MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Ciekawe miejsca, propozycje wycieczek, co warto zobaczyc? Tematy związane z turystyką motocyklową
Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Maćko » 18 września 2016, 18:40

To znowu ja. Plecak mojej Drugiej Połowy. Moje drugie imię to ?urodzona optymistka?. Radość dają mi słońce, plaża (ale najlepiej w Gdańsku Brzeźnie), woda i podróże. A jak jest szaro i pochmurno i nie ma opcji na podróż, to zawsze jest butelka dobrego wina. Nauczyłam się, że życie jest po to, żeby się cieszyć i żeby z niego korzystać. A że dostajemy niedużo czasu, trzeba się śpieszyć, żeby łapać te rzeczy, które są miłe, Więc się śpieszę, a Maćko razem ze mną.
Trochę się u nas działo w tym roku. Nadmiar wrażeń i wydarzeń mógłby niejednego przyprawić o ból głowy (i kieszeni ?). Te najważniejsze to (w kolejności wydarzeń): obrona dyplomu Drabka (dla niewtajemniczonych syna najstarszego) na studiach podyplomowych na ASP, czerwcowa wyprawa do Włoch (relacja może wkrótce), zmiana auta na moje (Doti) wymarzone, wesele Szymka (czyli naszej młodszej latorośli), zdanie egzaminu na prawko na moto przez Drabka (oboje pękaliśmy z dumy, że za pierwszym podejściem).
Po tym wszystkim zaczęliśmy szukać inspiracji ? gdzie pomknąć na tydzień we wrześniu? Pomysły były różne, łącznie z Czarnobylem. Pewne było jedno ? chcieliśmy jechać tylko we dwoje w nowe, nieznane miejsca, by oderwać się od codzienności. W końcu padło na Roztocze, Lwów i okolice i nasze ukochane Bieszczady. Czas naszego urlopu zbliżał się wielkimi krokami, zatem nie było czasu na kompromisy, gdzie dłużej, gdzie krócej. Chcieliśmy być wszędzie, więc na każde z tych miejsc mieliśmy po dwa dni plus dwa dni na dojazd i powrót. Ale znając siebie i nasze spontany tak naprawdę postanowiliśmy niczego nie planować i zdać się na naszą intuicję. I tak bez dłuższego namysłu i wertowania map i przewodników postanowiliśmy jesienną wyprawę zacząć od Roztocza. Nigdy tam nie byliśmy, ale wiedzieliśmy jedno. Zobaczymy dostojne piękno i różnorodność roztoczańskich krajobrazów, odnajdziemy ciszę i spokój, czyste powietrze, zabytki i piękną historię. Przecież Roztocze to kraina lasów i malowniczych wzgórz, poprzecinanych wieloma rzekami. Ale nie tylko przyroda stanowi o atrakcyjności Roztocza. Wiele tu zabytkowych świątyń, tak murowanych jak i drewnianych. Już nie mogliśmy się doczekać. Na kilka dni przed wyjazdem znalazłam super miejscówkę w Zagrodzie Guciów, nomen omen w Guciowie. Jak się później okazało, niesamowicie klimatycznym miejscu ? stare chaty w prawdziwym roztoczańskim skansenie. To było jedyne pewne miejsce. Reszta miała być przygodą. No to jutro ruszamy ( właściwie ruszyliśmy 3 września). A ponieważ to moja relacja, to będzie trochę romantycznie, trochę historycznie, ale mam nadzieję, że ciekawie.

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1879
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: DAREK.S » 18 września 2016, 23:14

Pięknie się zaczyna, czekam na dalszy ciąg. :bravo:
Że też mnie nie udaje się namówić Moniki na napisnie relacji. Jak co roku próbuję to zrzucić na żoncię i nic z tego nie wychodzi. ;-)
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
JohnnY
Posty: 4036
Rejestracja: 06 października 2008, 22:30
Motocykl: Intruz VS 1400
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 29
Kontakt:
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: JohnnY » 19 września 2016, 07:26

Maćko pisze: A ponieważ to moja relacja, to będzie trochę romantycznie, trochę historycznie, ale mam nadzieję, że ciekawie.
poprosimy ze szczegółami :D gratuluję wyprawy i czekamy na dalszą część relacji :chopper:

Awatar użytkownika
Maruda
Posty: 1258
Rejestracja: 22 września 2013, 23:00
Motocykl: Czarny :)
Lokalizacja: Częstochowa/Kamyk
Wiek: 30
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Maruda » 19 września 2016, 08:46

Zaciekawiliście mnie mocno... :) Gratuluję wyprawy i czekam na relację... :) :bravo:
...żyj tak jakby jutra miało nie być...

Awatar użytkownika
Hans4
Posty: 195
Rejestracja: 11 czerwca 2009, 15:45
Motocykl: KawałSuki
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 57
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Hans4 » 19 września 2016, 14:25

O wróciliście......
Krzysiek

Awatar użytkownika
Snake
Posty: 687
Rejestracja: 30 sierpnia 2016, 14:15
Motocykl: Yamaha Virago 535
Lokalizacja: Biała Podlaska
Wiek: 36
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Snake » 20 września 2016, 09:03

Zacny numer postu "535"
Czekamy na obszerną relację z wyjazdu!
5000 Kilometrów -> 2 Ludzi -> 2 Motocykle -> 1 Cel

Awatar użytkownika
janeckih
Posty: 232
Rejestracja: 27 grudnia 2010, 20:43
Motocykl: Virago 535,1991;
Lokalizacja: Radom/Sieradzkie
Wiek: 66
Kontakt:
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: janeckih » 20 września 2016, 20:59

. Reszta miała być przygodą. No to jutro ruszamy ( właściwie ruszyliśmy 3 września). A ponieważ to moja relacja, to będzie trochę romantycznie, trochę historycznie, ale mam nadzieję, że ciekawie.[/quote]
No i.... :bravo:
jako

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Maćko » 25 września 2016, 16:02

