W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Ciekawe miejsca, propozycje wycieczek, co warto zobaczyc? Tematy związane z turystyką motocyklową
Awatar użytkownika
Straszaq
Posty: 317
Rejestracja: 02 grudnia 2008, 13:02
Motocykl: BMW R1150 RT
Lokalizacja: Konin
Wiek: 39
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Straszaq » 11 lutego 2017, 22:10

staszek_s pisze:Super filmik, wrzuć więcej takich jak macie :)
Etam super...nie ma jajecznicy, nie ma fajnego filmu.
Nieważne jaki masz motocykl...ważne gdzie nim byłeś.

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 11 lutego 2017, 22:44

Straszaq pisze:
staszek_s pisze:Super filmik, wrzuć więcej takich jak macie :)
Etam super...nie ma jajecznicy, nie ma fajnego filmu.
Hehe, rzeczywiście jajecznica się tym razem nie załapała. :-) A co do filmów to mamy ich sporo (z resztą jak z każdego innego wyjazdu) tyle, że brakuje czasu na ich przetworzenie. :-( Obiecuję, że jak tylko uda się sklecić coś wartego pokazania, to na pewno podrzucę Wam linka.
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
Wiki
Posty: 252
Rejestracja: 23 marca 2014, 14:50
Motocykl: XL600V
Lokalizacja: Dukla
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Wiki » 01 marca 2017, 19:36

Czy to już koniec relacji? :(

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 02 marca 2017, 20:06

Wiki pisze:Czy to już koniec relacji? :(
Mam nadzieję że nie, chociaż rzeczywiście autor się trochę opitala z robotą. ;-)
Na osłodę pozwolę sobie wrzucić filmik z imprezy którą udało nam się na chwilę odwiedzić przemierzając Lofoty.
Film oczywiście nie jest mój, ale to dobrze bo jak nie oddał bym tak klimatu tych okolic i samej imprezy. Właściwie jak obejrzycie ten filmik to moja relacja już chyba nie będzie potrzebna. ;-) :lol:
https://www.youtube.com/watch?v=GTkIi3b1tCM

Warto rzucić okiem jeszcze na to: https://www.youtube.com/watch?v=SuSMDtp9twk - zwiastun tej samej imprezy, ale autorzy wrzucili trochę więcej widoczków z tamtych dróg. ;-):
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
Wiki
Posty: 252
Rejestracja: 23 marca 2014, 14:50
Motocykl: XL600V
Lokalizacja: Dukla
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Wiki » 03 marca 2017, 06:12

Super filmiki a zwłaszcza widoczki :D Aż chciałoby się tamtędy pojeździć.
Tylko ci faceci poprzebierani jak pajace ... :paw:

Awatar użytkownika
Maruda
Posty: 1335
Rejestracja: 22 września 2013, 23:00
Motocykl: Czarny :)
Lokalizacja: Częstochowa/Kamyk
Wiek: 31
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Maruda » 03 marca 2017, 11:15

Dareczku świetnie się to czyta... :) Świetna wyprawa, a Twoja relacja i Moniczki zdjęcia świetnie umilają mi czas w piąteczek w pracy... :) Czekam na dalszą część... :)
...żyj tak jakby jutra miało nie być...

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 05 marca 2017, 18:34

Wiki pisze:Tylko ci faceci poprzebierani jak pajace ... :paw:
Taaa, skórzane spodnie, kamizele, znaczki i emblematy - tak to już jest w tym naszym motocyklowym światku. ;-) ;-) ;) :twisted: :twisted: :twisted: :P :P :P
Maruda pisze:Dareczku świetnie się to czyta... :) Świetna wyprawa, a Twoja relacja i Moniczki zdjęcia świetnie umilają mi czas w piąteczek w pracy... :) Czekam na dalszą część... :)
OK, kolejna część w drodze. Dzisiaj już chyba nie zdążę ale postaram się wkrótce coś wrzucić. Ostrzegam jednak - zdjęć będzie tyle, że może zemdlić ;-)
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
Celina
Posty: 711
Rejestracja: 30 września 2011, 00:58
Motocykl: XV 535 '99
Lokalizacja: Warszawa/ Białystok
Wiek: 31
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Celina » 05 marca 2017, 18:54

Trzeba mieć jaja, i Wy je macie! Serdecznie Was ściskamy!:*
Kasia.

"I ja mam chwile filozoficznej zadumy. Staję sobie na moście nad Wisłą,
od czasu do czasu spluwam na fale i myślę przy tym: Panta rei." /Lec

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 11 marca 2017, 10:28

Dzień 14 - Sandtorg->Svolv?r->?->Moskenes (Norwegia)
Kolejny dzień na norweskich drogach planowaliśmy przeznaczyć na przejechanie trasy przez cały archipelag Lofotów. Mając w głowie obrazki z Internetu więc spodziewaliśmy się pięknych widoków. Niestety poranek trochę ostudził nasze zapały, bo niebo zasnute było gęstymi chmurami. Wiedzieliśmy, że Lofoty znane są z bardzo surowego klimatu i było dość prawdopodobne, że pogoda pokaże swój pazur. Ponieważ jednak, jak do tej pory norweska aura była dla nas łaskawa nie wypadało narzekać tylko zbierać graty i ruszać w trasę
Obrazek

