Dostaliśmy jednak cevapi podane w grillowanej bułce i pomidory z cebulą (o tej porze roku są tam najlepsze). Pycha. Poszliśmy wcześnie spać, bo wiedzieliśmy, że od jutra zaczyna się nasza prawdziwa przygoda.

Obrazek


Dzień trzeci: Chorwacja: Gradiska ? Bośnia i Hercegowina: Banja Luka, Jajce, Bugojno, Jablanica, Mostar, Blagaj ? 428 km
Odcinek 100 kilometrów do granicy z Bośnią przemknęliśmy bez przeszkód. Na granicy Chorwackiej poszło szybciutko, celnik tylko kazał zdjąć nam kaski i okulary i już jechaliśmy na bośniacką stronę. A tam sznur samochodów, przynajmniej godzina stania w upale. Ale od czego jest się jednośladowcem? Jak gdyby nigdy nic ominęliśmy wszystkich boczkiem i już byliśmy na czole kolejki. Ledwo zjechaliśmy z granicy, a dopadło nas dwóch małych Cyganów ?daj euro, daj euro?. Zero reakcji i dali nam spokój. Odległość 50 km do Banja Luki przemknęliśmy autostradą z prędkością światła. Reszta drogi do Mostaru (ok.200 km) to już czysta poezja. Musicie wiedzieć, że wcześniej jechaliśmy tą drogą dwukrotnie samochodem i myśleliśmy, że niczym nas nie zaskoczy. Jednak obcowanie z dzikością gór i rzek na motorze to zupełnie inna bajka. Z jednej strony góry, po drugiej rzeka, a po środku droga z niezliczoną ilością zakrętów, po której mkniemy z Doti i nic nam nie przeszkadza. Stary facet ze mnie, ale z duszą romantyka. Kiedy widzę takie przestrzenie wydaje mi się, że żadne problemy nie są ważne, że każdą przeszkodę można pokonać. Aby powspominać zatrzymaliśmy się nawet na chwilę na jednym z parkingów, gdzie kilka lat wcześniej zatrzymali nas bośniaccy policjanci za przekroczenie prędkości. No dobra, jedźmy dalej. W okolicach Jablanicy zrobiliśmy dłuższy postój, aby podelektować się jagnięciną z grilla. Dwie słuszne porcje mięcha, pieczone ziemniaki i sałatka za 15 euro (na dwie osoby).

Obrazek

Z tak podniesionym morale dotarliśmy bez przeszkód do Mostaru. Było upalne popołudnie więc od razu pojechaliśmy na Stare Miasto. Na parkingu dopadł nas chłopak pobierający opłaty pytając czy mamy gdzie spać. W zasadzie mieliśmy nocować na campingu w Blagaj (Camping Mali Wimbledon, 15 kilometrów od Mostaru, super miejscóweczka do obejrzenia w internecie), ale czemu nie. Z rozbrajającą szczerością gość powiedział nam, że pensjonaty i hotele w mieście oferują 2-osobowe pokoje od 75 do 150 euro, ale on ma znajomą, która za pokój ze śniadaniem w willi z zamkniętym parkingiem, w samym centrum miasta bierze jedynie 55 euro. Mogliśmy oczywiście jeszcze negocjować cenę. Z grzeczności poszliśmy z nim we wskazane miejsce, ale negocjacja mogła dotyczyć obniżenia ceny o 5 euro. Ślicznie podziękowaliśmy i poszliśmy zwiedzać Stare Miasto. Ale nie przewidzieliśmy jednego, tego dnia na Mistrzostwach Świata Bośnia grała mecz. Po Starówce spacerowały setki ludzi, wieszano flagi i telebimy, a do tego my ? z kaskami i kurtkami w rękach, z potem spływającym po twarzy. Po pół godzinie mieliśmy dość i stwierdziliśmy, że zwiedzanie Mostaru zostawiamy na rano, kiedy na pewno będzie i chłodniej i spokojniej.

Krążąc motorem (ale nie błądząc) po wąskich uliczkach Mostaru wyjechaliśmy na główną drogę i pomknęliśmy prosto w kierunku campingu. Tam do wyboru ? namioty, kampery, pokoje. Wszystko w rozsądnych cenach. Po szybkim showerze poszliśmy do baru ? a tam? oczywiście tylko piwo i wino. Ale za to w jakich cenach ? przeliczając ichniejszą walutę na euro za 2 piwa i dwa wina zapłaciliśmy 2,5 euro. Do meczu oczywiście nie doczekaliśmy, bo zaczynał się o 24.00, ale może to i lepiej, bo następnego dnia okazało się, że Bośnia przegrała.

Kiedy jechaliśmy przez Chorwację i Bośnię na każdym kroku można było zaobserwować wszechobecny kult piłki nożnej ? mnóstwo narodowych flag na domach, płotach, samochodach, ludzie w szalikach, w każdej knajpie telebim. W Bośni nie zaobserwowaliśmy już żadnych śladów powodzi, których się obawialiśmy, komary też jakby się wyniosły.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień czwarty: Blagaj, Gacko, Foca, Scepan Marian Polje ? Czarnogóra: Żabljak ? 224 km
Dzisiaj przebieg malutki, ale za to w jakich okolicznościach przyrody.
Tak jak zaplanowaliśmy wczoraj, wczesnym rankiem pojechaliśmy do Mostaru. Było tak ciepło, że pojechaliśmy bez kurtek. Mimo godziny 9.00 kramiki i sklepiki z rękodziełem były już pootwierane. Cudownie chodziło się po prawie pustych uliczkach z dziesiątkami straganów, sklepów, kawiarenek, wśród kamienic przypominających o tureckiej przeszłości miasta. Większość spacerujących o tej porze po Mostarze osób to byli Polacy, którzy chyba wybrali ?naszą opcję?. Rysu historycznego wplatał nie będę, bo o Mostarze można przeczytać w każdym przewodniku, ale jedno jest pewne, jest to miejsce szczególne, w którym można poczuć prawdziwy bałkański klimat, a przepływająca przez Mostar Neretwa ma intensywny turkusowy kolor (Doti zaraz powie, ze jako facet oczywiście nie znam się na kolorach). Oczywiście musicie zobaczyć i Stare Miasto i biały kamienny most (Stary Most) spinający brzegi Neretwy, liczący 400 lat i będący symbolem tego miasta. Latem można tu spotkać skoczków, rzucających się do Neretwy ? ma nawet jednego wczoraj widzieliśmy.

Obrazek
Obrazek

Z Mostaru wróciliśmy do Blagaju, aby zwiedzić tamtejszy Klasztor Derwiszów. Muszę o nim napisać parę słów, bo robi naprawdę niesamowite wrażenie. Do klasztoru dotarliśmy z parkingu, pod drodze mijając domki z białego kamienia oraz kramy z lokalnymi wyrobami rękodzielniczymi, miodem, lawendą, przyprawami i oczywiście rakiją. Nic tam nie kupiliśmy, ale i ceny nie były najniższe. Po chwili doszliśmy do rzeki Buna, której brzegi z obu stron zabudowane były restauracjami z tarasami widokowymi, oferującymi świeżutkie ryby (i nie tylko). Ze skał pod klasztorem wypływał szmaragdowy potok, tworząc wywierzysko (typ źródła o silnym wypływie) ze szmaragdowo-turkusową wodą. Przy nim właśnie wznosi się muzułmański klasztor. To jedyne tego rodzaju miejsce w Europie. XVI wieczny monastyr w Blagaju to dla muzułmanów miejsce święte. Aby zwiedzić klasztor należy ubrać odpowiedni strój, a przy wejściu znajdują się chusty, którymi można się okryć. Przed przekroczeniem progu monastyru oczywiście należało zdjąć obuwie. Jedyną w pełni widoczną częścią ciała może być tylko twarz. Po zwiedzeniu klasztoru nie omieszkaliśmy oczywiście napić się aromatycznej tureckiej kawy parzonej z wody z ich cudownie czystych źródeł.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Z Blagaju ruszyliśmy w górę Bośni w stronę granicy z Czarnogórą w Scepan Marian Polje, gdyż naszą podróż po MNE zamierzaliśmy zacząć od jej północnej części i Durmitoru. W większości jechaliśmy żółtą drogą, po drodze podziwiając kolejne prześliczne widoki ? wijącą się wzdłuż szosy rzekę, skały o różnym kolorycie, składając się w niezliczonej ilości zakrętów. Przez 150 kilometrów nie było żadnej stacji benzynowej, a do miasteczka Foca dojechaliśmy ?prawie na oparach?. Na szczęście było tam trochę cywilizacji i po poprawieniu morale moto przyszła pora na poprawę naszego morale. W drodze do granicy stanęliśmy na pożegnalnej w Bośni jagnięcinie z rusztu ? była nie mniej pyszna niż ta wczoraj. Droga do granicy wąziutka, szuter połączony z asfaltem, ale warto tamtędy pojechać. Po dojechaniu na granicę z MNE poczuliśmy się jak u siebie (o tym później), ale półgodzinne stanie w upale i kurzu na granicy nieźle dało nam się we znaki. Niestety nie mogliśmy się wepchnąć, bo po prostu droga jest tam tak wąska, ze nie ominęlibyśmy żadnego z czekających przed nami samochodów.