Dzień pierwszy ? sobota 3 września 2016 roku
Wyruszyliśmy około 10 rano. Zrezygnowaliśmy z jazdy autostradą i pojechaliśmy na Żarnów i Kielce dobrze znaną nam piękną widokowo trasą pośród lasów. Na miejsce dotarliśmy około 15. W samą porę by zjeść obiad i posmakować miejscowej kuchni. Ale najpierw ? zakwaterowanie. Dostaliśmy klimatyczny pokój na strychu w domu gospodarzy. Cena ? 170,00zł. za dobę ze śniadaniem. Tanio to nie było, ale śniadanie jakie dostawaliśmy przez następne trzy dni powalało z nóg. Do wyboru były trzy zestawy: od szczęśliwej kury, od szczęśliwej świnki, od szczęśliwej krowy. Domowe kiełbaski na ciepło, domowe sery, dżem, wędlina z lokalnej wędzarni, jajecznica z jaj od kur z wolnego wybiegu, chleb i podpłomyki pieczone przez lokalne kucharki. Pycha. Cena w menu ? 28,00zł./osobę. Maciek jak zwykle musiał znaleźć jakieś minusy ? w łazience nie było ręczników, papieru toaletowego też jak na lekarstwo, przeciekający syfon pod umywalką, ale za to widoku z okna i towarzystwa Ilony Ostrowskiej (Lucy z Rancza) i Artura Rojka nikt nam nie odbierze. W takiej głuszy naprawdę każdy może czuć się anonimowo.
Ale wróćmy do obiadu. Zjedliśmy zupę z pokrzyw, pieróg z kaszy jaglanej z serem i żurawiną, rzeczczoniak (pieróg z kaszy gryczanej ziemniaków i sera), popite zsiadłym mlekiem i lokalnym piwem. Taki obiad (choć nietuczący, ale zapychający) wymagał spalenia. Spacerując po okolicy w zasięgu wzroku mieliśmy tylko łąki, lasy i pola. Cisza i spokój. A co najważniejsze ? ZERO ZASIĘGU. Na kolację w lokalnej drewnianej chacie kupiliśmy domową kiełbasę, podpłomyki i oranżadę, smakiem przywołującą lata 80-te. Odcięci od cywilizacji, telefonów i telewizora zrobiliśmy plan na jutro i o 22 poszliśmy spać.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień drugi ? niedziela 4 września
Po obfitym śniadaniu wyruszyliśmy na objazd Roztocza Środkowego ? Krasnobród, Tomaszów Lubelski, Susiec, Zwierzyniec, Szczebrzeszyn. Obowiązkowe punkty do zobaczenia na Roztoczu. Ponieważ wczoraj dostaliśmy od naszego gospodarza mapę Roztocza Środkowego, z krótkim opisem regionu, a do tego podczas spaceru zaopatrzyliśmy się w miejscowy magazyn turystyczny ?Magiczne Roztocze? wiedzieliśmy mniej więcej co i gdzie chcemy zobaczyć. Na trasie przelotu do zobaczenia mieliśmy kilka kościołów. Z racji tego, że była niedziela w każdym z nich akurat trwały msze, więc nie chcąc przeszkadzać uczestnikom nabożeństw, kościoły oglądaliśmy tylko z zewnątrz.
Wycieczkę zaczęliśmy od Krasnobrodu ? serca Roztocza, malowniczo położonej miejscowości w dolinie rzeki Wieprz. Jak mogliśmy przeczytać w dostępnych nam źródłach, Krasnobród stał się ?roztoczańską Częstochową?. To wszystko za sprawą małego obrazka Matki Boskiej Krasnobrodzkiej, od której od wieków pielgrzymi otrzymują łaski. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Kaplicy Na Wodzie, wspierającej się na dwudziestu słupach. Źródło, które wypływa pod kaplicą według przekazów ma moc uzdrawiającą i przywracającą miłość. Na terenie byłego klasztoru Ojców Dominikanów, w podwórzu parafialnym zwiedziliśmy Muzeum Wsi Krasnobrodzkiej, Muzeum Wieńców Dożynkowych oraz ptaszarnię.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Z Krasnobrodu uderzyliśmy do Tomaszowa Lubelskiego, największego miasta Roztocza Środkowego. Chcieliśmy tam zwiedzić Kościół pw. Zwiastowania Najświętszej Marii Panny, najcenniejsze sakralne budownictwo drewniane w Polsce. Ale niestety właśnie miała się zaczynać msza, na której zgromadziły się setki wiernych. Weszliśmy wprawdzie do środka by chociaż zerknąć na cudowny obraz Matki Boskiej Szkaplerskiej i podziwiać wnętrze kościoła, ale po kilku minutach opuściliśmy to miejsce, by z zewnątrz podziwiać ten unikalny modrzewiowy kościół.
Kolejny punkt ? Susiec i Rezerwat nad Tanwią. Tam zamierzaliśmy zatrzymać się na dłużej bo i atrakcji tam było najwięcej. Rezerwat Nad Tanwią ze słynnymi wodospadami i Szlakiem Szumów naprawdę robiły wrażenie. A że pogoda była w dechę, to spacer wśród nich był naprawdę fantastyczny. Cały Szlak Szumów ma około 17 kilometrów, więc zrozumiałym jest, że przeszliśmy zaledwie jego niewielką część, resztę zostawiając na następne wypady na Roztocze. Nacieszywszy wzrok i duszę pojechaliśmy na obiad, a potem do centrum Suśca, gdzie właśnie trwały dożynki. Oboje pierwszy raz mieliśmy okazję brać udział na żywo w takim ?wydarzeniu? Było naprawdę regionalnie, cokolwiek to znaczy.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Niechętnie opuszczaliśmy Susiec, bo zabawa na dożynkach trwała w najlepsze. Ale czas nas gonił i jeszcze trochę zwiedzania było przed nami. Kolejnym miasteczkiem był Zwierzyniec ? nie bez przyczyny nazywany Perłą Roztocza lub Miastem-Ogrodem. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Kościoła na Wodzie, który mogliśmy jedynie podziwiać z zewnątrz, a piękne freski przez zamknięte kraty. Szkoda. Krótki spacer do parku i ? znów jesteśmy na dożynkach. Ludzie jedzą, piją, a na scenie lokalny zespół śpiewa lokalne przyśpiewki.
Ostatnim punktem na dzień dzisiejszy był Szczebrzeszyn, kulturalna stolica Roztocza i miasto o bogatej architekturze sakralnej. Największe nadzieje wiązaliśmy ze zwiedzeniem Kirkuta, który zawiera jeden z najliczniejszych i najciekawszych zespołów nagrobków żydowskich na Lubelszczyźnie. Niestety po dotarciu na miejsce zastaliśmy zarośnięty dwumetrowymi chaszczami cmentarz pełen powalonych płyt. Oj, zrobił na nas wrażenie? ale nie takie jak chcieliśmy. Po obejrzeniu kirkuta pojechaliśmy do centrum, a tam? oczywiście dożynki i grające przed ratuszem miejscowe kapele. Nikomu chyba nie trzeba przypominać, że nazwę miasta rozsławił Jan Brzechwa w jednym ze swoich wierszy?, stąd w mieście powstały aż dwa pomniki chrząszcza: drewniany przy źródle na Błoniu i dwumetrowy odlany z mosiądzu, stojący na rynku przed ratuszem. Ale to nie wszystko. Na rynku tego niewielkiego miasteczka nadal można zobaczyć dwa kościoły ? cerkiew i synagogę. Co bardziej może świadczyć o wielokulturowości Roztocza?