Oczywiście poranka nie można nie zacząć od kawy, ale postanowiliśmy skorzystać z okazji i po spakowaniu wypić darmową kawkę przysługującą gościom w kempingowej knajpce. Pech chciał, że ta okazała się być otwierana dopiero o 12:00. :-( Trzeba się było obyć smakiem i ruszyć na sucho, bo nie było sensu rozpakowywać gratów dla filiżanki kawy. Na szczęście są jeszcze stacje benzynowe, więc po kilku kilometrach cała nasza "trójka" mogła uzupełnić płyny. ;-) Kiedy nieśpiesznie przełykaliśmy kawkę i jakieś ciacho, przysłaniające do tej pory niebo chmury zaczęły się obiecująco rozwiewać i wyglądało, że aura jednak się na nas nie wypnie. :-)
W międzyczasie na stację benzynową wjechał dragstar na szwedzkich numerach rejestracyjnych. Kierowca podobnie jak my wpadł na poranną kawę i śniadanie - biker dosiadł się do naszego stolika i mieliśmy okazję pogadać chwilę o motocyklach, norweskich asfaltach i tutejszej pogodzie. Jak się okazało biker pochodzi z tych okolic ale jeszcze za dzieciaka wyprowadził się z rodziną do Szwecji. Cztery lata temu zrobił prawo jazdy na motor i teraz znalazł sobie pretekst żeby wrócić w rodzinne strony. Okazało się, że wybiera się na jakiś bardzo duży zlot motocyklowy, który ma mieć miejsce w Svolv?r - miasteczku mniej więcej w połowie Lofotów. Teraz już wiedzieliśmy skąd ten wzmożony poranny ruch motocyklowy - na zlocie miało być ponoć przeszło 1000 bikerów więc musieli się rzucać w oczy. W końcu do Svolv?r prowadzi tylko jedna droga - tak się składa, że my akurat też zmierzamy w tamtym kierunku. Kto wie, może warto zajrzeć tam po drodze? Zwłaszcza, że pewnie będziemy tam w porze obiadowej więc i tak pasowałoby zrobić krótką przerwę. Pożyjemy, zobaczymy - póki co żegnamy się z nowym kolegą i wskakujemy na naszego rumaka żeby w końcu nawinąć trochę asfaltu Lofotów na koła.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Jak widać na fotkach pogoda zrobiła się typowo norweska - przynajmniej my znamy Norwegię właśnie od tej strony. ;-) Hehe, płaci się opłaty klimatyczne to się ma. ;-) :mrgreen: Jeszcze godzinkę wcześniej niebo kompletnie zasłaniały chmury, ale jak w końcu ruszyliśmy w trasę to zrobiło się całkiem sympatycznie. :-)
O widokach trudno coś oryginalnego napisać - "tu wszędzie jest pięknie" napisał kiedyś Paweł i tego się trzymajmy. :rock: Problem w tym, że przez trzysta 300 kilometrów takich widoków Monika zdążyła strzelić przeszło 400 fotek, a ja nie potrafię wybrać z nich tych kilkunastu najciekawszych, które warto pokazać. Trudno - ostrzegałem, że będzie mdło - wrzucę te sto fotek. Trudno najwyżej będziecie mnie przeklinać, że zmarnowałem Wam pakiet Internetu. ;-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po kilkudziesięciu kilometrach takich widoczków można oczywiście mieć dosyć, dlatego nie pozostaje nic innego jak zatrzymać się od czasu do czasu i odsapnąć od nadmiaru wrażeń. Przy okazji można strzelić sobie kilka pamiątkowych fotek w tej bajkowej scenerii. Pogoda jak widać na fotkach nie była najgorsza, więc nie będę marudził - te białe obłoki spowijające góry i 15 stopni na termometrze można jakoś przeboleć. ;-) :lol:
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Czyż, te obłoki nie wyglądają złowieszczo? ;-) Nie ma co czekać na załamanie pogody - trzeba ruszać dalej. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Tak trochę poważniej o pogodzie - wspominałem już, że Lofoty znane są z dość surowego klimatu. Co ciekawe, obserwując wcześniej prognozy pogody na Lofotach były zawsze gorsze warunki niż na Nordkappie. Temperatury są tutaj zwykle niższe i można spodziewać się częstych opadów. Kaprysy pogody wynikają pewnie z połączenia morza i wysokich gór. My ogólnie trafiliśmy całkiem nieźle, ale i tak było wyraźne widać różnicę pogody pomiędzy wschodnim i zachodnim wybrzeżem wysp. Trasa E10 prowadząca przez Lofoty przebiega na zmianę po różnych stronach wysp i kiedy z jednej strony pięknie świeciło słońce, to nagle w pewnym momencie, przejeżdżając przez tunel albo jakąś "przełęcz", wjeżdżaliśmy w obszar niemalże całkowicie spowity niskimi chmurami, straszącymi trochę deszczem. Na szczęście takich odcinków było zdecydowanie mniej i na samym straszeniu się skończyło. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Kilka kilometrów pochmurnego nieba dla urozmaicenia trasy i znowu wszystko wraca do normy. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przyznam szczerze, że te 300 kilometrów przez Lofoty, to chyba najpiękniejsza trasa, którą miałem okazję jechać. I chociaż kilka kilometrów różnych, fajnych tras udało nam się zaliczyć, to te 300 kilometrów widoczków jak z pocztówki zrobiło na nas niesamowite wrażenie.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Jak powszechnie wiadomo, nawet najpiękniejsze widoki i kilometry gładkiego asfaltu nie mogą powstrzymać Małego Głodu. ;-) Na szczęście, tak jak rano kalkulowaliśmy, zbliżaliśmy się do miasteczka Svolv?r w którym miał mieć miejsce zlot motocyklowy, a jak wiadomo tam gdzie gromadzą motocykliści, tam musi być piwo i jakieś mięso z grilla. :-) Oczywiście, nie mogliśmy przegapić takiej okazji. :-)
Obrazek
Obrazek

Po zjechaniu z trasy zobaczyliśmy pierwsze bannery zapraszające bikerów na zlot. Jak się okazało nie był, to jakiś zwykły zlot ale Nordic Harley Days - impreza organizowana przez norweski klub HOG. Kiedy spotkany na stacji rano benzynowej Szwed mówił o tysiącu bikerów jakoś nie bardzo wierzyliśmy, że w tym miejscu i klimacie można zrobić tak dużą imprezę motocyklową. Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to zlot HOG. My na miejsce zlotu przyjechaliśmy w piątek, około 14:00 więc można powiedzieć że tak naprawdę zlot jeszcze się nie rozpoczął. Mimo to już kręciło się mnóstwo bikerów, a okoliczne uliczki zastawione były parkującymi maszynami. Oczywiście na parkingach królowały maszyny Harley'a ale nasz Prosiak bez większych oporów pozwolił się zaparkować między armaturą. Z drugiej strony nie ma się Prosiaczek przecież czego wsydzić - w końcu niejeden z tych nowych HD zbudowany jest z większej ilości plastiku niż nasza hondzina. ;-) :twisted:
Obrazek
Obrazek

Zostawiamy Prosiaka w doborowym towarzystwie i ruszamy rozpoznać teren. Nie byliśmy pewni czy uda nam się wejść na teren zlotu, ale i tak wypadało się rozejrzeć po okolicy skoro już tu przyjechaliśmy. Nasze obawy szybko się rozwiały, bo teren zlotu był otwarty, a organizatorzy sami zapraszali przechodniów do wejścia. Nie wiem jak później, tzn w sobotę i niedzielę bo teren był jednak ogrodzony, a w Internecie można znaleźć informację o cenie wejściówki. Wejściówka, z atrakcjami kosztowała na bramce 450 NOK osobę czyli jakieś 230zł. Tanio nie jest - przynajmniej z naszego punktu widzenia. :-( Norwedzy patrzą na to pewnie inaczej, a frekwencja tylko to potwierdza. Na stronie imprezy organizatorzy chwalą się liczbą zarejestrowanych uczestników - 1830 bikerów robi wrażenie. My póki co wchodzimy za darmo, przez stylową bramę przyozdobioną symbolem Lofotów - sztokfiszami, czyli suszonymi na słońcu i wietrze dorszami.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W pierwszej kolejności zrobiliśmy szybki obchód terenu, zwiedziliśmy miasteczko ToiToi, pooglądaliśmy stragany z gadżetami dla bikerów (ceny typowo norweskie niestety) i motocykle rozstawione w różnych zaułkach mariny, w której rozłożył się zlot. Wśród maszyn było sporo okazów cieszących oko - co ciekawe, nie widać tutaj mody do przesadnego przyozdabiania maszyn frędzlami i ćwiekami, która ciągle panuje w Polsce.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Tam gdzie są motocykle, tam oczywiście muszą być bikerzy i jak się okazuje oni w odróżnieniu od maszyn są chyba wszędzie tacy sami. Przekonaliśmy się o tym wymieniając uściski i kilka słów z jednym z przypadkowych imprezowiczów. Chociaż wymiana słów szła nam trochę nieskładnie, to gestykulacja, radość wypisana na twarzy i chmielowa aura otaczająca kolegę nie pozostawiały wątpliwości, że impreza jest super i przebiega według znanych nam motocyklowych standardów. :nazdrowie: :drunksmile: ;-)
Obrazek