Mknąc w stronę Żabljaka, wzdłuż rzeki Piwy, przypominaliśmy sobie znajome klimaty sprzed 4 lat ? zakręty, skały, skalne tunele, w których woda kapała na kaski. Jeżeli tam nie byliście, to szczerze Wam tą drogę polecam, naprawdę warto ją zobaczyć. Przy jeziorze Pivsko skręciliśmy w lewo w stronę Parku Narodowego Durmitor. O samym Durmitorze i trasie przez najpiękniejsze kaniony Czarnogóry napiszę relacjonując dzień następny. Chcę, aby opis stanowił jedną spójną całość. Do Żabljaka mieliśmy około 70 km. Wąska droga wiodła pośród lasów, gór, tuneli i cały czas pięła się w górę i górę i w górę. Moja kamerka oczywiście cały czas pracowała, a Doti w czasie jazdy robiła niekończącą się ilość zdjęć, gdyż tą częścią Czarnogóry jechaliśmy po raz pierwszy. W Czarnogórze byliśmy na wakacjach dwukrotnie, dokładnie zwiedziliśmy ją od strony Boki Kotorskiej, raz byliśmy na raftingu na Tarze, ale na Durmitor jakoś nigdy nie starczało czasu. Od pierwszego kilometra, kiedy wjechaliśmy na drogę R14 wiedzieliśmy, że było czego żałować (że nie byliśmy tam wcześniej) i że będą to niezapomniane wspomnienia.

Około 40 km od celu zobaczyliśmy z daleka machającego do nas motocyklistę. Okazało się, ze to właściciel malutkiego campingu dla jadących tamtędy motocyklistów, który w ten sposób przywoływał klientów. Miejsce okazało się tak urocze, że postanowiliśmy zostać tam na noc, tym bardziej, że nocleg w domku kosztował 10 euro, a zbliżała się godzina 19.00. (http://www.ekodurmitor.me). Po tym jak się rozpakowaliśmy przyjechało tam jeszcze kilka motorów w Czech, ale tylko na szybkie piwko i szybką wymianę wrażeń. Przy wieczornym winie gość nam opowiedział, że za dwa lata ma odbyć się u niego ogromny motofest dla bikerów z całego świata, którzy u niego się zatrzymują (i nie tylko). Bliższe szczegóły ma nam przysłać na maila i jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie zamierzamy się tam wybrać. Jak zobaczycie jutrzejsze zdjęcia z Durmitoru to pewnie też zapragniecie tam pojechać.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek


Dzień piaty: Żabljak, Mojkovac, Budva, Risan ? 316 km
O 7 rano obudziło nas przepiękne słońce. Po śniadaniu ruszamy. Dzisiejsza trasa prawie w całości miała przebiegać przez górską część MNE. Droga do Żabljaka to była kolejna uczta dla oczu i duszy. Skały, łąki, stada zwierząt na łąkach, spowite chmurami górskie szczyty i wąskie wijące się miejscami przez las dróżki. Najbardziej malownicze odcinki drogi wiodły przez skalne tunele i kaniony wyżłobione przez rzeki Pivę i Tarę. Góry Durmitoru (zdaniem Czarnogórców) nie wyróżniają się pod względem wysokości czy zajmowanej powierzchni, ale Ci którzy je widzieli twierdzą, że nie mają sobie równych w całej Europie. Oczywiście zgadzam się z tymi ostatnimi. Na każdym kroku podziwialiśmy głębokie kaniony, wąwozy i potoki niespodziewanie znikające pod ziemią.

Na zboczu Durmitoru gdzieniegdzie leżał śnieg obok którego kwitły krokusy. Żeby sprawdzić prawdziwość śniegu zszedłem nawet w dolinę i przyniosłem go trochę Doti. Z Żabljaka drogą R5 biegnącą przez kanion rzeki Tary pojechaliśmy do miejscowości Djurdevica Tara, aby zobaczyć kolejną atrakcję - legendarny most na rzece Tarze, łączący ściany najgłębszego europejskiego kanionu. Nie powiem, robi wrażenie. Potem wzdłuż Tary ruszyliśmy w kierunku Risan, miasteczka nad Boką Kotorską, gdzie mieliśmy zamieszkać przez najbliższe 5 dni. Po drodze mijaliśmy malutkie klasztory i kamienne monastyry. Im bliżej byliśmy morza tym upał stawał się dotkliwszy. Przez ostatnie dwie godziny jazdy nieźle dał nam się we znaki. Marzyliśmy wręcz o zimnym piwie. Zmęczeni podróżą stanęliśmy na obiad w Dobrocie ? restauracji Dobrotskie Dwory, dobrze nam znanej z pysznego jedzenia. Do celu mieliśmy zaledwie kilkanaście kilometrów.

W końcu jesteśmy. Risan. I dobrze znane nam zakątki. Tutaj nic się nie zmienia od wielu lat. Czarnogórę po raz pierwszy odwiedziliśmy kilka lat temu i od razu się w niej zakochaliśmy za jej dzikość i naturalność. Tutaj dobrze znani nam ludzie naturalnie wpisują się w krajobraz stanowiąc jego część ? Grzegorz, nasz przyjaciel z Krakowa, który ma w Risan dom i u którego wynajmujemy apartament; babcia ? przeurocza staruszka handlująca na miejscowym bazarku warzywami, owocami i rakiją, która wszystkich oszukuje z tak rozbrajającą szczerością, że aż chce się być oszukiwanym. U niej dwa pomidory i dwie cebule czy 1 jeden pomidor i cebula czy kilogram czereśni prawie zawsze kosztują tyle samo czyli jedno euro. Ma za to przepyszny domowy biały ser (który natychmiast kupiliśmy z zapasem na 5 dni) i prsciut (dojrzewającą czarnogórską szynkę). Tutejszy ryneczek słynie także ze straganu z oliwkami w każdym możliwym kolorze, rozmiarze i smaku. Nic tylko jeść garściami. I jeszcze jedno ? litrowa butelka wina kosztuje 2 euro, a litrowa butelka piwa 1 euro. Czegóż więcej potrzeba do szczęścia w czasie odpoczynku.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień szósty: Risan ? 0 km
Słońce już wysoko na niebie, a my jeszcze w łóżku. Po raz pierwszy od kilku dni nie musimy zrywać się wcześnie rano, pakować, robić śniadanie i ?połykać kilometry?. Plan na dzisiaj ? nicnierobienie ?. Postanowiliśmy dać odpocząć naszym kościom i motocyklowi, który zaczął pokazywać humory. Po porannej toalecie podzieliliśmy się z Doti obowiązkami zaopatrzeniowymi, ja poszedłem do miejscowej ?Pekary? po chleb i mega pyszne rogale, Doti poszła spróbować swoich zdolności negocjacyjnych w starciu z wymienioną wcześniej babcią. Wynik był zadowalający, my mieliśmy pyszne pomidory z cudownym zapachem rozchodzącym się po całej kuchni, babcia była bogatsza o 2 euro.