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Jak napisałam, w trzech odwiedzonych przez nas miasteczkach trwały dożynki. Ale te w Suśću przebiły wszystkie ? ilość kół Gospodyń Wiejskich, lokalnego jedzenia (do kupienia za grosze), a przede wszystkim rozmiar i pomysłowość wieńców dożynkowych naprawdę robiły wrażenie.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Do Guciowa wróciliśmy około 18. Maciek poszedł spać, a ja w zaciszu gospody i pieca chlebowego postanowiłam zrobić plany na resztę tygodnia. Wyszło mi, że jeżeli chcemy zwiedzić Lwów i okolice potrzebujemy dwóch noclegów we Lwowie ? czyli we wtorek rano musimy pożegnać Roztocze. Ledwo zrobiłam grafik przysiadł się do mnie właściciel zagrody (Stanisław Jachymek), a i Maćko obudził się z letargu. Najpierw pogadaliśmy o polityce w lokalnym wydaniu i rządach PIS-u na Roztoczu. Wyszło na to, że obecnie rządzący z sobie tylko znaną precyzją i konsekwencją niszczą wszystko co naturalne i co świadczy o wyjątkowości Roztocza ? we wsiach i miasteczkach kostki brukowe zastępują bitumitem, wycinają stare drzewa by inwestorom sprzedać działki pod markety, a dożynki są typowymi igrzyskami dla ludu, na które wydawane są gminne pieniądze, które mogłyby zostać przeznaczone na pomoc dla biednych rodzin. I tak lekko od polityki przeszliśmy do historii i miejsc, które jutro jeszcze powinniśmy zobaczyć.
No cóż. Pojutrze mieliśmy wyjechać więc wypadało poszukać noclegu we Lwowie. Ale jak to zrobić, jak internet w małym laptopie Maćka chodził wolniej od żółwia i w godzinach wieczornych około godziny. Mieliśmy wprawdzie telefoniczny namiar na jakąś prywatną kwaterę od naszych przyjaciół, którzy byli tu miesiąc wcześniej, ale z uwagi na brak zasięgu ta próba kontaktu została wyeliminowana. Najlepszym wyjściem było zatem wpisanie w Wujka Google hasła ?hotel w centrum Lwowa?. Po kilku minutach mamy to!!! Wyskoczyło 717 obiektów. Czas uciekał, więc trzeba było zrobić szybką selekcję. Po zawężeniu kryterium do ceny, pokoju dwuosobowego z jednym dużym łóżkiem i dostępności zamkniętego parkingu, po kolejnych kilku minutach zostały ?tylko? 134 obiekty. Już na pierwszej stronie zobaczyliśmy hotel Polska Poduszka. Według Maćka niezły chwyt marketingowy ?. Cena 150,00zł. za dwie noce ze śniadaniem, a odległość od centrum ? 300 metrów. Decyzja była krótka ? bierzemy. Wystarczyło kilka kliknięć (trwających oczywiście bardzo długo), poczekaliśmy na potwierdzenie rezerwacji, też trwającej kilkanaście minut, i mogliśmy iść spać, tym bardziej, że net padł. Uff.
CDN?

Awatar użytkownika
janeckih
Posty: 232
Rejestracja: 27 grudnia 2010, 20:43
Motocykl: Virago 535,1991;
Lokalizacja: Radom/Sieradzkie
Wiek: 66
Kontakt:
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: janeckih » 25 września 2016, 16:38

PieĘknie dzięki za wspaniały opis
jako

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Maćko » 27 września 2016, 22:50

Dzień trzeci ? poniedziałek 5 września
Rano wstaliśmy, a tu ? pada. Drobny, gęsty, deszczyk. Chmury na niebie mówiły, że nieprędko przestanie. Nasze plany na dziś musiały ulec więc lekkiej korekcie. Najpierw zwiedziliśmy skansen ? muzeum Guciów, by około 12.00 pojechać zwiedzać Zamość. Na szczęście było na tyle ciepło, że tak jak wczoraj, nie zakładaliśmy kurtek tylko termoaktywne i kondony. Pierwsze kroki skierowaliśmy na Rynek Wielki, by podziwiać Ratusz i kolorowe kamienice ormiańskie. Stare Miasto zrobiło na nas ogromne wrażenie, szkoda tylko, że synagoga była zamknięta. Za to godzinna wycieczka z przewodnikiem po twierdzy Zamość wynagrodziła nam wszystko. Zrobiło się późne popołudnie, więc w końcu trzeba było coś zjeść.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Nasz gospodarz wczoraj powiedział nam, że koniecznie musimy jechać na obiad do Baru u Rubina w Narolu. Do przejechania mieliśmy około 50 kilometrów, ale na szczęście przestało padać. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że o Rubinie krążą legendy. Wśród mieszkańców Roztocza i turystów Rubin jest Geniuszem.

Knajpa mieści się w prywatnym domu, obficie osłoniętym drzewami. Żeby nie szyld i adres pewnie byśmy tam nie trafili. Wejście z ganku, dwa pokoje i kontuar, za którym siedział Rubin. Pan Rubin. Król Rubin. Stąd dyrygował kuchnią, przyjął od nas zamówienie (choć to za mocno powiedziane) i toczył z nami rozmowy, paląc jednego papierosa za drugim, choć na ścianie widniał napis ?jak byk? ? Zakaz Palenia. Na ścianie menu, wystrój jak w porządnej knajpie geesowskiej z czasów PRL. Jakby podświadomie czuliśmy, że w takim miejscu nie zamawia się z tabliczki cenowej, więc prawie od progu zapytaliśmy, co dziś kuchnia poleca. Kuchnia Rubina polecała: flaczki, zupę fasolową, gołąbki i żeberka.