W trakcie spacerów na zlotowej scenie zaczęli pojawiać się pierwsi grajkowie. To nam przypomniało o drugim celu wizyty w tym miasteczku, bo skoro grają do kotleta to przecież nie wypada tego kotleta nie zamówić. ;-) Robiąc rekonesans najbliższych okolic zlotu, okazało się że wszystkie okoliczne knajpki są wypełnione po brzegi klientami w skórzanych kamizelach. Na szczęście pozostały nam jeszcze namioty z kateringiem rozłożone na terenie zlotu, które serwowały regionalne specjały. Oczywiście kotletów nie mieli więc musiałem zadowolić się towarem zastępczym. Stek z walenia (nie pytajcie jakiego) zdecydowanie nie przypomina jednak naszego kotleta - smakiem kojarzył mi się raczej z wątróbką wieprzową. :? Do całkiem przyzwoitego kawałka mięsa, dostałem porcję jakieś lokalnej ziemniaczanej sałatki ze śmietaną i porcję borówkowych konfitur co jakoś średnio mi się komponowało razem. Na szczęście Monika zamówiła sobie bacalao - tradycyjną gęstą zupkę ze sztokfisza, więc miałem czym przegryźć tą nie do końca udaną moim zdaniem kompozycję smakową. ;-)
Obrazek
Obrazek

W międzyczasie można było zauważyć, że zlot pomału się rozkręca -ze sceny płynęły powitania, zapowiedzi i koncerty pierwszych grajków. Pojawiły się też mniej radosne akcenty - wspominki tych którzy jeżdżą już po innych, miejmy nadzieję że lepszych drogach. Każdy z obecnych mógł zapalić płomyk dla kogoś po tamtej stronie - więc i ja pozwoliłem sobie zapalić światełko dla kilku dusz.
Obrazek

Takie już to nasze życie jest, czasem wesołe, czasem smutne - na szczęście zawsze można znaleźć coś na osłodę. ;-)
Obrazek

Abstrachując od okoliczności zlotowych trzeba powiedzieć, że Svolv?r to bardzo sympatyczne miasteczko, a w okolicach możena znaleźć wiele atrakcji, których nam niestety nie dane będzie tym razem sprawdzić. "Droga czeka" więc nie pozostaje nic innego jak zrobić kilka ostatnich fotek do pamiętnika i ruszać dalej przed siebie.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Trochę szkoda było nam odjeżdżać i z chęcią zostalibyśmy tutaj dłużej. Niestety, ze względu na najazd bikerów nie było najmniejszych szans na znalezienie w okolicach jakiegokolwiek noclegu. Poza tym, pozostanie tutaj oznaczało kolejny dzień więcej w trasie, a my coraz częściej czuliśmy presję upływającego czasu i spoglądaliśmy w kalendarz kalkulując ile dni zostało nam na powrót. Jakby nie patrzyć został nam tylko tydzień urlopu, a my ciągle byliśmy jakis 3000 kilometrów od domu i ciągle mieliśmy jakieś atrakcje w planach. Nie wspomniałem wcześniej, że w Svolv?r spotkaliśmy naszego nowego kumpla ze Szwecji poznanego rano na stacji benzynowej. Pogadaliśmy znowu chwilę i oczywiście ponownie rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Najlepsze, że kilka kilometrów za Svolv?r dogoniliśmy czarnego dragstara, a jakże - na szwedzkich blachach. Przez kilkanaście kilometrów jechaliśmy razem w nietypowym, turystyczno-cruiserowym, polsko-szwedzkim tandemie pozdrawiając zmierzających na zlot bikerów. Oczywiście, Prosiak szybko męczy się cruiserowym tempem, więc trochę znudzony na jakichś czerwonych światłach wyskoczył przed sznurek samochodów zostawiając grzecznie jadącego kolegę z tyłu. Po raz ostatni machnęliśmy sympatycznemu Szwedowi na pożegnanie i ruszyliśmy przed siebie własnym, nieco szybszym tempem.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Svolv?r znajdowało się mniej więcej w połowie naszej trasy na ten dzień. Można powiedzieć, że przynajmniej na początku, druga połowa trasy układała się podobnie do pierwszej. Czyli odcinki słoneczne, potem widoczki zdobione słodkimi, białymi obłoczkami, które następnie przechodziły w niskie ponure chmury wiszące nisko nad głowami. Najciekawsze wrażenie robiły mosty, których szczyty niemalże znikały w chmurach - wjeżdżając na taki most miało się odczucie, że na szczycie nasze głowy znikną w chmurze, i nie będziemy widzieć kół Prosiaka, które zostaną pod obłokiem. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Chmury po kilku kilometrach oczywiście ustępują miejsca obłoczkom i słońcu i tak w koło Macieju, aż do znudzenia. ;-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Od widoków oczy bolą więc od czasu do czasu trzeba się zatrzymać. ;-) Chociaż z drugiej strony na morze też nie można za długo patrzeć, bo ten lazur wody zachęca żeby zrzucić ciuchy i wskoczyć chociaż na chwilę. Oczywiście podejrzewam się, że w bezpośrednim kontakcie temperatura woda szybko ostudziłaby moje kąpielowe zapały, ale niestety nie mieliśmy czasu na weryfikację tej teorii. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Kolejną przerwę wymusiła zdychająca bateria w kamerce. Na wszelki wypadek zatrzymaliśmy się na przystanku gdyby Prosiak się zbiesił i powiedział, że bez kamery dalej nie pojedzie. ;-) Szczęśliwie znalazłem jeszcze jedną baterię, więc może kiedyś na emeryturze znajdę trochę więcej czasu i złożę jakiś filmik z tej trasy. :-)
Obrazek
Obrazek

Przemieszczając się nieśpiesznie w głąb Lofotów coraz częściej droga przebiegała wzdłuż plaży. Na niektórych widać było spacerujących ludzi i znowu zacząłem się zastanawiać jaka jest szansa żeby zamoczyć w tym miejscu 4-ry litery. Co prawda z drogi nie wypatrzyliśmy nikogo kąpiącego się ale za to wpadło nam kilku gości latających na kite'ach. Może już za późno na kąpiel? Na zegarze mieliśmy już prawie 18:00, a końca drogi ciągle widać nie było.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Poza plażami, wzdłuż brzegów coraz częściej mijamy małe wioski rybackie i oczywiście rzędy drewnianych stojaków do suszenia ryb. Właśnie na nich suszą się zwykle sztokfisze - my jednak chyba jesteśmy poza sezonem, bo mijane przez nas stojaki są raczej puste.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