Upał stawał się coraz większy, pora ogrzać stare kości na plaży. Jak większość plaż nad Adriatykiem, również plaże w Risan w porównaniu z naszymi bałtyckimi wyglądają jak nie przymierzając popierdółki. Wąskie, kamieniste i niestety dość często brudne. Na domiar złego kiedy zajęliśmy sobie miejscówkę i posmarowaliśmy ?filtrami? przyszła gromada dzieciaków robiąc niesamowity raban. Nie byliśmy tym zachwyceni, ale cóż było robić, na innych plażach pewnie było podobnie, a tutaj mieliśmy przynajmniej cień palm i czystą wodę. Woda była cudowna, a zasolenie pozwala na pływanie z użyciem minimalnej ilości energii. Po wypłynięciu kilkudziesięciu metrów w głąb Boki Kotorskiej cudownie jest odwrócić się w kierunku lądu i oglądać niesamowite góry na których słońce rysuje swoje pejzaże. Rozmarzyłem się, sorry.

Niestety oboje z Doti nie możemy zbyt długo przebywać na słońcu w związku z czym po ok.4 godz. wróciliśmy do domku. Ponieważ było zbyt gorąco na zewnątrz postanowiliśmy do wieczora zrobić porządek z naszymi notatkami, zdjęciami i filmikami na kamerce.

Wieczorem, kiedy upał zelżał poszedłem do ?osiołka? zobaczyć co mu dolega. Od pewnego czasu na każdym postoju zostawiał plamkę oleju i nie mogłem zlokalizować miejsca wycieku. Teraz, kiedy silnik był zimny miałem na to większe szanse. Udało się bez większych problemów. Olej wyciekał spod pokrywy zaworów lewego cylindra. Dokręciłem pokrywę, uzupełniłem olej i postanowiłem obserwować co będzie dalej.
Wieczorem poszliśmy do Grześka pogadać o planach na najbliższe dni i miejscowych plotkach, co u kogo słychać. Wieczór przy czarnogórskim Vranacu minął, bardzo przyjemnie. Pora spać, tym bardziej, że jutro planujemy rekonesans Albanii.

Obrazek
Ostatnio zmieniony 12 sierpnia 2014, 18:38 przez Maćko, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
kris2k
Posty: 3376
Rejestracja: 15 czerwca 2010, 07:24
Motocykl: GuStaw
Lokalizacja: Pabianice
Wiek: 47
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: kris2k » 17 lipca 2014, 23:50

Kawy zaparzyłem, popcornu narobiłem, i czekam, i czekam, i........dupa :evil:
Bierz się waść do pisania :!:

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Maćko » 20 lipca 2014, 23:11

Dzień siódmy: Virpazar, Golubovici, Bożaj ? Albania: Shkoder, Murigan ? Czarnogóra: Virpazar, Risan ? 320 km
Wczorajsza prognoza pogody napawała optymizmem. Miało być około 30st. Więc postanowiliśmy zrobić objazd Jeziora Szkoderskiego, potocznie zwanego Szkodrem lub przez miejscowych ?bagnem Szkoderskim?. To obowiązkowy punkt wycieczek każdego urlopowicza. Jego Czarnogórską część (po stronie MNE leży 2/3 jeziora) objechaliśmy już dwukrotnie, teraz przyszła pora również na część Albańską. Postanowiliśmy jechać ?cali w dżinsie?, zabierając tak na wszelki wypadek ?przeciwdeszczówki?. I całe szczęście. Pogoda była jak drut tylko przez pierwsze 80 kilometrów. Potem zaczęło padać i lało przez cały dzień. O intensywności deszczu niech świadczy to, że interkomy, które powinny być wodoszczelne, w pewnym momencie przestały działać, bo dostała się do nich woda, a my dzięki nim mieliśmy ?ciche dni?. Przestało jak wróciliśmy. Nasz atak na Szkoder zaczęliśmy od jego albańskiej, czyli północnej części. W tym miejscu powinienem opisać swoje wrażenia z Albanii, w której byliśmy po raz pierwszy i do której (nie powiem) jechaliśmy nie bez obaw. Zrobię to jednak później, opisując Albanię całościowo. Jakby uprzedzając późniejsze wydarzenia powiem tylko, że dziś nie mieliśmy jeszcze pojęcia, że do Albanii wrócimy za kilka dni. Po przekroczeniu granicy natychmiast ukazała nam się nieznana część Szkodra.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po jakimś czasie mknęliśmy drogą w stronę miasta Shkoder. Cały czas lało więc jechaliśmy niezbyt szybko, a Doti robiła fotki krajobrazów ? opuszczonych stacji benzynowych, ruin dawnych fabryk, opuszczonych domów, krów pasących się przy drodze. Dojeżdżając do Shkodra towarzyszył nam też fantastyczny widok Gór Przeklętych. Ponieważ Albania nazywana jest krajem bunkrów i klaksonów myśleliśmy, że po drodze natkniemy się przynajmniej na kilka z nich. Niestety. Za to ?kraj klaksonów? odczuliśmy w pełni zaraz po wjechaniu do miasta. Kierowcy samochodów nie uznają żadnych zasad obowiązujących w "normalnych" krajach, a na dodatek pełno jest rowerzystów "samobójców". Jeżdżą sobie pod prąd jakby nigdy nic. Trzeba tylko jechać odważnie i nie zwracać uwagi na trąbienie, bo oni w ten sposób ostrzegają, a nie opieprzają. Weźmy taką sytuację: na środku ulicy zatrzymuje się samochód. Facet otwiera szybę i rozmawia ze znajomym, który właśnie przechodził. Z tyłu robi się korek, ale nikt nie trąbi! Pogadali trochę i samochód spokojnie pojechał dalej, jakby to było coś zupełnie normalnego. Kolejna sytuacja: na trzech pasach ronda jadą cztery samochody, a wjazd na rondo sygnalizowany jest klaksonem, nie ma mowy o pierwszeństwie tych, którzy właśnie na nim się znajdują.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

To ostatnie zdjęcie to jedno z wielu cygańskich dzieci ?okupujących? samochody na granicy albańsko-Czarnogórskiej.

Po wjechaniu do MNE przyszła pora na jego czarnogórską część ? o wiele ładniejszą i najbardziej malowniczą. O niezwykłości Szkodra decyduje nie tylko jego linia brzegowa, z licznymi zatoczkami, półwyspami i wysepkami, ale także sąsiedztwo gór. Znaczna część czarnogórskiej części objęta jest ochroną i ma status parku narodowego. Rozsiane po jeziorze wyspy kryją zabytkowe monastyry i cerkwie. Tylko tytułem ciekawostki wspomnę, że na jedną z wysp Josip Broz Tito zsyłał w czasach Socjalistycznej Federacji Republiki Jugosławii więźniów politycznych. Droga wzdłuż jeziora jest bardzo wąska, bez możliwości minięcia się dwóch samochodów i dlatego co jakiś czas ?ozdobiona? mijankami. Na znakach drogowych widać jeszcze ślady kul z kałachów. Kończąc wycieczkę wzdłuż brzegów jeziora stanęliśmy oczywiście w dobrze nam znanej domowej winiarni, aby ?dokonać drobnych zakupów?.