Pan Rubin oprócz tego, że jest restauratorem, wyrabia wędliny, które można kupić na miejscu. I od tych darów bożych zaczęliśmy, bo w oczekiwaniu na obiad dostaliśmy talerz jeszcze ciepłej wędzonej szynki, kiełbasy i salcesonu. A ze sobą zabraliśmy dwa słoiki mięsa z szynki w galarecie. Po powrocie do Łodzi była to pierwsza rzecz jaką zjedliśmy na śniadanie. Pycha !!!!

Ale wracając do obiadu. Maciek zamówił flaki, a ja fasolową. Flaki były od serca, na prawdziwym rosołku, gęste i gorące, a do tego dobrze przyprawione. Fasolowa miała dużo Jaśka, makaronu i mięsa, gotowana na rosołku z gotowanych wędlin. Pyszności. Jeszcze mi ślinka cieknie jak to piszę. Na drugie danie Maćko poprosił o żeberko z ziemniakami i surówkami, a ja o gołąbki. Za radą Rubina bez dodatków. Żeberko w sosie pieczeniowym było uczciwe? nawet więcej niż uczciwe. Do tego ziemniaczki z koperkiem i domowe surówki. Dwa gołąbki słusznych rozmiarów skryte były pod wyjątkowo dobrym sosem grzybowym (pierwszy raz takie jadłam, bo ja robię je w sosie pomidorowym). Skórka była mocno spieczona, momentami przypalona. Jak wyjaśnił nam Król Rubin po ugotowaniu dopieka je na elektrycznym grillu, co nadaje gołąbkom wyjątkowego smaku. To wszystko popite gorącą herbatą z cytryną. Poczuliśmy się jak w domu. Porcje były tak ogromne, że nie dojedliśmy ich do końca. I to nie z braku szacunku dla kucharza, ale z braku miejsca w naszych żołądkach. Nasunęła mi się teraz taka myśl. Jak to pięknie jest, że szanowany obywatel miasta jest jednocześnie restauratorem (choć w przypadku Rubina należałoby powiedzieć Królem Baru), właścicielem, kucharzem i masarzem w jednej osobie. Więcej, to coś pięknego, że Rubin kontynuuje przedwojenne tradycje, kiedy taki model dobrej restauracji był na porządku dziennym.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Nasyceni tym ?niebiańskim pokarmem? wróciliśmy do Guciowa na pożegnalne piwo. Szkoda tylko, że zabrakło nam czasu na zobaczenie tych miejsc, które polecił nam Pan Stanisław. Spędziliśmy na Roztoczu trzy fantastyczne dni i wiemy, że na pewno tu wrócimy, aby to wszystko obejrzeć. A na pewno jeszcze raz zajrzymy do Rubina.

Dzień czwarty ? wtorek 6 września 2016 roku
Zanim opiszę dzisiejszy dzień parę zdań wstępu. Po tym jak postanowiliśmy jechać na Ukrainę, Lwów stał się oczywisty. Ale co dalej? Maciek szukał w necie jakiejś relacji z w miarę dokładnym opisem tych okolic. I trafił na coś fantastycznego. Weekendowy przewodnik po Ukrainie motocyklem. Zawierał opis wypadku do Lwowa i pobliskich miejscowości ? dla nas Polaków miejsc szczególnych, bo w okresie międzywojennym należących do Polski, zabytkami i historią związanymi z naszymi przodkami. Był na tyle dokładny (opis zawierał nawet zdjęcia drogowskazów), że zrezygnowaliśmy z kupna mapy Ukrainy, a zamierzaliśmy jedynie korzystać z przewodnika i GPS-a. Było to ryzykowne, bo jak się później zorientowaliśmy, w te okolice zapuszczają się nieliczne grupy motocyklistów, a miejscowości do których jechaliśmy nie było na mapach Garmina. I tu szacun dla autorki tego mini przewodnika. Sprawdziło się wszystko co do joty, nawet polecone przez Nią knajpki (o których później).