O tym, że mieszkańcy trudnią się rybołówstwem świadczą również liczne farmy ryb rozrzucone po zatoczkach. Pewnie hodują tam "dzikie" norweskie łososie, które później lądują na półkach naszych marketów. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Kolejny most, kolejna wyspa i jesteśmy coraz bliżej celu naszej podróży. Do serca Lofotów, czyli ostatnich wysepek tworzących ten archipelag zostało nam niewiele ponad 20 kilometrów. Te ostatnie kilometry przyjdzie nam pokonać w trochę wolniejszym tempie bo drogi robią się zdecydowanie węższe, a ruch jakby większy. Z drugiej strony nie śpieszy nam się jakoś specjalnie. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Co prawda wskazówki zegarka minęły już 18:00 ale słońce jakby tego nie zauważało - hehe, ciągle jesteśmy w rejonach, gdzie w lecie słońce wcale nie zachodzi. A skoro jazda po nocy nam nie grozi to po co się śpieszyć? Lepiej zatrzymać się na chwilę i strzelić sobie kolejne lansiarskie selfie na fejsa. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przyznam szczerze, że chociaż nam się nigdzie nie śpieszyło, to trochę przeklinałem ruch który nagle się zrobił na trasie. Najbardziej wkurzające były dostawczaki i kampery, bo nie dość że blokowały przejazd na wąskich odcinkach to jeszcze zasłaniały nam co lepsze widoki. Zwłaszcza, że dojeżdżaliśmy do Reine, które według wielu źródeł jest najpiękniejszym miasteczkiem Lofotów. Czasu na zwiedzanie raczej nie mieliśmy ale postanowiliśmy chociaż na chwilę zjechać do "centrum" miasteczka, a właściwie wioski. Z siodła motocykla trudno oceniać czy Reine zasługuje na tytuł "najpiękniejszej" ale na pewno wioska ma swój urok. Podobno mieszka tu tylko 300 osób, ale podejrzewam że w okresie wakacji jest tam pięć razy tyle turystów, bo ludzi w uliczkach widać było całkiem sporo. Chociaż kusiło nas żeby się tu na chwilę zatrzymać, to jednak po całym dniu w siodle mieliśmy już trochę dość jazdy i chcieliśmy w pierwszej kolejności znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Dlatego też, zrobiliśmy tylko rundę honorową po uliczkach Reine i ruszyliśmy dalej, tam gdzie kończy się droga. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

A droga kończy się w ?. :-D Wioska za którą kończy się droga znana jest powszechnie jako miejscowość z najkrótszą nazwą jaką można wymyślić. Prawdę mówiąc miejscowości o takiej nazwie jest kilka w Skandynawii, ale to chyba ta na Lofotach jest najbardziej znana.
Oczywiście nie mogło się obyć bez pamiątkowej fotki przy tablicy z nazwą wioski. :rock:
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W ? miała się skończyć również nasza droga na ten dzień, bo według nawigacji miał być tutaj kemping na którym planowałem się zatrzymać. Niestety okazało się, że kemping nie oferuje miejsc na namioty, a tylko noclegi w domkach. Oczywiście byliśmy zdecydowanie za późno, żeby liczyć na wolne miejsce w domku - jak sugerowała pani na recepcji jedyna szansa na nocleg, to powrót 5km do wioski Moskenes i szukanie miejsca na tamtejszym kempingu. Nie zwlekając, wróciliśmy się do Moskenes szukać miejsca na tamtejszym kempingu. Tutaj też czekała nas niespodzianka, bo recepcjonista stwierdził, że właściwie nie ma już miejsca. Przejeżdżając obok pola z namiotami zauważyliśmy jednak kawałek wolnego placu i uparliśmy się, że jeszcze się zmieścimy. Recepcjonista stwierdził, że jak znajdziemy miejsce to możemy zostać i nas w końcu zameldował. Napaleni na wolny placyk, który widzieliśmy biegiem ruszyliśmy zaklepać miejsca. Jakież było nasze rozczarowanie kiedy okazało się, że w tym miejscu, chyba po deszczu stała wielka kałuża wody i właściwie równie dobrze moglibyśmy rozbić się w jeziorze. :-(
Rzeczywiście, kemping był tak pełny że z ledwością znaleźliśmy inne miejsce na namiot, które też wcale nie było specjalnie suche. Trudno na jedną noc musiało wystarczyć, bo jedyną suchą alternatywą było rozbicie się na okolicznych wzgórzach, ale nasz namiot był na to trochę za duży. Poza tym, jak zaobserwowaliśmy podczas późniejszego spaceru, każdy większy kawałek płaskiego gruntu na górkach był już zajęty. :-(
Obrazek
Obrazek

Uff, w końcu prawie koniec. ;-) Tą pamiątkową fotką z panoramą kempingu, zrobioną o godzinie 21:55 pozwolę sobie zakończyć, ten nieco przydługi odcinek. O Lofotach jeszcze wypada trochę napisać, ale to może zostawię już na kolejną część. ;-)
cdn...
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
Wiki
Posty: 252
Rejestracja: 23 marca 2014, 14:50
Motocykl: XL600V
Lokalizacja: Dukla
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Wiki » 11 marca 2017, 12:06

Piękne krajobrazy. :shock:
Szkoda, że tak daleko i drogo...

staszek_s
Posty: 203
Rejestracja: 03 września 2014, 21:43
Motocykl: Suzuki DL 650A
Lokalizacja: Radlin, woj Śląskie
Wiek: 53
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: staszek_s » 11 marca 2017, 12:21

Możesz rzucić robotę i zająć się wydawaniem kalendarzy, masz materiały na jakieś 100 lat spokojnie ;) Pięknie, lecimy dalej!

Awatar użytkownika
Maruda
Posty: 1335
Rejestracja: 22 września 2013, 23:00
Motocykl: Czarny :)
Lokalizacja: Częstochowa/Kamyk
Wiek: 31
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Maruda » 13 marca 2017, 19:47

Widoki iście pocztówkowe... :) Nie można się napatrzeć... :)
...żyj tak jakby jutra miało nie być...