Po objechaniu Szkodra stanęliśmy na obiad w Virpazarze. Spotkaliśmy tam kilku motocyklistów z Polski, którzy przez 10 dni jeździli po górskiej części Albanii. Byli zachwyceni i stwierdzili zgodnie, że za 5 lat Albania przestanie być dzika i nieznana, a stanie się niezłym kierunkiem turystycznym. Za kilka dni miała się potwierdzić ta jakże banalna prawda i na własnej skórze przekonaliśmy się co mieli na myśli.
Po dobrym obiedzie znajomymi już traskami przez Budvę i Kotor wróciliśmy do domku.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień ósmy: Lovcen, Budva, Kotor, Risan ? 143 km
To był dzień ?odczarowywania?, ale o tym za chwilę. Najpierw było śniadanie ? rogale z białym serem, pomidorem i cebulą. Takie są uroki śniadań ?na miejscówce?. Plan na dziś: Park Narodowy Lovcen, położony między Kotorem, a miejscowością Niegusi, którego najwyższy szczyt (Stirownik, 1749 m npm. ) niestety jest niedostępny dla turystów. Na jednym ze szczytów znajduje się natomiast mauzoleum Piotra II Petrovicia Njegosa, jednego z najważniejszych władców Czarnogóry. Wspinaliśmy się zatem na Jezerskiego, składając się w niekończącej się ilości zakrętów. Im byliśmy wyżej, tym mgła robiła się coraz większa, a momentami wręcz przepływała przed motorem. Nie przeszkadzało nam to oczywiście w podziwianiu widoków. Po około dwóch godzinach wjechaliśmy na szczyt.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Kiedy 4 lata temu byliśmy w Czarnogórze pojechałem na szczyt Jezerskiego samochodem razem z moim młodszym synem i jego dziewczyną. W ramach zwiedzania chcieliśmy zobaczyć opisywane w przewodnikach mauzoleum. W upale około 30 stopni pokonaliśmy 460 stopni schodów, które do niego prowadziły. U drzwi okazało się, że obejrzenie 3 pomników kosztuje 3 euro. Spojrzeliśmy po sobie i ? zeszliśmy na dół. Dlatego teraz postanowiłem ?odczarować? Lovcen i obejrzeć mauzoleum. Pokonałem 460 schodów i stanąłem w kolejce do kasy. Patrzę, a obok leży portfel. Wziąłem go i mówię gościowi sprzedającemu bilety, że go znalazłem. A on na to, że to jego z utargiem za bilety, że dziękuje i że mogę wejść obejrzeć sobie mauzoleum za darmo. I tak oto nie płacąc 3 euro obejrzałem mauzoleum z 3 pomnikami.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po zjechaniu z Lovcen pomknęliśmy prosto do Kotoru poszwędać się po Starym Mieście, pooglądać luksusowe jachty zacumowane przy nabrzeżu i oczywiście zjeść słynne kotorskie torty. Jak kiedyś tam będziecie musicie ich koniecznie spróbować.

Obrazek
Obrazek

Na miejscówkę wróciliśmy około 14, bo po pierwsze po południu zapowiadali burze, a po drugie Norge znów dał się we znaki. Ilość pokonywanych zakrętów stała się niestety wprost proporcjonalna do ilości oleju, który nadal wyciekał.

Upał i dłuższy odpoczynek robią swoje. Siedząc popołudniu na tarasie postanowiliśmy zmienić plany na dalszą drogę. Pojutrze zamierzaliśmy ruszyć w drogę powrotną jadąc wzdłuż wybrzeża Chorwacji i Słowenii. Zwiedzanie chociażby Jezior Plitwickich czy Postojnej oczywiście wliczone było w czas powrotu. Przerażała nas (choć może to za mocne słowo) wysokość cen za noclegi ? minimum 50 euro za 2 osoby za jedną noc. Takie ceny znaleźliśmy w Internecie, być może po drodze znaleźlibyśmy coś tańszego, ale nie w tym rzecz. Myśleliśmy nawet o tym, żeby po południu wjeżdżać ?w głąb? Chorwacji w stronę Bośni i tam szukać noclegów, ale na to szkoda nam było czasu. Musieliśmy wymyśleć równie atrakcyjną alternatywę, tym bardziej, ze Doti nastawiła się na zwiedzanie Postojnej, którą ostatnio widziała jako nastolatka. A poza tym, zgodnie stwierdziliśmy, że do Chorwacji zawsze zdążymy wrócić. I tak od słowa do słowa, od lampki wina do lampki wina zapadła decyzja. Wracamy do Polski przez Albanię, Macedonię i Serbię. Wszystko fajnie, ale nie mieliśmy ze sobą mapy tej części Europy, a doświadczenie pokazało, że Hołek niestety wymagał kontroli. Ten problem rozwiązywała mapa kupiona na najbliższej stacji benzynowej. Ponadto został nam jeden dzień na opracowanie nowej trasy, a co najważniejsze zupełnie nie wiedzieliśmy co w tych krajach warte jest zobaczenia. Na całe szczęście na kwaterce mieliśmy internet, trochę notatek dotyczących tras po Macedonii zabraliśmy ze sobą. Kładąc się spać wiedzieliśmy jedno ? jutro czeka nas dzień planów, planów i jeszcze raz planów.

Dzień dziewiąty: Risan ? 0 km
Cały dzień to laba i czas spędzony przy laptopie na planowaniu drogi powrotnej. Późnym popołudniem, jak upał trochę zelżał poszliśmy na pożegnalny spacer po Risan i na pożegnalne piwko do Grześka, u którego spotkaliśmy paru naprawdę fajnych podróżników z Krakowa, szczególnie Grześka (pocztowca), który zwiedził prawie całe Bałkany i dał nam parę niezłych namiarów na noclegi w Serbii (które później prawie uratowały nam życie).

Obrazek

Ponieważ dzisiaj kończy się pierwszy etap naszej podróży pora na małe podsumowanie.
Ostatnie opisy chyba niewiele miały wspólnego z typowymi relacjami z wypraw motocyklowych, ale chyba włączył mi się jakiś klawisz wspomnień. Czasami tak jest, jesteś w pewnym miejscu i pamiętasz jedynie to, że tam byłeś, nie wiążąc z nim absolutnie żadnych wspomnień. A inne zapisują się w pamięci z najdrobniejszymi szczegółami. To zupełnie tak jakbyście byli na rodzinnych spotkaniach i wracali do wydarzeń z dzieciństwa. Tak właśnie działa na mnie Czarnogóra, niby znajoma ale zawsze nieprzewidywalna i zawsze przywołująca zdarzenia sprzed kilku lat. Ja opisałem tutaj tylko przejazd przez Durmitor i Lovcen. Będąc w Czarnogórze nie możecie sobie jednak odpuścić przejazdu wzdłuż Boki Kotorskiej, która rozpoczyna się w Herceg Novi (leżącej w pobliży granicy z Chorwacją), a kończy w Ulcinj przy granicy z Albanią. My tą trasę znaliśmy bo zjechaliśmy ją kilkakrotnie podczas naszych poprzednich wakacji, ale wrażenia z tej trasy będą na pewno niezapomniane.