Ale do rzeczy. Wyjazd z Guciowa zaplanowaliśmy na 9.00 rano, bo nie wiedzieliśmy ile czasu zajmie nam przekroczenie granicy. Zjedliśmy porządne śniadanie i w drogę. Procedurę przekraczania granicy opiszę bardziej szczegółowo, bo i procedury na granicy są szczegółowe i szczególne. Przejście graniczne w Hrebennem to nowoczesny obiekt zbudowany według standardów UE. Ominęliśmy oczywiście kolejkę samochodów i podjechaliśmy do punktu kontroli paszportów i dokumentów motocykla. Funkcjonariusz sprawdził nasze paszporty, dowód rejestracyjny i zieloną kartę. I tak po kilku minutach wjechaliśmy na stronę ukraińską, mijając kolejne samochody. Pierwszym kontaktem po drugiej stronie był żołnierz ukraiński, który dał nam karteczkę, na której wpisał numer rejestracyjny moto, jego markę i liczbę pasażerów. Tą karteczkę należało otoczyć szczególną dbałością, by jej nie zgubić. Jadąc dalej zbliżyliśmy się do punktu kontroli na przejściu po stronie ukraińskiej. Tam były dwa punkty kontroli. Pierwszy to odprawa paszportowa, gdzie trzeba pokazać paszport, dowód rejestracyjny i bardzo ważną karteczkę, którą dał nam żołnierz, na której funkcjonariusz ukraiński przybił pieczęć po sprawdzeniu dokumentów; druga pieczęć wylądowała w naszych paszportach. Drugi punkt to odprawa celna, gdzie pokazujemy te same dokumenty, a na karteczce ląduje kolejna pieczątka. Cała procedura trwała około 30 minut. Skierowaliśmy się w kierunku wyjazdu z granicy. Ostatnią formalnością było oddanie żołnierzowi przy szlabanie owej bardzo ważnej karteczki, w zamian za co wpuścił nas na teren Ukrainy. Ale skoro ta karteczka była taka ważna, więc zapytałam czy nie mogłabym sobie zostawić jej na pamiątkę. Z rozbrajającym uśmiechem powiedział, że nie może, ale na pamiątkę da mi czystą, bez pieczątek. Jak powiedział tak zrobił i ową bardzo ważną karteczkę prawie jak relikwię przywiozłam do Polski. Już tylko na marginesie dodam, że po stronie ukraińskiej kolejka samochodów oczekujących na wjazd do Polski miała kilka kilometrów.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W planie na dziś mieliśmy tylko dojazd do Lwowa. Ale zanim tam dojechaliśmy postanowiliśmy zatrzymać się w Żółkwi ? miasteczku oddalonym ok. 40 kilometrów od granicy. Do centrum wjechaliśmy bramą miejską w kształcie dużego łuku. Trzeba tam zachować szczególną ostrożność, gdyż ruch jest w obie strony, a przejazd na tyle wąski, że może przejechać w jedną stronę tylko jeden samochód i każdy musi sobie wzajemnie ustąpić. Za bramą znajduje się duży rynek, wyłożony nowiutkim brukiem. Stanęliśmy sobie w cieniu, Maćko grzał kości na ławce, a ja ruszyłam na zwiedzanie ruin synagogi wysadzonej przez Niemców w czasie II wojny, ratusza miejskiego, łacińskiej katedry i zabytkowych kościołów.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po około godzinie ruszyliśmy w kierunku Lwowa, a do przejechania mieliśmy tylko 40 kilometrów. Niestety, wjeżdżając na Ukrainę ?straciliśmy? godzinę, bo tu nie ma zmiany czasu. Hotel ?Polska Poduszka? okazał się przytulnym miejscem, z pokojami usytuowanymi na parterze starej Lwowskiej kamienicy, zaledwie kilka minut spacerem od centrum.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Uprzedzeni przez naszych przyjaciół o konieczności zwiedzania Lwowa środkami komunikacji miejskiej z uwagi na ulice wyłożone śliską kostką, zostawiliśmy moto na parkingu, rozpakowaliśmy się i ruszyliśmy na zwiedzanie. Nie mieliśmy ani planu Lwowa, ani listy miejsc, które chcemy zobaczyć, ale za to wielki apetyt na to miasto. Ponieważ nie byliśmy zbyt głodni najpierw postanowiliśmy zmierzyć się z historią i pojechać na Cmentarz Łyczakowski. Pani z hotelu powiedziała nam gdzie jest przystanek tramwajowo-autobusowo-trolejbusowy i to była jedyna rzecz, którą była nam w stanie powiedzieć. Mimo znajomości rosyjskiego nie byliśmy w stanie się z nią dogadać. Dopiero na przystanku pewna sympatyczna Ukrainka wytłumaczyła nam, że mamy jechać autobusem numer 18 cztery przystanki, a potem skręcić w prawo i iść pieszo, bo ulica, którą pod cmentarz dojeżdża tramwaj jest remontowana. Po kilku minutach przyjechał nasz autobus, a właściwie żółte pudło na kołach. Cena za bilet ? 4 hrywny, które wkładało się do metalowego pudełka, leżącego obok kierowcy. Żadne słowa nie oddadzą stanu komunikacji miejskiej we Lwowie. To jedna wielka katastrofa ? rdza i plastik. Za to kierowcy mogliby spokojnie brać udział w rajdach ? jeżdżą szybko, ostro i ? jak chcą, nie zważając ani na znaki drogowe, ani na innych uczestników ruchu. I takim właśnie żółtym, rozwalającym się prostokątem dojechaliśmy w okolice Cmentarza. Po kilkunastu minutach spaceru dotarliśmy do celu. Na Cmentarzu spędziliśmy ponad godzinę podziwiając stare grobowce i pomniki. Moglibyśmy tam chodzić znacznie dłużej, ale po pierwsze ja miałam już dosyć, a po drugie Lwów czekał. No i zrobiliśmy się głodni.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Bez problemów wróciliśmy do centrum. Idąc w kierunku Starego Miasta zupełnie przypadkowo trafiliśmy na restaurację ?Weronika? polecaną przez autorkę przewodnika. Była to wyglądająca ekskluzywnie knajpka, klimatem przypominająca lwowską cyganerię, w podziemiu restauracja, a na pierwszym poziomie cukiernia z domowymi wypiekami i ręcznie robionymi czekoladkami. Pierwsza myśl ? co my tu robimy, ale po sprawdzeniu cen w menu postanowiliśmy tam zostać, tym bardziej, że porządnie burczało nam w brzuchach. W końcu raz się żyje. Za około 80,00 złotych zjedliśmy wspaniały dwudaniowy obiad. Smak barszczu ukraińskiego moje kubki smakowe czują do dzisiaj. Na drugie danie zamówiliśmy (poleconą przez kelnerkę) patelnię mięs po ukraińsku dla dwóch osób. Na naszym stole wylądowały zatem: smażone kaszanki, polędwiczka wieprzowa nadziewana płatkami czosnku, schab faszerowany papryką, kapusta zasmażana z kiełbasą i boczkiem, pieczone jabłka i pieczone ziemniaki. To było wyborne, a ilość taka, że zjedliśmy zaledwie połowę. Od firmy na deser dostaliśmy jeszcze po gałce lodów malinowych. Poezja. Jeżeli jeszcze kiedyś wrócimy do Lwowa to na pewno do tej knajpki wrócimy. I tak posileni (a właściwie przepełnieni) ruszyliśmy na Stare Miasto. Chodziliśmy, zwiedzaliśmy, cykaliśmy fotki, a jak się zmęczyliśmy to siadaliśmy na piwko. Poza dostojnością miejsc, które zobaczyliśmy zaskoczyło nas parę rzeczy zupełnie przyziemnych. Mimo środka tygodnia Lwów, jego rynek i knajpy tętniły życiem setek ludzi. Wśród tych setek ludzi 90% rozmawiało przez telefon lub chodziło ze słuchawkami w uszach. Zero komunikacji międzyludzkiej. Nawet między parami wspólnie siedzącymi w kafejkach. Około 23.00 wróciliśmy do hotelu. Śniadanie zamówiłam na 8.00 , bo jutro przed nami dużo zwiedzania.