Awatar użytkownika
zbródel
Posty: 205
Rejestracja: 11 czerwca 2015, 11:48
Motocykl: Wild Star 1600
Lokalizacja: Legionowo
Wiek: 52
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: zbródel » 14 marca 2017, 07:45

Relacja jak zwykle wspaniała :) :bravo:

Ale ja mam jedno pytanie, które mnie nurtuje odkąd zacząłem czytać Twoje relacje - dlaczego "Prosiak"? :D
Quidquid latine dictum sit, altum videtur

tłoczno w busie i w pociągu, a ja jadę na motongu... :chopper:

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 14 marca 2017, 20:11

zbródel pisze:Relacja jak zwykle wspaniała :) :bravo:

Ale ja mam jedno pytanie, które mnie nurtuje odkąd zacząłem czytać Twoje relacje - dlaczego "Prosiak"? :D
Dzięki za dobre słowo. :-)
A co do Prosiaka, to tłumaczyłem to kiedyś w relacji z Alp:
Uprzedzając pytania: Prosiak bo jest ciężki, ma tłusty brzuszek i wiecznie uwalony komarami ryjek. ;)
Poważnie - przesiadając się z Virago, która w "tali" jest jak osa, na Hondę ST1300 odniosłem jakieś takie wrażenie jakbym usiadł na prosiaku - no i tak już zostało. ;-)
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 27 marca 2017, 22:33

Dzień 15 - Moskenes->Trofors (Norwegia)

To, że w ? nie było miejsc noclegowych i że musieliśmy zatrzymać się na kempingu w Moskenes wcale nie było takie złe. Właściwie wyszło nawet bardzo dobrze, bo kemping w Moskenes położony jest kilkadziesiąt metrów od przystani promowej w której mieliśmy zamiar złapać transport na stały ląd. Oczywiście mogliśmy wrócić na kołach ale kosztowałoby nas to pewnie jakieś 600 kilometrów i 1-2 dni jazdy ekstra. Niestety jak się okazuje nawet te trzy tygodnie urlopu to trochę za mało żeby objechać Skandynawię i zwiedzić to co sobie zaplanowaliśmy. :-( Wstępnie planowaliśmy spędzić na Lofotach 2-3 dni, trochę pochodzić po górkach, pojeździć po lokalnych dróżkach i klimatycznych wioskach rybackich. Niestety, skończyło się na planowaniu i tym razem musieliśmy zadowolić się zaledwie "liźnięciem" tutejszego klimatu. :-(
Rankiem zrywamy się dość wcześnie, bo chcieliśmy załapać się na prom przed 10:00 i trzeba było przynajmniej z godzinę wcześniej stawić się na przystani. Tym razem nie kupowałem biletów wcześniej, a wyglądało na to że trzeba liczyć się z kolejką chętnych na ten prom. Dzień wcześniej mieliśmy okazję pogadać z sympatyczną parą młodych Szwedów, którzy też wybrali ten prom i podobno jak się wcześniej orientowali jest na tym kursie dość ciasno. Tak więc nie było wyjścia i już kilka minut po 8:00 trzeba było ustawić się w kolejce. W oczekiwaniu na prom mieliśmy trochę czasu na studiowanie maki i planowanie trasy na czekający nas dzień - https://goo.gl/maps/hxCXJG8Nbox
Obrazek

Szczęśliwie motocykle mają zwykle fory przy załadunku promu , a że nie było nas zbyt wielu (większość motocyklistów bawiła się pewnie na zlocie ;-)) to bez większych problemów zaparkowaliśmy na pokładzie. Potem zostało tylko poszukać dobrego miejsca obserwacyjnego i z łezką w oku obserwować oddalające się brzegi archipelagu.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przeprawa z Moskenes do Bodo nie należy do najtańszych - za 2 osoby i motocykl płaciłem coś około 780 NOK czyli prawie 400 złotych ale nie żałujemy tego wydatku. Jakby nie patrzeć, te 600 kilometrów na kołach ekstra które musielibyśmy zrobić też musiałoby sporo kosztować, nie wspominając oczywiście o straconym czasie. Dopłacając trochę zafundowaliśmy sobie rejs stateczkiem i korzystając ze sprzyjającej aury mogliśmy podziwiać Lofoty trochę z innej perspektywy.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Widoki piękne, miny kwaśne. Trudno oprzeć się poczuciu, że właśnie opuszczamy raj do którego nie będziemy już mieli okazji wrócić :cry:
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Rejs z Lofotów trwa według rozkładu 3 godziny i 15 minut więc kiedy znudzi się już podziwianie widoków nie pozostaje nic innego jak znaleźć sobie jakieś miejsce do leżakowania. ;-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Gdzieś mniej więcej w połowie rejsu widoczki się kończą, a nam zaczyna się nudzić i tęsknić za asfaltem. Żeby nie marnować czasu na lądzie postanowiliśmy wsunąć jakiś obiadek na promie. Właściwie na każdym promie (poza najkrótszymi trasami) znajduje się jakiś bar czy kawiarenka. Oczywiście nie serwują one nic wyrafinowanego ale na jakiegoś fast-fooda można zawsze liczyć. Ceny oczywiście norweskie, ale na szczęście nie są wyraźnie wyższe niż na stałym lądzie. Przekąsiliśmy więc małe co nieco i cierpliwie czekaliśmy na pierwsze widoki z asfaltem w tle. ;-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Kilkanaście minut po 14:00 nasz "okręt" z raju, a raczej Walhalli przybił do brzegu stałego lądu, a my mogliśmy wskoczyć na naszego rumaka i ruszyć w dalszą trasę. Zrobiliśmy jakieś 100 kilometrów promem przyszła więc pora zrobić "trochę" kilometrów na kołach. Pożegnaliśmy raj więc już po kilku kilometrach rajska pogoda się skończyła, ustępując miejsca typowej norweskiej aurze. Oczywiście narzekać nie wypadało, bo chmury tylko straszyły ale było sucho i nie za gorąco. ;-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Właściwie na jakąś super pogodę nie mogliśmy liczyć, bo nasza trasa prowadziła głównie przez dość surowe i raczej górzyste tereny parku narodowego Saltfjellet?Svartisen. Bliskość gór i lodowca wyraźnie sygnalizował termometr w kokpicie, na którym zaczęły dominować cfry z zakresu 5-10. ;-) W pewnym momencie krajobraz zaczął przypominać księżyc - chociaż może nam się wydawało, bo naprawdę niewiele było widać, z chmury w której podróżowaliśmy. Tylko chwilowe przejaśnienie i drobna mżawka, która zmusiła nas do ograniczenia prędkości spowodowały, że nie przeoczyliśmy znaków sugerujących że zbliżamy się do koła podbiegunowego.
Obrazek
Obrazek

Prawdę mówiąc jakoś przeoczyliśmy fakt, tego że w Norwegii ponownie będziemy przekraczać koło podbiegunowe. Nawet mijając znak "Polarsirkelen Arctic circle" nie od razu dotarło do nas, że właśnie mijamy koło podbiegunowe. Niewiele brakowało, a nawet bym się tam nie zatrzymywał, bo akurat na tym odcinku leciała z nieba jakaś mżawka i było dość zimno i chcieliśmy zjechać jak najszybciej z tego górzystego terenu. W ostatniej chwili tknęło mnie jednak, żeby zobaczyć co kryje się w tym dziwnym domku, w kierunku którego zjeżdżał też akurat motocyklista z przeciwka.
Obrazek
Obrazek