Dzień dziesiąty: Risan, Ulcinj ? Albania: Shkoder, Durres, Berat, Elbasan ? 424 km
W nieznane nam rejony Europy wyjechaliśmy kilka minut po 8.00. Trasa przez MNE wzdłuż Boki Kotorskiej i część Albanii przebiegła bez najmniejszych problemów. Nawet ogromną kolejkę na granicy ?pokonaliśmy? dobrze już znanym nam sposobem. W Durres jechaliśmy nawet przez kilkaset metrów wzdłuż Adriatyku. Mogliśmy ?po prostej? przez Elbasan dojechać do granicy z Macedonią, ale Doti chciała zobaczyć Albanię w pigułce i zboczyć 40 km z trasy w kierunku Berrat ? miasta Tysiąca Okien i Ołowianego Klasztoru. Powiem krótko ? MOTOCYKLIŚCI NIE JEDŹCIE TĄ DROGĄ, przynajmniej przez najbliższe dwa lata. Cały odcinek jest w remoncie, dziurawy asfalt przeplata się z szutrem, a przejechanie 40 kilometrów zajmuje ponad godzinę. Po morderczej jeździe dojechaliśmy do celu. Niestety, białe domy z czerwonymi dachami zapełniające stok góry obejrzeliśmy tylko z poziomu motocykla, a Ołowiany Meczet niestety był w remoncie ? pozostało nam jedynie zrobienie kilku fotek na dowód, że tam byliśmy. To, że droga powrotna była drogą przez mękę jest naprawdę bardzo łagodnym określeniem ? kurz, szuter, kurz? dużo kurzu! Po 1,5 godzinie jazdy byliśmy cali biali, a motor wyglądał jak po niezłym enduro. Uff? znaleźliśmy się w centrum jakiegoś albańskiego miasteczka z rynkiem i urzędami. Pomyśleliśmy, jest dobrze, będą drogowskazy. Pełni optymizmu zjedliśmy lody i ruszyliśmy w stronę Elbasan. Myśleliśmy, że w końcu pojedziemy normalną drogą. Ale po pierwsze żadnych drogowskazów nie było, a po drugie Hołek miał inne plany. Postanowił nas poprowadzić skrótem ? kilkunastokilometrową wąską dróżką, która wspinała się niewiadomo dokąd. Niestety nie mogliśmy go skontrolować ? tej drogi nie było na mapie!!! Około 19 dojechaliśmy na przedmieścia Elbasan. ?Przywitały nas? zrujnowane fabryki i znaki z zakazem fotografowania. Na rondzie oczywiście skręciliśmy nie w ten zjazd co trzeba, ale na całe szczęście. Po kilkudziesięciu metrach jazdy po płytach betonowych napotkaliśmy hotel ? jeszcze nie otwarty dla gości, w którym zastaliśmy tylko panów budowlańców. Nieświadomi tego faktu, zapytaliśmy o pokój. To nieważne, że Albańczycy nie rozumieją żadnego języka poza własnym ? Doti posługując się językiem migowym załatwiła pokój za 20 euraków, a gość widząc nasze zmęczenie jeszcze zanim się rozpakowaliśmy do pokoju przyniósł nam pyszną kawę, wodę z lodem, a potem jeszcze zimne piwo. Podziękowaliśmy mu ślicznie, ale chyba i tak nie zrozumiał.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Już jutro opuścimy Albanię, ale nie byłbym sobą, gdybym coś o tym kraju nie napisał. Albania była największym zaskoczeniem naszej podróży. Spodziewaliśmy się bardzo biednego, muzułmańskiego kraju, a co znaleźliśmy? Po pierwsze, co najmniej 50% samochodów to Mercedesy. Na dodatek wyobrażaliśmy sobie, że będzie niebezpiecznie, a tymczasem spotkaliśmy naprawdę życzliwych ludzi. Na granicy nic nie musieliśmy płacić, choć podobno niektórzy celnicy żądają kilka euro. Za granicą przywitała nas naprawdę niezła droga, choć z kupami śmieci po obu stronach.
Myśleliśmy że im dalej od "cywilizowanej" Czarnogóry, tym będzie gorzej, ale się myliliśmy. Do samej granicy z Macedonią prowadziła bardzo dobra droga (poza fragmentem, który już opisałem), wokół której jak grzyby po deszczu wyrastały stacje benzynowe, hotele i pensjonaty. Wszystko nowiutkie. Szok. Stacja benzynowa co kilkaset metrów w każdej najmniejszej nawet wiosce, tego nie ma nawet w Polsce. Szkoda tylko, że drogi lokalne są fatalnie oznakowane. Albania na przyszłość ? czemu nie. Dłuższa wyprawa po tym kraju może być z pewnością źródłem niezapomnianych przeżyć, a z pewnością będzie sprawdzianem dla naszych umiejętności i doświadczenia drogowego. Szkoda tylko, że po drodze nie widzieliśmy zbyt wielu bunkrów.

Awatar użytkownika
Winnetou
Posty: 3710
Rejestracja: 15 maja 2008, 22:01
Motocykl: niemiecki
Lokalizacja: Augsburg(Bawaria)
Wiek: 52
Kontakt:
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Winnetou » 22 lipca 2014, 16:45

Maćko pisze:
Albania na przyszłość ? czemu nie. Szkoda tylko, że po drodze nie widzieliśmy zbyt wielu bunkrów.

Bunkry zobaczycie ,jadac w strone Grecji wybrzezem od Durres w dół-rewelacyjne widoki.
https://www.youtube.com/watch?v=EL8ZgP35Xqk :wink:
Jedni umieją drudzy"umią"...

"Z wiekiem spada zapotrzebowanie na zysk, a rośnie popyt na święty spokój"

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Maćko » 23 lipca 2014, 22:07

Winnetou pisze:
Maćko pisze:
Albania na przyszłość ? czemu nie. Szkoda tylko, że po drodze nie widzieliśmy zbyt wielu bunkrów.

Bunkry zobaczycie ,jadac w strone Grecji wybrzezem od Durres w dół-rewelacyjne widoki.
https://www.youtube.com/watch?v=EL8ZgP35Xqk :wink:


Masz rację, bunkrów mało, ale było zajebiście :D

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Maćko » 27 lipca 2014, 23:16

Dzień jedenasty: Albania - Macedonia: Ohrid, Kicevo, Gostivar, Tetovo, Skopje ? Serbia: Vranje, Vranska Banja ? 460 km
Hasło dnia dzisiejszego: Dzień trzech krajów. Wiele się działo, ale zacznijmy od? 7 rano. W czasie kiedy pakowałem motor Doti robiła śniadanie w przyhotelowym ogródku ? chleb zakupiony jeszcze w Risan z pasztetem zakupionym jeszcze w Łodzi w Tesco (uwaga: w tym miejscu relacja zawiera lokowanie produktu). Jeden z panów budowlańców wyszedł na zewnątrz, popatrzył na Doti, a po chwili przyniósł obrus, sztućce zawinięte w serwetkę (jakby wątpiąc w nasze harcerskie niezbędniki), talerz ze świeżymi warzywami i albańskim serem i zaproponował kawę.

Obrazek
Obrazek

I jak tu można pominąć życzliwość Albańczyków, którzy choć gadają w sobie tylko znanym języku naprawdę lubią Polaków. Przekonaliśmy się zresztą o tym trochę później kiedy w ramach rutynowej kontroli drogowej zatrzymała nas albańska policja ? tylko spojrzeli na rejestrację i kazali nam jechać dalej. A może po prostu przestraszyli się napisu na naszym moto ?POLICE EDITION??. Nie udzielając odpowiedzi na tak zadane retoryczne pytanie jedźmy dalej? w kierunku Macedonii. Na odcinku kilkudziesięciu kilometrów zobaczyliśmy naprawdę piękny kawałek Albanii ? góry, potoki, mosty i o dziwo, kilka bunkrów. Zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę, to zobaczyliśmy tylko tę bardziej ?cywilizowaną? Albanię, ale żeby zobaczyć tę bardziej ?dziką?, trzeba przyjechać na dłużej i innym rodzajem motocykla (może być MG Stelvio?).W każdym bądź razie mamy jakieś wyobrażenie o tym pięknym kraju i mniej więcej wiemy na co mamy być przygotowani żeby odwiedzić go kolejny raz.

Obrazek
Obrazek

Zaraz po przekroczeniu granicy Macedonii pierwszym stworzeniem, które nas przywitało był żółw dumnie przechadzający się po asfalcie. Po cyknięciu mu kilku fotek Doti odstawiła go w trawkę, a my pojechaliśmy dalej. Zamierzaliśmy przejechać tereny północnej i zachodniej Macedonii. Uprzedzając fakty powiem tylko, że jechaliśmy głównie autostradami i drogami dobrej jakości, a i tak przemierzyliśmy chyba najatrakcyjniejsze regiony.