CDN?
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Awatar użytkownika
janeckih
Posty: 232
Rejestracja: 27 grudnia 2010, 20:43
Motocykl: Virago 535,1991;
Lokalizacja: Radom/Sieradzkie
Wiek: 66
Kontakt:
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: janeckih » 27 września 2016, 23:12

mniamuśne zdjęcia i Opisy thx
jako

Awatar użytkownika
pisior
Posty: 5287
Rejestracja: 21 sierpnia 2009, 12:55
Motocykl: 535,1100vn1500gsf125
Lokalizacja: kostrzyn nad odra
Wiek: 40
Kontakt:
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: pisior » 27 września 2016, 23:14

a ja wasze wyprawy nie czytam tak o , zostawiam sobie jako wisienke na torcie , biore 4packa i czytam od 1 strony do ostatniej i potem cholernie zazdraszczam :) to samo robie z wyprawami Państwa S :)
nawet nie komentuje ,bo taki jestem zazdrosny
Obrazek

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Maćko » 28 września 2016, 19:04

pisior pisze:a ja wasze wyprawy nie czytam tak o , zostawiam sobie jako wisienke na torcie , biore 4packa i czytam od 1 strony do ostatniej i potem cholernie zazdraszczam :) to samo robie z wyprawami Państwa S :)
nawet nie komentuje ,bo taki jestem zazdrosny


My "Państwo S" też bojkotujemy, bo nie dość, że bywają w super zakątkach, to jeszcze fajnie potrafią to przekazać :D . To żart był oczywiście, aTy też nie bądź taki skromny, bo też bywałeś w różnych ciekawych miejscach.
A co do czytania relacji z podróży, to przynajmniej dla nas są bardzo inspirujące i otwierają oczy na wiele ciekawych miejsc, o których wcześniej się nawet nie myślało, że takie mogą być.
Fajnie usłyszeć miłe słowa. Dzięki. :rock:

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Maćko » 28 września 2016, 19:11

janeckih pisze:mniamuśne zdjęcia i Opisy thx


Mniamuśne, to było jedzonko.
A co do zdjęć, to niektóre oglądamy dopiero po powrocie, bo Doti "cyka" je seriami i tak naprawdę dopiero w komputerze oddzielamy ziarno od plew :cool:
Pozdrawiamy
MiD

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1879
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: DAREK.S » 28 września 2016, 23:15

Maćko pisze:
pisior pisze:a ja wasze wyprawy nie czytam tak o , zostawiam sobie jako wisienke na torcie , biore 4packa i czytam od 1 strony do ostatniej i potem cholernie zazdraszczam :) to samo robie z wyprawami Państwa S :)
nawet nie komentuje ,bo taki jestem zazdrosny


My "Państwo S" też bojkotujemy, bo nie dość, że bywają w super zakątkach, to jeszcze fajnie potrafią to przekazać :D .


Hehe, no ładnie. Dobrze, że ja też tych Waszych wątków nie czytam bo jeszcze bym się o tym dowiedział i obraził. ;-) :twisted: :lol:
Chociaż z drugiej strony? Niech już będzie - przyznaję się, bo i tak się wyda - troszeczkę czytałem i oblizywałem monitor przy tych smacznych fotkach. :-)
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

staszek_s
Posty: 201
Rejestracja: 03 września 2014, 21:43
Motocykl: Suzuki DL 650A
Lokalizacja: Radlin, woj Śląskie
Wiek: 53
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: staszek_s » 29 września 2016, 08:13

Bardzo smakowita relacja :) Fajnie by było jak byś podała jakieś linki np do tego przewodnika po Ukrainie, może się przydać w następnym sezonie..

Awatar użytkownika
MONIKA.S
Posty: 632
Rejestracja: 23 września 2009, 21:14
Motocykl: XV 750 DARKA.S
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 41
Kontakt:
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: MONIKA.S » 02 października 2016, 09:29

Doti, Maćko - wspaniała wyprawa :rock: :rock: :rock:
Piękne miejsca, a te smakowitości - aż ślinka cieknie, jesteście niesamowici :uklon: :uklon: :uklon:
Czekamy na dalszy ciąg... :bravo: :bravo: :bravo:
I prefer the sign: "No entry", to the one that says: "No exit".
— Stanisław Jerzy Lec (1909-1966)

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Maćko » 08 października 2016, 22:43

Dzień piąty ? środa 7 września 2016 roku
Śniadanie ukraińskie było beznadziejne. Jajecznica z pomidorami (po tej z Guciowa smakowała jakby była z proszku), dwa zimne małe tosty i kiepska kawa. Ale czego wymagać za 9,00 złotych. Na dziś mieliśmy w planie Olesko, Podkamień i Podhorce. To pierwsze zostawiliśmy sobie na koniec ? jego zwiedzanie miało trwać najdłużej, a bardziej nam zależało na tych kolejnych.
Po około 70 kilometrach drogą M06 na Kijów dojechaliśmy do zamku w Podhorcach. Oczywiście nie było tej wioski na żadnych drogowskazach, ani w Garminie, ale przecież mieliśmy zdjęcia z przewodnika, że z drogi kijowskiej trzeba skręcić na Złoczew. W Podhorcach są dwa zabytki, które koniecznie trzeba zobaczyć. Kościół Św. Józefa i posiadłość Koniecpolskich. Oba kompletnie zniszczone, bo nie ma kasy na ich renowację. A szkoda. Posiadłość w środku nie jest udostępniona do zwiedzania, ale jest za to możliwość przejścia fosą dookoła zamku i wejście do kazamatów (oczywiście za opłatą). Chyba nie muszę dodawać, że oba miejsca robią niesamowite wrażenie, a na Ukrainie nie wszystkie zabytki ?kapią od złota?.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po zwiedzeniu Podhorcy wróciliśmy na ?trasę kijowską?. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów skręciliśmy w prawo na Tarnopol, w stronę miejscowości Podkamień. Według oznaczeń na drogowskazach miała to być żółta droga. I owszem była ? asfaltowa, ale składała się z odcinków: równy asfalt, dziurawy asfalt, asfalt + szuter. Nasza prędkość nie przekraczała 50 km/h. Niestety po skręcie na drogę pod klasztor okazała się ona być szutrówką biegnącą stromo pod górę. Z uwagi na stan opon w motorze Maćko w połowie drogi postanowił postawić moto na trawie, a w dalszą drogę ruszyliśmy pieszo, nie zapominając wcześniej schować kurtek i kasków w kufrach. Na wzgórzu stał duży obiekt po byłym klasztorze ? obecnie w części znajduje się zakład dla umysłowo chorych, a reszta to ruiny kościelne. Spod bramy klasztornej roztaczał się przepiękny widok, dla którego warto było się wspinać. Również dziedziniec klasztorny i ruiny robiły niezwykłe wrażenie. Natomiast o historii tego miejsca można przeczytać w necie, szczególnie o zbrodni, która tam się wydarzyła w roku 1944. Również w Podkamieniu spotkaliśmy pierwszych na Ukrainie żebraków (potem było ich jeszcze kilku, szczególnie we Lwowie).