Dopiero napis na chatce uświadomił nam, że właśnie kończy się nasza przygoda z północą. :-( Kiedy niecałe, dwa tygodnie wcześniej północ witała nas w Rovaniemi pięknym słońcem, teraz pogoda dawała nam ewidentnie znać, że jedziemy w złym kierunku. Warto się było zatrzymać, chociażby po to żeby po 150 kilometrach w siodle rozprostować na chwilę nogi i ogrzać się trochę odrobiną aktywności. W pierwszej kolejności ruszyliśmy w kierunku pomnika przy którym kręciło się kilku turystów, na którym widniały wiekowe, drewniane herby norweskich gmin. Zaraz za pomnikiem było małe wzniesienie, na które oczywiście wszyscy wchodzili. Jak wszyscy, to wszyscy więc i my weszliśmy na ten dziwny pagórek usiany setkami kopczyków z kamieni. O co w tym chodzi? Nie wiem - może to jakiś sygnał dla kosmitów? . ;-)
Obrazek
Obrazek

Po drobnej dawce turystyki górskiej, trzeba było oczywiście zajrzeć do budynku centrum turystycznego. Tradycyjnie głównym punktem programu jest sklepik z pamiątkami i pamiątkowe zdjęcie z "zakopiańskim" misiem. Przy okazji zwiedzania dowiadujemy się, że w tym miejscu w 1994 roku koło podbiegunowe przekroczył ogień olimpijski. Rozgrzani i mądrzejsi ;-) mogliśmy wsiąść znów na motocykl i ruszyć w dalszą trasę.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dopóki nie zjechaliśmy trochę niżej aura fundowała nam dość ponury nastój. Otaczające nas góry nie były może szczególnie wysokie (ok. 1000-1200m n.p.m) ale jak nauczyliśmy się już w zeszłym roku, tu w Norwegii naprawdę nie trzeba wyjechać bardzo wysoko żeby temperatura z 25 stopni momentalnie spadła do pięciu. Wyjścia jednak nie było - trzeba było przeć do przodu - na południe, ku zachodzącemu słońcu. To ostatnie było niestety prawdą dosłownie i w przenośni, bo wracając na południe, zostawialiśmy za sobą północne "białe noce".:-(
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po kilkudziesięciu kilometrach, gdy zjechaliśmy trochę niżej chmury trochę się rozwiały i zrobiło się przyjemniej. Chociaż po widokach i pogodzie z Lofotów tereny, które mijaliśmy jakoś specjalnie nas nie zachwycały.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Oczywiście pisząc o niezachwycaniu się widokami trochę przesadzam - chciałbym, żebyśmy w Polsce mieli takie malownicze traski. Poza może dwoma, trzema większymi miasteczkami, przez większość czasu sunęliśmy przez dziewiczą przyrodę, najpierw brzegami morza, potem wąwozem jakiejś dużej rzeki. My po dwóch tygodniach w siodle mieliśmy już jednak trochę dosyć jazdy i po jakichś 300 kilometrach od Bodo zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na nocleg. W sumie była najwyższa pora, bo na zegarze mieliśmy już kilka minut po 20. Nie wiem czy to kwestia tego, że po kilku przyjemnych dniach dopadła nas gorsza pogoda, czy fakt ogólnego zmęczenia ale stwierdziliśmy zgodnie że po dwóch tygodniach pod namiotem warto byłoby się położyć w normalnym łóżku. Teren nie wydawał się jakiś popularny turystycznie, więc liczyliśmy że bez problemu znajdziemy gdzieś nocleg w przyzwoitej cenie. Okazało się jednak, że na większych kempingach o tej porze trudno szukać miejsca w domkach. Na jednym z takich kempingów recepcjonista sugerował jednak, żeby jechać kawałek dalej i na pewno coś znajdziemy. Tak też zrobiliśmy i po kolejnych 20-30 kilometrach trafiliśmy na kemping Haugen w miejscowości Trofors. Chociaż nie zrobiliśmy dzisiaj jakieś oszałamiającego przebiegu, bo tylko jakieś 360 kilometrów od Bodo, ale stwierdziliśmy zgodnie, że nie można przesadzać i zostajemy na tym kempingu. Zwłaszcza, że chyba sam Thor zesłał nam znak, w postaci zaparkowanego przed kempingiem najlepszego motocykla turystycznego świata. ;-)
Obrazek

Na kempingu Haugen właściwie nie było opcji rozbijania namiotów, ale nie był to jakiś problem bo i tak mocno nastawiliśmy się na wynajęcie Hyttki. Trochę co prawda kręciłem nosem, bo cena była dość wysoka (jak dobrze pamiętam to 550 NOK) ale Monika nie dała mi wyboru. Szczególnie kiedy zobaczyła nasze lokum - swoją wyśnioną, skandynawską chatkę z trawnikiem na dachu. :D
Obrazek
Obrazek

Kiedy zobaczyliśmy jak jest urządzony domek, stwierdziliśmy jednak że cena była dość uczciwa, bo w domku było miejsce dla trzech osób, był w pełni wyposażony "aneks" kuchenny, telewizor i prywatna mała łazieneczka. Inne domki, które mieliśmy okazję do tej pory oglądać zwykle łazienki nie miały i trzeba było biegać do wspólnych sanitariatów - tu mieliśmy pełen wypas. :-) Nie wspomnę już o widoku za oknem. :) :mrgreen:
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

cdn...
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
Straszaq
Posty: 317
Rejestracja: 02 grudnia 2008, 13:02
Motocykl: BMW R1150 RT
Lokalizacja: Konin
Wiek: 39
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Straszaq » 04 kwietnia 2017, 13:47

Fajnie kurna...zazdroszcze wam tego wyjazdu jak nie wiem.
Nieważne jaki masz motocykl...ważne gdzie nim byłeś.

Awatar użytkownika
Wiki
Posty: 252
Rejestracja: 23 marca 2014, 14:50
Motocykl: XL600V
Lokalizacja: Dukla
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Wiki » 24 kwietnia 2017, 13:30

Czy można liczyć na CDN...? :kawa:

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 01 maja 2017, 12:32

Wiki pisze:Czy można liczyć na CDN...? :kawa:

Przepraszam za zwłokę, ale od jakiegoś czasu trochę za dużo różnych spraw po głowie chodzi i nie wyrabiam z "pisarstwem". ;-)
Poza tym, dalej już właściwie nic ciekawego nie ma: drogi, morze, góry - standardowa nuda. ;-) Oczywiście jak się napisało "cdn..." to nie wypada się wykręcać więc postaram się dotrzeć do szczęśliwego zakończenia. :-) Kolejna część może wpadnie już dzisiaj wieczorem, żeby pracujący jutro "szczęśliwcy" mieli co przy kawie przeglądnąć. Musicie jednak uzbroić się w cierpliwość, bo rozgrzana Viróweczka pod blokiem czeka gotowa na spacer, a gorącej dziewczynie jak wiadomo nie wypada odmówić. ;-) :twisted:
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 01 maja 2017, 23:59