Obrazek
Obrazek

Jedynym ze znanych mi miejsc w Macedonii (oczywiście po obejrzeniu programu na Discovery) było Jezioro Ochrydzkie. Tam też od razu pojechaliśmy, zamierzając zwiedzić Klasztor Św.Nauma koło miejscowości Ljubanishta. Trasa wzdłuż jeziora była przepiękna, położone wzdłuż niego wioski to wymarzone miejsce na wakacje bez względu na to czy jedzie się tam puszką czy motorem, z dziećmi czy bez. Sam Klasztor robi zresztą niezłe wrażenie, a w szczególności przechadzające się po ogrodzie dumne pawie, nic nie robiące sobie z fotografujących je turystów. Żeby dotrzeć do klasztoru mieliśmy dwa wyjścia ? dojść pieszo około 300 metrów lub przepłynąć łódką od strony jeziora, Wybraliśmy oczywiście opcję numer 2, tym bardziej, że w ceną łódki była wliczona 15 minutowa wycieczka po krystalicznie czystym Jeziorze Ochrydzkim, o opowieściach ?Pana Kapitana?? nie wspominając.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po zwiedzeniu klasztoru chcieliśmy jeszcze pojechać nad Jezioro Prespa (jedno z najczystszych w Europie), jadąc poprzez Park Narodowy Galicica, ale droga w tym kierunku była niestety zamknięta (chyba przez spadające z gór kamienie). Trochę zawiedzeni pomknęliśmy w kierunku Skopje, by zobaczyć Kanion Matka ? drugi punkt na mapie Macedonii, który chcieliśmy zaliczyć. Mniej więcej na wysokości Kiceva wpadliśmy na autostradę. Mieliśmy wprawdzie je omijać, ale była już godzina około 17.00 i zależało nam na czasie. Poza tym przeszło 100 kilometrowy odcinek autostrady kosztował 180 denarów, czyli 3 euro. To chyba mówi samo za siebie. Przed samym Skopje zjechaliśmy z autostrady i pojechaliśmy w stronę Kanionu. Pierwsze kilkanaście kilometrów przejechaliśmy bez problemu, choć w niezłym upale. Potem zaczęły się schody ? wąska dróżka, dziesiątki samochodów, które musieliśmy omijać, policjanci kierujący ruchem. Kanion Matki Teresy (choć piękny) okazał się być jedynym miejscem wypoczynku dla mieszczuchów ze Skopje.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po obejrzeniu Kanionu ruszyliśmy w kierunku Serbii. Mogliśmy wprawdzie szukać noclegu w Macedonii, ale była godzina około 19, a do granicy niecałe 100 kilometrów. Poza tym chciałem napić się zimnego serbskiego piwa. Za Skopje stanęliśmy na stacji benzynowej, aby nakarmić moto i napić się kawy. Resztę wieczoru pominę milczeniem. Pokłóciłem się z Doti ? poszło oczywiście o to czy jechać, czy zwiedzać. Do Serbii dojechaliśmy w milczeniu, potem mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu i kiedy w końcu wynajęliśmy pokój była godzina 22.00 więc wściekły i zmęczony położyłem się spać. O zimnym serbskim piwie nawet nie myślałem.

Dzień dwunasty: Vranje, Nisz, Kursumlija, Davolia Varos, Vrnjaczka Banja ? 340 km
Dziś zaczynamy nasz trzydniowy pobyt w Serbii. Serbia to nie tylko Belgrad, malowniczy Dunaj i Nowy Sad. W Serbii jest wszystko, trzeba to tylko umieć znaleźć. Trzy najbardziej popularne miejscowości to dopiero początek z tego co kraj ma do zaoferowania. My zwiedzanie Serbii zamierzaliśmy zacząć od Niszu, trzeciego co do wielkości miasta w tym kraju.
Serbowie to naród waleczny, nie trzeba o tym wspominać. Gdzie najlepiej widać ich waleczność? Właśnie tutaj. W Niszu znajduje się ?Wieża Czaszek? i nie jest to bynajmniej żadna metafora. Wieża, czy też pomnik 19 Serbskich Rebeliantów wieku został zbudowany z? ludzkich czaszek. Miała być przestrogą dla wszystkich tych, którzy zechcą przeciwstawić się Imperium Osmańskiemu.

Obrazek
Obrazek

Ale zanim poszliśmy zwiedzać zostałem chyba pokarany za wczorajszą kłótnię z Doti. Po wjechaniu do miasta chcieliśmy się trochę rozejrzeć, popytać o drogę. Wjechałem na chodnik, chcę postawić moto na stopce i ? nic, biała maszyna całym jego ciężarem leci na mnie. Dobrze, że stałem obok jakiegoś samochodu, o który się oparłem i udało mi się bestię utrzymać. Z niemałym wysiłkiem postawiliśmy go na centralnej stopce. Jak się okazało obluzowała się jakaś śrubka i boczna stopka po prostu się urwała. Naprawiłem ją niestety dopiero w Polsce, a każdorazowe stawianie motoru na centralnej stopce było prawdziwą męczarnią. Przebojem całego wyjazdu był gryps, który usłyszałem w interkomie, przy którejś z kolei próbie postawienia na ?centralce?, ?no stawaj ch?? Każde kolejne postawienie moto kończyło się salwą śmiechu.
Kolejny punkt wycieczki: Davolia Varos czyli Diabelskie Miasto. Do przejechania mieliśmy około 100 kilometrów. Końcówka drogi przebiegała wzdłuż granicy z Kosowem, a w oczy rzucały się opuszczone po wojnie domy, często noszące ślady po kulach. Obserwując krajobraz w końcu dojechaliśmy do celu. Davolia Varos było serbskim kandydatem do tytułu Siedmiu Nowych Cudów Świata. Dlaczego? Ponieważ formacje skalne utworzone na skutek silnych erozji gleby należą do jednych z najbardziej zadziwiających cudów natury. Położone 89 kilometrów na południowy zachód od Niszu, niedaleko miejscowości Kursumlija w paśmie gór Radan ?miasto? składa się z licznych erozyjnych form, wyróżnia się 220 form figuralnych. Procesy tworzenia nie zostały zakończone jedne formy znikają, aby zrobić miejsce dla nowych. Jednym z czynników wciąż kształtującym rezerwat są dwa źródła wodne: silnie kwasowa Davolja voda (Diabelska woda) i Crveno vrelo (Czerwona studnia). Można tam naprawdę chodzić i chodzić. Po zwiedzeniu Miasta i wypiciu tureckiej kawy około 16 ruszyliśmy w dalszą drogę.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Jechaliśmy w kierunku Mokrej Gory, koło Uzic, na granicy z Bośnią i Hercegowiną. Do przejechania mieliśmy 250 kilometrów. Po niecałej godzinie jazdy zaczęło strasznie wiać. Ledwo mogłem utrzymać motor. Nagle zza gór wypłynęły czarne chmury. Już wiedzieliśmy czym to się skończy, choć przez chwilę mieliśmy nadzieję, że uda nam się uciec przed deszczem. Niestety. Wcześniej niż planowaliśmy zaczęliśmy szukać noclegu. A tu oczywiście jak na złość nic?Skokami między mniejszym, a większym deszczem jechaliśmy przed siebie. Na jednej ze stacji benzynowych gość otworzył nam nawet swój prywatny kantorek, żebyśmy mogli w nim posiedzieć i trochę przeschnąć. W końcu znaleźliśmy przydrożny motel, z pokojem za 24 euro. Właściciel pozwolił nam postawić moto pod prywatną wiatą, więc mogliśmy ze spokojem napić się zimnego serbskiego piwa i spróbować serbskiego sacza.