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Z Podkamienia tą samą drogą ponownie wróciliśmy na ?trasę kijowską?. Stanęliśmy na najbliższej stacji benzynowej aby napoić nasze moto paliwem, a siebie kawą. Kiepskie śniadanie dawało już wprawdzie znać naszym kiszkom, ale obiad musiał poczekać jeszcze kilka godzin. Jadąc w kierunku Oleska po drodze mijaliśmy dziesiątki hektarów pól słonecznika. Pola słonecznikowe na Węgrzech przy tych ukraińskich to na prawdę ?pikuś?. Około 14.00 dotarliśmy do zamku w Olesku. Oprócz zamku do obejrzenia jest tam również klasztor Kapucynów. Zwiedzanie zajęło nam ponad godzinę. Oprócz strawy duchowej nieodparcie towarzyszyła nam jedna myśl. Oglądamy i podziwiamy to co było polskim dobrem narodowym, polską sztukę i kulturę pozostawioną po tej stronie granicy tylko dlatego, że ktoś postawił kiedyś kreskę na mapie nie w tym miejscu co trzeba.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po zwiedzeniu Oleska ruszyliśmy w kierunku Lwowa. Naszym pierwszym celem był obiad w restauracji Drewnigorod (również polecanej przez autorkę przewodnika). Po drodze minęliśmy wprawdzie kilka knajpek, ale po wczorajszym pozytywnym doświadczeniu, postanowiliśmy ponownie Jej zaufać. Po dojechaniu na miejsce opadła nam przysłowiowa szczęka. Knajpa w centrum hotelowo ? spa, gdzie bramę wjazdową otwierali ochroniarze. Widocznie dobrze wyglądaliśmy, bo na teren wjechaliśmy bez problemu. Mimo drogiego wyglądu ceny też były na naszą kieszeń. Nawet bardzo drogie żarcie na Ukrainie i tak nie będzie tak drogie jak w Polsce, w miejscach o podobnym standardzie. Dodatkowym plusem była szybka obsługa więc został nam czas na wieczorno-nocne przechadzki po Lwowie. Jutro ruszamy w Bieszczady.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień szósty ? czwartek 8 września
Wstaliśmy przed 8.00, bo zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami o 8.00 miało być śniadanie. Kiepskie, bo kiepskie, ale zawsze coś ciepłego na żołądku przed podróżą. A tu zonk. W hotelu panowała kompletna cisza. Poza nami nikogo nie było. Drzwi do pomieszczeń, gdzie mieszkała Pani, która nas wczoraj witała też były zamknięte. Próba telefonu na numer hotelowy też zakończyła się fiaskiem, bo telefon dzwonił za owymi zamkniętymi drzwiami. Poczuliśmy się jak w komedii Stanisława B. Postanowiliśmy więc spakować graty licząc na to, że może obsługa przyjdzie później, bo pod bramą czekali również robotnicy, którzy robili remont pokoi naprzeciwko. Około 9.30 stwierdziliśmy, że nic tu po nas. Szkoda czasu, a kiepskie śniadanie zastąpią nam kawa i hot dogi na najbliższej stacji benzynowej. Klucze zostawiliśmy w drzwiach pokoju i zatrzasnęliśmy za sobą drzwi miłego hoteliku (dobrze, że otwierało się je za pomocą karty magnetycznej). I tak jeden maleńki incydent sprawił, że czar urokliwego miejsca prysł.

W Garmina wbiliśmy Wetlinę ? odległość 180 kilometrów, czas przybycia 12.40. Pomyślałam: jak na ukraińskie drogi niezły czas, 3 godziny jazdy. Jak się później okazało czas przybycia był już czasem polskim, czyli trzeba było doliczyć jedną straconą godzinę. Ale od początku. Najpierw kilkadziesiąt minut wyjeżdżaliśmy z Lwowa, co przy ogromnym ruchu, jeżdżącymi na ?ślepo? autobusami, śliskiej kostce brukowej, wystających torach i koleinach było nie lada sztuką. Do tego na pusty żołądek i bez kawy. Pierwsza przy wylocie z miasta stacja benzynowa okazała się naszym wybawieniem ? gorąca kawa i hot dog i nic więcej nie trzeba nam było do szczęścia. A tego szczęścia dopełnił jeszcze widok parkującego na stacji nowego MG Stelvio ? marzenie zakupowe Maćka. Ponieważ nie mieliśmy mapy, nie wiedzieliśmy gdzie będziemy przekraczać granicę. Początkowo myśleliśmy, że w Przemyślu, bo ten widniał na drogowskazach ? odległość 84 kilometry. Ponieważ zostało nam trochę gotówki stwierdziliśmy, ze za jakieś 60 ? 70 kilometrów zatankujemy moto, wydając resztę ukraińskiej waluty. Tak też zrobiliśmy, myśląc że do granicy mamy około 20 kilometrów. Ależ my ignoranci geograficzni byliśmy w błędzie. Garmin poprowadził nas drogą T1418 do przejścia granicznego w Krościenku. Odległość kolejnych 50 kilometrów jechaliśmy 1,5 godziny ? same dziury i prędkość około 30 km/h, a do tego żar lejący się z nieba. Masakra.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na granicy byliśmy około 13.00 czasu ukraińskiego. Na szczęście kolejkę samochodów udało nam się ominąć, ale i tak formalności trwały godzinę. Znów ta sama procedura, tylko w odwrotnym kierunku. Żołnierz ukraiński + karteczka, kontrola paszportowa ukraińska, kontrola celna ukraińska, zwrot karteczki, kontrola paszportowa polska, kontrola celna polska? nie wiem tylko po co polski celnik zapytał nas czy wieziemy paliwo? A niby gdzie, w kufrach? Dla zasady oczywiście kazał otworzyć jeden kufer, a jego oczom kazała się butelka wody mineralnej i laptop. No dobra, każdy wykonuje swoją pracę najlepiej jak potrafi.