Dzień 16 - Trofors->Trondheim ->Oppdal(Norwegia)
Jak pewnie zauważyliście większość naszych wyjazdów wiąże się z noclegami pod namiotem. Niektórym może to się wydawać dziwne ale lubimy tą formę nocowania, bo nieodłącznie kojarzy nam się to z wakacyjną przygodą i poniewierką. W końcu skoro przez cały rok człowiek kisi się w czterech ścianach i wygodnym łóżku to w trakcie wakacyjnego urlopu warto odpocząć od codzienności. ;-) Oczywiście, pomimo tej całej frajdy spania pod "gołym niebem", po dwóch tygodniach dmuchania materacy warto zrobić sobie przerwę - jedna noc na solidnym łóżku w ciepłym domku zdecydowanie poprawia nasze nastawienie do świata i czekającej nas trasy na południe. Niestety, taka motywacja będzie nam coraz częściej potrzebna, bo świadomość że to już trasa powrotna i trzeba się pomału żegnać z atrakcjami nie nastraja do radosnego, porannego wskakiwania na siodło motocykla. :-(
Kolejny dzień w drodze, który rozpoczęliśmy tradycyjnie dzikim świtem, ok. 10:30 ;-) zapowiadał właśnie taki nudny przelot w kierunku domu. Ze wstępnych kalkulacji wynikało, że powinno udać się dojechać gdzieś za Trondheim, w którym jak czas i aura pozwoli chciała się na chwilę zatrzymać Monika. Uprzedzając fakty napiszę, że plan się udał i trasa na dzień 16 naszej podróży wyglądała mniej więcej tak: https://goo.gl/maps/yHVYzaCqnUB2
Obrazek

Zanim ruszyliśmy na południe postanowiliśmy jednak wrócić się kilka kilometrów, obejrzeć wielki wodospad który mijaliśmy zeszłego wieczora. Wodospad Laksforsen może nie jest najwyższym wodospadem, który mieliśmy okazję oglądać w Norwegii ale ok. 20 metrów szerokości też robi wrażenie. Niestety zdjęcia tradycyjnie nie oddają klimatu miejsca i musicie uwierzyć na słowo, że warto było się wrócić te kilka kilometrów. :-)
Obrazek
Obrazek

Kiedy już udało mi się wyrwać żonce aparat fotograficzny i wytłumaczyć że naprawdę nie potrzebujemy 50-ciu fotek wodospadu każda z innym stopniem "zamrożenia" płynącej wody mogliśmy ruszać dalej. Trasa oczywiście po skandynawsku nudna - góry lasy, rzeki itd.... Jedynym urozmaiceniem (niekoniecznie radosnym) była brama z napisem "Trøndelag" sugerująca, że właśnie opuszczamy północny region Norwegii. Zdecydowanie bardziej wolałbym oglądać napis "Nord-Norge" figurujący z drugiej strony "Bramy do Północnej Norwegii". :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po kilku kolejnych kilometrach wyprzedzamy samotnego jeźdźca na najlepszym motocyklu turystycznym świata - wygląda, że to ta sama Yamaha, którą widzieliśmy na naszym kempingu, z której właścicielem jednak nie mieliśmy okazji się poznać. Oczywiście Prosiak ma swoją dumę i nie mógł pozwolić sobie zbyt długo na oglądanie ogona Virówki - zazdrosny musiał pokazać kto tutaj rządzi i szybko zostawił koleżankę z tyłu. ;-)
Obrazek
Obrazek

Po niecałych sześciu godzinach w siodle, mniej więcej o 16:30 docieramy do Trondheim. Prawdę mówiąc liczyliśmy, że uda się pokonać te 350 kilometrów trochę szybciej ale norweskie drogi nie sprzyjają osiąganiu wysokich średnich prędkości podróży. To po części wina widoków które cały czas rozpraszają kierowcę, a po części wina wewnętrznego ogranicznika prędkości, który sugeruje że na opłatę za przekroczenie do 20km/h jeszcze może mnie stać ale na więcej nie bardzo mogę sobie pozwolić. ;-)
Czas jest czasem, ale pogoda sprzyja więc nie wypada chociaż na chwilę nie zajrzeć do Trondheim zwłaszcza, że do zwiedzenia tego miasta przymierzaliśmy się już rok wcześniej. W 2015 roku, po przejechaniu drogi atlantyckiej byliśmy bardzo blisko Trondheim ale na odwiedzenie miasta brakło czasu, bo trzeba było wracać. Teraz możemy powiedzieć, że mamy po drodze wiec trzeba zatrzymać się na chwilę. W centrum znajdujemy parking i ruszamy zwiedzać miasto. Tradycyjnie jak to w Norwegii żar leje się z nieba i kombinujemy jak sobie zorganizować zwiedzanie żeby za bardzo się nie spocić. Najbardziej nie uśmiecha nam się nosić tankbagu i przez chwilę zastanawiamy się czy zaryzykować pozostawienie go na motorze. Biorąc pod uwagę, że nie jesteśmy w Polsce postanawiamy zaryzykować - kilka wartościowych rzeczy przerzucamy do kufra pozostawiając w tankbagu trochę suszonego żarcia i znoszone koszulki. Trudno, najwyżej będziemy mieli mniej do prania. :-)

Zwiedzanie rozpoczynamy od stojącej nieopodal niemalże 900 letniej Katedry Nidaros. Najwięcej radości sprawia nam zwiedzanie wnętrza, bo jak zwykle w tego typu budowlach panuje tam przyjemny chłodek. ;-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po obejrzeniu Katedry i Pałacu Biskupów kierujemy swe kroki w kierunku bardziej przyziemnych zabudowań czyli dzielnicy portowej. Chociaż kolorowe, drewniane domki na palach stojące na brzegu rzeki lata świetności mają już jednak za sobą i z bliska nie wyglądają tak ładnie jak na pocztówkach to i tak jesteśmy zadowoleni, że udało nam się tu zajrzeć. Klimatowi miejsca dodaje zabytkowy most Gamle Bybro z 1685 roku, który trzeba przekroczyć żeby dostać się do "drewnianej" dzielnicy. :-)

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po drugiej stronie mostu wznosi się wzgórze na którym zbudowano Fortecę Kristiansen. Według przewodnika warto tam się wdrapać żeby podziwiać panoramę miasta i przez chwilę zastanawiamy się co z tym fantem zrobić. W motocyklowych ciuchach gotujemy się już przy spacerowaniu po płaskim i zdobywanie gór nie bardzo nam się uśmiecha. Monika jednak jest mistrzynią motywacji - jechać tu 5 tyś. kilometrów i zrazić się pod taką małą górką? My nie damy rady? :twisted: ;-) :lol:.
Cholerka, żebym chociaż miał rower to mógłbym skorzystać z windy specjalnie dla tych dwukołowców - widzieliście kiedyś coś takiego? Ja prawdę mówiąc po raz pierwszy - niezły patent, klepie się przycisk i przydeptuje nogą metalową płetwę wystającą z asfaltu która ciągnie rowerzystę w górę. Ciekawe ile trzeba ćwiczyć i ile wywrotek zaliczyć zanim człowiek nauczy się z tego korzystać. :mrgreen:
Obrazek