Obrazek
Obrazek

Dzień trzynasty: Uzice, Mokra Gora, Valjevo ? 333 km
Plan na dziś był prosty, Mokra Gora, wioska Kusturicy, czyli dużo zwiedzania. Nareszcie coś dla Doti. W zależności od rozwoju sytuacji mieliśmy zostać na noc w Mokrej Gorze lub jechać dalej w kierunku domu. Ale po kolei.
Nie trzeba jechać do Hollywood, żeby poczuć się jak w filmie. W Serbii nie ma Alei Gwiazd, jest coś lepszego. W tej położonej przy granicy z Bośnią i Hercegowiną miejscowości najsłynniejszy bałkański reżyser Emir Kusturica stworzył ?Dravengrad?- skansen wprost wyjęty z jednego z jego filmów ?Życie jest cudem?. Do kinowej rzeczywistości najłatwiej przenieść się korzystając z kolejki wąskotorowej (Szargańska ? Šarganska Osmica). Jej początkowo stacja mieści się w miejscowości, a sama kolej została uwieczniona w filmie. Obecnie można nią przejechać niespełna 16 kilometrową trasę. Do celu dotarliśmy o 11.30. Kolejka odjeżdżała dopiero o 13.30, więc mieliśmy prawie dwie godziny na zwiedzanie skansenu, oddalonego od stacji kolejki o zaledwie kilkaset metrów. Skansen robi naprawdę niesamowite wrażenie, ja kręciłem filmik, a Doti robiła dziesiątki zdjęć. Wychodząc zapytaliśmy czy można w jednym z tych domków zamieszkać. Oczywiście, że tak. Cena domku ze śniadaniem i obiadem dla 2 osób wynosi 77 euro za dobę.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po zwiedzeniu skansenu pojechaliśmy prosto na stację. Do odjazdu kolejki pozostało około 15 minut. Kupiliśmy bilety (600 dinarów od osoby czyli około 5 euro), a sympatyczna Pani w kasie pozwoliła nam zostawić u niej kaski i kurtki. Podróż w jedną stronę trwa 40 minut, ale łącznie z postojami na poszczególnych stacjach przejazd kolejką zajmuje 2 godziny. Przejażdżka przez górskie tereny urozmaicone mostami i aż 22 tunelami zapewniają niezapomniane widoki. Te widoki głównie zostaną w naszej pamięci, bo serbski pech nas nie zamierzał opuścić ? po 10 minutach kręcenia filmiku skończyła mi się bateria w kamerce, a w połowie drogi powrotnej Doti siadała bateria w aparacie. Ale najlepsze ujęcia i tak zostały zrobione.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Pełni wrażeń w stronę Novego Sadu ruszyliśmy ok.16.00. Do Uzic dojechaliśmy czerwoną drogą, potem na Valjevo miała prowadzić żółta droga, a właściwie to Hołek miał przez nią poprowadzić. Jakiś czas już jechaliśmy, a droga stawała się coraz gorsza i coraz bardziej kręta. Ponieważ mieliśmy dość dokładną mapę Serbii postanowiliśmy sprawdzić gdzie właściwie jesteśmy. A tu szok. Tej drogi nie było na mapie, ten pi?..y kierowca rajdowy po raz kolejny postanowił poprowadzić nas sobie tylko znanym skrótem. Ponieważ jechaliśmy już prawie godzinę stwierdziłem, że szkoda czasu na zawrotkę i pojedziemy zgodnie z ?jego sugestiami?, a ponadto miałem nadzieję, że to tylko ?malutki skrócik?. Niestety, bardzo się pomyliłem. Tym skrócikiem, który wyniósł 70 km jechaliśmy prawie 2 godziny. Co z tego, ze widoczki były przepiękne, kiedy droga była dziurawa, z dziesiątkami zakrętów prawie 180 stopni, a to czy będzie to zakręt w górę czy w dół było wiadomo dopiero wtedy, gdy w niego wjechaliśmy. Średnia prędkość ? 20 km/h. W pewnym momencie stwierdziłem, że kręcenia mam dość na najbliższe dwa lata, a ilość odcisków na moich rękach mówiła sama za siebie. Szkoda, że Doti nie mogła robić zdjęć. Kiedy dotarliśmy do Valjeva była godzina 19.00 więc stało się jasne, że nie dotrzemy dzisiaj do Novego Sadu, a twierdza Petrovardin w tym roku pozostanie przez nas nie zdobyta. Byłem tak wykończony, że postanowiłem zatrzymać się na pierwszej napotkanej miejscówce. Przez 30 kilometrów nic ? tylko fabryki, kamieniołomy, wioski, stragany z melonami.

Obrazek
Obrazek

Aż tu nagle naszym oczom ukazał się ? koniec drogi, a obok zamek, w którym znajdował się hotel. Wyglądał na drogi, ale postanowiliśmy spytać o cenę pokoju. Ku naszemu zdumieniu dwuosobowy pokój ze śniadaniem kosztował 30 euro. Postanowiliśmy brać, tym bardziej że zbliżała się 20.00. Dodatkowym bonusem jak się później okazało był kanał w TV. Tym kanałem był Hastler, bardzo pouczający i uniwersalny kanał, nie wymagający znajomości języków obcych?. Siedząc wieczorem przy zimnym winie i serbskiej sałacie pierwsze co zrobiłem to zmieniłem w Hołku ?optymalne? na ?szybkie?. Ta podmyta droga na zdjęciu poniżej to jedyny ślad powodzi jaki napotkaliśmy podczas całej naszej podróży.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień czternasty: Novy Sad, Subotica ? Węgry: Szeged, Budapeszt ? Słowacja: Banska Bystrzyca ? 513 km
Dzisiaj przed nami znów trzy kraje: Serbia, Węgry, Słowacja. Ale najpierw ? hotelowe śniadanie.

Obrazek
Obrazek

Ponieważ codzienne stawianie moto na centralnej stopce stawało się coraz bardziej uciążliwe postanowiliśmy zwiedzanie Novego Sadu zostawić na ?lepsze czasy?. Nie bez żalu ruszyliśmy w stronę granicy z Węgrami. W Suboticy wydaliśmy ostatnie denary na ?souveniry? dla najbliższych. Ponieważ nie byliśmy w stanie sami postawić moto, Doti robiła zakupy, a ja w pozycji siedzącej nabierałem sił popijając Red Bulla. Około 14.00 wjechaliśmy na Węgry. Do tej pory tranzyt przez Węgry wykonywaliśmy drogami równoległymi do autostrad, ale tym razem postanowiliśmy jechać autostradą i kupiliśmy winietę za całe 7 euro. Tym sposobem przejazd przez Węgry zajął nam około 3,5 godziny. Po przekroczeniu granicy ze Słowacją w okolicach Banskiej Bystrzycy zakończyliśmy (nudny pod względem jazdy) dzień w przydrożnym pensjonacie. Pensjonat wyglądał bardzo niepozornie w porównaniu z innymi w tej miejscowości co pozwalało mieć nadzieję, że nie będzie zbyt drogi. Tak też było, a poza tym właściciel okazał się super gościem. Ale po kolei. Po rozpakowaniu moto, prysznicu, zeszliśmy żeby coś zjeść. Właściciel przygotował dla nas osobiście pyszny sznycel i sałatkę. Był bardzo kontaktowy i fajnie nam się rozmawiało, tym bardziej, że nasze języki są naprawdę bardzo podobne. Rozumieliśmy się idealnie a im dłużej trwała kolacja, to mam wrażenie, że lepiej. Może pomogło w tym to, że dołączył do nas jego kolega, który przyniósł ze sobą butelkę domowego wina, a później była kolejna butelka i znowu kolejna. Ja wole myśleć, że mam zdolności lingwistyczne i tego będę się trzymał. Sam gospodarz podczas długiego wieczoru opowiedział nam historię swojego życia, o swoich podróżach po świecie (pracował w firmie, która zajmowała się budową scen dla gwiazd muzyki), o wykładach na uczelni (jest absolwentem trzech uczelni), a wreszcie o prowadzeniu pensjonatu (żeby go prowadzić nauczył się gotować i zdobył certyfikat mistrza). Kulminacją wieczoru było dołączenie do nas kolejnego znajomego naszego gospodarza, adwokata z Bratysławy. Kiedy rozpoczęli dysputy z Doti na tematy prawne i różnice między prawodawstwem słowackim i polskim, stwierdziłem, że albo moje wcześniej chwalone zdolności językowe nie są tak duże, albo zaczynam być ?zmęczony?.

Obrazek
Obrazek

Dzień piętnasty: Zvoleń, Mikulov, Żylina ? Polska: Cieszyn, Łódź ? 554 km
Ostatni dzień naszej podróży przywitał nas pięknym słońcem. Pogoda wymarzona do jazdy ? 20 stopni. Po spakowaniu moto ruszyliśmy w drogę powrotną. W interkomie cisza. Chyba oboje z Doti robimy swoje podsumowania, co nam się udało a co nie, co powinniśmy zmienić w przyszłych (mam nadzieję) naszych wycieczkach, jak zbalansować chęć czerpania przyjemności z jazdy z chęcią zwiedzania. Każdy taki wyjazd sprawia, że czujemy pewien niedosyt, że można było jeszcze zobaczyć to, czy inne miejsce. Może to i lepiej. Pozwala to planować kolejne wyprawy, które tak naprawdę zaczynamy zaraz po skończeniu obecnej.
Droga przez Słowację i Polskę bez żadnych przygód. Na plus można zaliczyć tylko to, że zdecydowaliśmy nie wracać przez Tychy, gdzie remontowana jest droga, tylko objazdem przez Mikołów. My mieszkańcy Łodzi, miasta, które nie może się pochwalić żadną obwodnicą po 25 latach ?przemian ustrojowych?, zawsze z przyjemnością przejeżdżamy przez aglomerację śląską. Za Katowicami zjedliśmy ostatni obiad podany przez kelnera? mając na względzie, że od jutra skończy się to co dobre. Wykonaliśmy kilka telefonów ?uprzedzających? do dzieci i przyjaciół, że wracamy i ok. 17 zameldowaliśmy się w domu.