Po przekroczeniu granicy do Wetliny zostało nam około 60 kilometrów i tam zamierzaliśmy szukać noclegu. Ale tuż przed Soliną Maćkowi spodobała się jedna miejscówka, tym bardziej że widniał na niej napis ?Świeży pstrąg?. Stwierdziliśmy, ze zostajemy, a i cena za nocleg była zacna ? 35,00złotych. Rozpakowaliśmy graty, szybki prysznic, a że była godzina 14.00 (bo przecież ?zarobiliśmy? godzinę) postanowiliśmy intensywnie wykorzystać resztę popołudnia. Najpierw pojechaliśmy do Soliny na obiad. Gospoda Solina uraczyła nas pysznym, lokalnym jedzeniem. Bliny z gulaszem z dzika i surówkami oraz zeppeliny ze skwarkami i śmietaną po prostu rozpływały się w ustach. Potem oczywiście ? Mała Pętla Bieszczadzka. I jak tu nie czuć się szczęśliwym kiedy w ciągu 5 dni ma się w zasięgu Roztocze, Ukrainę i Bieszczady.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień siódmy ? piątek 9 września
Wstaliśmy około 8.00. Na śniadanie zjedliśmy bułeczki i wczoraj zakupionego, świeżo wędzonego przez właściciela pstrąga (a dokładnie dwa pstrągi). Plan na dziś: jazda, jazda, obiad i ? jazda. Ostatnio w Bieszczadach byliśmy kilka lat temu, ale wtedy podziwialiśmy je z pozycji turystów chodzących po przełęczach, szczytach i połoninach. I ciągle mieliśmy ich niedosyt. Teraz przyszła pora na Bieszczady z punktu siedzenia motocyklisty. Zrobiliśmy Wielką Pętlę Bieszczadzką, a dodatkowo zaliczyliśmy Kirkut w Lesku i po raz kolejny cerkiew w Komańczy. Byliśmy ciekawi jak wygląda po odbudowaniu, bo byliśmy niemalże świadkami tego jak kilka lat temu płonęła. Po drodze zjedliśmy najpierw super kwaśnicę w knajpie Biesisko w Przysłupie, by po południu zjeść obiad tam gdzie wczoraj ? w gospodzie Solina mają naprawdę super żarcie i do tego niedrogo. Wieczorem poszliśmy jeszcze na pożegnalny spacer na tamę w Solinie i zakupiliśmy pamiątki do domu. Szkoda, że jutro trzeba wracać.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W sumie z drogą do domu nakręciliśmy 2 000 kilometrów. Może to niezbyt dużo jak na osiem dni, ale za to każdy z nich był intensywnie wykorzystany, a my poznaliśmy nowe, nieznane nam dotąd miejsca. Było super.
PS. Jak przeczytałam tą relację i Wasze komentarze do tej pory to tak sobie pomyślałam, ze powinna mieć tytuł ?Podróż przez smaki Wschodu??.

staszek_s
Posty: 201
Rejestracja: 03 września 2014, 21:43
Motocykl: Suzuki DL 650A
Lokalizacja: Radlin, woj Śląskie
Wiek: 53
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: staszek_s » 09 października 2016, 00:07

Brawo, fajna relacja, dzięki!

Awatar użytkownika
janeckih
Posty: 232
Rejestracja: 27 grudnia 2010, 20:43
Motocykl: Virago 535,1991;
Lokalizacja: Radom/Sieradzkie
Wiek: 66
Kontakt:
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: janeckih » 09 października 2016, 12:33

[quote= ?Podróż przez smaki Wschodu??.[/quote]
Piękne opisy czytając czuję smaki oraz czuję się jak bym tam był
pozdrawiam
jako

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Maćko » 09 października 2016, 20:56

staszek_s pisze:Bardzo smakowita relacja :) Fajnie by było jak byś podała jakieś linki np do tego przewodnika po Ukrainie, może się przydać w następnym sezonie..

Proszę bardzo. Na prawdę wielki szacun dla autorki.
clubharley.pl/component/attachments/download/1

Awatar użytkownika
yummy
Posty: 1119
Rejestracja: 03 lipca 2009, 13:35
Motocykl: B12 '99
Lokalizacja: Bukareszt
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: yummy » 10 października 2016, 20:48

A ja się cieszę, że późno zaczęłam czytać, bo nie musiałam długo czekać na koniec - łyknęłam jednym haustem!
Doti, Maćko, podziwiam Was za to, że Wam się chce! Nie tylko jechać, ale spędzać czas aktywnie, pogłębiać wiedzę, odkrywać historię, próbować nowych smaków i miejsc! Wielki szacun za taki sposób podróżowania! :rock:

Aha, i również byłabym wdzięczna za namiar na rzeczony przewodnik, bo Lwów już znam jak własną kieszeń, ale jeszcze nie byłam tam na moto.
Nie jedź szybciej, niż umiesz myśleć.

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Maćko » 10 października 2016, 21:32

yummy pisze:A ja się cieszę, że późno zaczęłam czytać, bo nie musiałam długo czekać na koniec - łyknęłam jednym haustem!
Doti, Maćko, podziwiam Was za to, że Wam się chce! Nie tylko jechać, ale spędzać czas aktywnie, pogłębiać wiedzę, odkrywać historię, próbować nowych smaków i miejsc! Wielki szacun za taki sposób podróżowania! :rock:

Aha, i również byłabym wdzięczna za namiar na rzeczony przewodnik, bo Lwów już znam jak własną kieszeń, ale jeszcze nie byłam tam na moto.


Dzięki Ola za taką miłą recenzję. Zaczynamy się "czewienić" :wink:
Żebyś Ty wiedziała jak nam się chce, z każdym rokiem coraz bardziej. Szkoda tylko, że tak póżno zaczęliśmy... podróżować oczywiście. Jak każdy prawdziwy motocyklista wolimy spędzać czas aktywnie, a nie spijać drinki nad basenem w kurortach, bo dla nas domowy chleb z przysłowiowym smalcem będzie zawsze lepiej smakował niż najlepsza "łycha" :mrgreen:
A link do przewodnika "piętro" wyżej :rock:

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: Maćko » 19 lutego 2017, 12:24

Tak jak obiecałam wracamy na Roztocze i oczywiście do Narola na obiad u Rubina. Wyjeżdżamy w piątek. Już nie mogę się doczekać. Gdyby ktoś był zainteresowany imprezą VII nasze Wyprawy Motocyklowe oto link: http://www.radiator-mototurystyka.pl/10 ... owe-narol/

staszek_s
Posty: 201
Rejestracja: 03 września 2014, 21:43
Motocykl: Suzuki DL 650A
Lokalizacja: Radlin, woj Śląskie
Wiek: 53
Status: Offline

Re: MAĆKO I DOTI NA WSCHODZIE

Post autor: staszek_s » 19 lutego 2017, 21:58

@Maćko - wielkie dzięki za link, dopiero teraz zauważyłem

ODPOWIEDZ