Koty żyją, pies też, kwiatki w dobrej formie, żadnych zgliszczy nie widać. Jest dobrze. Dzieci zdały egzamin z samodzielności. My chyba też, dlatego zasłużyliśmy na dobrą kawę parzoną we własnym expresie. Teraz tylko rozpakować się, prysznic i podzielenie się z bliskimi naszymi wrażeniami. Wieczorem lampka białego wina i wreszcie własne łóżko.
Może przyśni nam się przyszłoroczna wyprawa?

Awatar użytkownika
Qbeł
Posty: 4036
Rejestracja: 19 stycznia 2009, 17:44
Motocykl: Honda ST 1300
Lokalizacja: Głęboka Wiocha k/Zgierza obok Łodzi
Wiek: 49
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Qbeł » 28 lipca 2014, 11:16

No to kawałek świata zjechaliście :) Gratuluję i troszku zazdraszczam :wink: :D
Obrazek

Awatar użytkownika
TuMarzena
Posty: 2352
Rejestracja: 04 lutego 2014, 08:05
Motocykl: Viraży jakich mało;)
Lokalizacja: LBI 55YR
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: TuMarzena » 28 lipca 2014, 13:28

Ja też zazdraszczam i po cichu... obmyślam nowy plan ....
PRZYJACIEL TO KTOŚ,KTO DAJE CI TOTALNĄ SWOBODĘ BYCIA SOBĄ /Jim Morrison/

3098

JEŚLI KIERUJE TOBĄ PASJA POZWÓL ROZUMOWI TRZYMAĆ LEJCE /Benjamin Franklin/

Awatar użytkownika
Milka
Posty: 218
Rejestracja: 21 lutego 2014, 21:47
Motocykl: wiadro
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Milka » 28 lipca 2014, 13:52

wspaniała wyprawa :-)

Awatar użytkownika
skipbulba
Posty: 1880
Rejestracja: 20 sierpnia 2010, 18:49
Motocykl: Mały Radzio
Lokalizacja: Gdańsk
Wiek: 47
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: skipbulba » 28 lipca 2014, 13:58

Czad!
Było Virago XV 535, Dragstar XVS 1100 Classic
Jest Roadstar XV 1700 Silverado
---
Skip
Cruiseriders North FG
Mother Chapter

Awatar użytkownika
Winnetou
Posty: 3710
Rejestracja: 15 maja 2008, 22:01
Motocykl: niemiecki
Lokalizacja: Augsburg(Bawaria)
Wiek: 52
Kontakt:
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Winnetou » 28 lipca 2014, 17:42

I teraz juz wiecie,dlaczego na Balkany sie wraca i odkrywa ciagle od nowa.Spieszmy sie...komercja nie poczeka.
Pozdrawiam serdecznie :bravo:
Jedni umieją drudzy"umią"...

"Z wiekiem spada zapotrzebowanie na zysk, a rośnie popyt na święty spokój"

Awatar użytkownika
al99
Posty: 2340
Rejestracja: 07 maja 2008, 07:19
Motocykl: łoweł ,włotki,lacie
Lokalizacja: Tychy-Bieruń Nowy
Wiek: 46
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: al99 » 29 lipca 2014, 08:19

:rock: no wakacje się udały że tak powiem WZOROWO, szacunek za piękny opis czego sam osobiście nie umiem zrobić nawet z przejażdzki łowełem :mrgreen: :uklon:
Lepiej być znanym Pijakiem niż anonimowym alkoholikiem
czas nie patyk ,na moczarach nie stoi
Moimi obietnicami piekło jest całe wybrukowane.więc na Wasze już miejsca nie starczy.........

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Maćko » 02 sierpnia 2014, 20:55

Dzięki za miłe słowa. Opis i tak nie odda tego co widzieliśmy ale może trochę zmotywuje niezdecydowanych.
A Ty Kubuś zostań lepiej w kraju, bo w zeszłym roku byłeś na Ukrainie i zobacz co się tam teraz dzieje :D

Awatar użytkownika
Lolek
Posty: 889
Rejestracja: 21 sierpnia 2009, 13:53
Motocykl: 1100 95r.
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Wiek: 25
Kontakt:
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Lolek » 05 sierpnia 2014, 12:36

no pełen szacunek a ja chyba zaczynam myśleć nad przyszłym rokiem :idea: :bravo:
Bądz człowiekiem dla człowieka , szerokości !!!

Awatar użytkownika
Qbeł
Posty: 4036
Rejestracja: 19 stycznia 2009, 17:44
Motocykl: Honda ST 1300
Lokalizacja: Głęboka Wiocha k/Zgierza obok Łodzi
Wiek: 49
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Qbeł » 07 sierpnia 2014, 20:11

Maćko pisze:A Ty Kubuś zostań lepiej w kraju, bo w zeszłym roku byłeś na Ukrainie i zobacz co się tam teraz dzieje :D

Ech, czasem człowiek coś chlapnie jęzorem i sie narobi :D
Obrazek

Awatar użytkownika
toooomelo
Posty: 4657
Rejestracja: 30 kwietnia 2011, 18:04
Motocykl: XV535 -> FZS600
Lokalizacja: Poznań/Luboń
Wiek: 49
Kontakt:
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: toooomelo » 08 sierpnia 2014, 10:30

Piękna wyprawa. Kilometrów też nawinięte. Pozazdrościć :)
Viśniówka -> Mexicana -> Silverka
Obrazek

Awatar użytkownika
GOŁĄB
Posty: 470
Rejestracja: 05 czerwca 2012, 12:09
Motocykl: 535->XV1600->Fat Boy
Lokalizacja: Poznań
Wiek: 29
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: GOŁĄB » 08 sierpnia 2014, 12:12

Takie wyprawy to moje marzenia, które będę spełniał :lol: Tylko w kilka motocykli jechać, żeby było raźniej.
Michał

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Maćko » 10 sierpnia 2014, 20:48

GOŁĄB pisze:Takie wyprawy to moje marzenia, które będę spełniał :lol: Tylko w kilka motocykli jechać, żeby było raźniej.


Im więcej motocykli, tym więcej kompromisów, ale każdy lubi coś innego.
Nam nasze własne towarzystwo nie przeszkadza ale to chyba kwestia wieku.
Życzymy powodzenia w realizacji... :rock:

Awatar użytkownika
MONIKA.S
Posty: 633
Rejestracja: 23 września 2009, 21:14
Motocykl: XV 750 DARKA.S
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 41
Kontakt:
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: MONIKA.S » 13 sierpnia 2014, 23:19

Piękna sprawa, super relacja i piękne zdjęcia :bravo: :bravo: :bravo: , hmmm no i ciekawy pomysł na przyszłe wakacje, kto wie może trzeba będzie zmienić kierunek zwiedzania na Bałkany. :rock: :D
I prefer the sign: "No entry", to the one that says: "No exit".
— Stanisław Jerzy Lec (1909-1966)

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1882
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: DAREK.S » 14 sierpnia 2014, 10:39

Wyjątkowo muszę się zgodzić z żoncią - wyprawa pierwsza klasa, pozazdrościć, normalnie chyba zaraz wsiądę na moto i jadę ;)
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
Drabek
Posty: 262
Rejestracja: 13 czerwca 2010, 23:06
Motocykl: taty ;)
Lokalizacja: Łódź - miasto przygód, Łódź - miasto stylu
Wiek: 32
Kontakt:
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: Drabek » 12 września 2014, 20:15

W końcu skończyłem składać film z podróży rodziców :)
Zaprszam do oglądania

LINK do YouTube


:chopper:
Obrazek

Awatar użytkownika
leczmo
Posty: 1295
Rejestracja: 30 kwietnia 2014, 23:22
Motocykl: Virago 535/VTX 1300
Lokalizacja: Skierniewice
Wiek: 52
Kontakt:
Status: Offline

Re: BAŁKAN TRIP 2014 - czyli 9 krajów w 15 dni

Post autor: leczmo » 12 września 2014, 21:18

Fajny-świetna muzyka :chopper: .

ODPOWIEDZ