Oczywiście my nie mogliśmy skorzystać z windy i musieliśmy zdać się na własne siły. Z drugiej strony co to dla nas - pół godzinki pod górę i co prawda z wywieszonymi jęzorami ale twierdza została zdobyta. :twisted: Chwila wytchnienia na złapanie oddechu i można było oddać się tradycyjnej kontemplacji widoków i strzelaniu fotek na fejsa. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po krótkim odpoczynku na zielonej trawce trzeba zacząć myśleć o powrocie. Opuszczamy fortecę i wracamy na deptak na którym zostawiliśmy Prosiaka. Ciekawe czy nasz tankbag jest jeszcze na zbiorniku? Po drodze odkrywamy przypadkiem "restaurację" McDonalds więc decydujemy się na wsunięcie szybkiego obiadu w postaci hamburgera. Mało wyrafinowane ale nie bardzo mamy czas na szukanie czegoś lepszego. Przy okazji taka ciekawostka - ze zdziwieniem zauważyliśmy, że w Norwegii (na Litwie chyba też tak było) za możliwość zjedzenia na miejscu w knajpce trzeba ekstra zapłacić. Różnica może nie była wielka ale żarcie na wynos było jednak trochę tańsze. :shock:

Po zapchaniu żołądków sztucznymi bułami, szybko ruszyliśmy w kierunku parkingu zwłaszcza, że nagle w okolicy pojawiło się sporo klientów o niekoniecznie norweskiej karnacji. Uchodźcy czy co? Kto ich tam wie - uprzedzeni może nie jesteśmy ale nagle zaczęliśmy się bardziej martwić o nasz tankbag. ;-) Na szczęście po powrocie na parking wszystko było na miejscu. :-)
Pozostało więc uzupełnić płyny Prosiaka i ruszyć dalej w drogę. Około godziny 19:15 opuszczamy Trondheim i ruszamy dalej na południe. Tym razem znowu nie mamy upatrzonego żadnego miejsca na nocleg ale liczymy, że po drodze coś na pewno się trafi.
Po około 120 kilometrach i minięciu kilku zamkniętych kempingów zatrzymujemy się w końcu w Oppdal.

cdn...
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 13 maja 2017, 01:21

Dzień 17 - Oppdal -> Bergen(Norwegia)

Kemping w Oppdal na który trafiliśmy przypadkiem poprzedniego wieczora to właściwie kompleks hotel+domki+kawałek trawnika na namioty. Po poprzedniej nocy spędzonej w hyttce i dość męczącym dniu trochę nie uśmiechało nam się rozkładanie namiotu. Niestety wszystkie domki były zajęte, a pokoje hotelowe , jakiego standardu by one nie były, są w Norwegii raczej nie na naszą kieszeń. Tak było i tym razem więc decydujemy się na noc w namiocie. Przy okazji ucinamy sobie krótką, aczkolwiek sympatyczną pogawędkę z recepcjonistą który zaskakuje nas znajomością kilku polskich słów i zwrotów. Okazuje się, że jego wujek jest Polakiem, a on sam trochę interesuję się Polską i co więcej nawet wybiera się w 2017 roku do Polski na koncert. Oczywiście znajomością języka polskiego gość nas trochę zaskoczył ale szczęki opadły nam dopiero kiedy powiedział na jaki koncert się wybiera. Wiadomo, że nie można oceniać ludzi po wyglądzie i stylu ubierania ale pan z recepcji wyglądał nam raczej na jakiegoś wielbiciela rocka albo nawet metalowca - jakież było nasze zaskoczenie kiedy wystrzelił, że wybiera się na koncert ... Dody. :-D Co ciekawe - podobno Doda jest bardzo popularna w Norwegii czym jeszcze bardziej nas zaskoczył, bo nie spodziewaliśmy się takiego zasięgu popularności naszej wokalistki. :-) Gratulacje dla Dody. :bravo:
Życząc udanego koncertu i pożegnawszy się z recepcjonistą w dobrych nastrojach i z uśmiechami pod nosem rozłożyliśmy nasz zielony domek i udaliśmy się na spoczynek.

Rozkładając wieczorem namiot z nieba zaczyna delikatnie kropić i mamy obawy co do pogody na kolejny dzień. Ranek wita nas również zachmurzonym niebem i groźbą deszczu. Zaczynamy więc dzień pakowaniem gratów póki możemy zrobić to na sucho. Później szybkie śniadanko w kempingowej kuchni i możemy ruszać w trasę:
Obrazek

Poza widokami z siodła nie planujemy na ten dzień żadnych atrakcji. Wszystko wskazuje na to, że cały dzień spędzimy na motocyklu więc cieszy fakt, że poranne chmury szybko się rozwiały i póki co deszczu nie widać. W końcu zdecydowanie lepiej ogląda się te nudne, norweskie widoki na sucho. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Góry, zielone lasy, szmaragdowe rzeki i błękitne morze - wydawać by się mogło, że setki kilometrów takich widoków muszą się w końcu znudzić ale nam ciągle mało więc cieszymy oczy każdym nowym kilometrem trasy.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzisiejszy dzień to już nasz 17-ty dzień w trasie i niestety musimy zmierzać w kierunku domu chociaż jakoś nie bardzo to do nas dociera. Pomimo faktu, że już jest to nasz najdłuższy urlop od niepamiętnych czasów, to ciągle nam mało. Dlatego też, chociaż najkrótsza droga do domu prowadzi prosto trasą E6 w kierunku Lillehammer i Oslo, to po jakiś 110 kilometrach jazdy opuszczamy trasę E6. :mrgreen: Tak, już od jakiegoś czasu chodził nam po głowie pomysł, żeby w drodze powrotnej zajrzeć jeszcze do Bergen, które ze względu na brak czasu musieliśmy ominąć podczas naszego pierwszego rajdu po Norwegii w 2015 roku.

Oczywiście do Bergen nie jedziemy ze względu na fakt, że wizytę w tym mieście polecają wszystkie przewodniki po Norwegii. :P Tak naprawdę mamy już dość tej suchej i słonecznej skandynawskiej aury, która towarzyszy nam od początku wyjazdu. :paw: ;-) :lol:
Z nadzieją oczekujemy, że wizyta w Bergen, dzierżącym zasłużone podobno miano najbardziej mokrego miasta w Europie wniesie w końcu trochę urozmaicenia do naszej jakże monotonnej pogodowo podróży. ;-) :lol: :lol: :lol:

Z trasy E6 odbijamy więc w prawo na drogę nr 15 by po kolejnych 40 kilometrach, w miasteczku Lom zjechać na drogę nr 55. W miasteczku Lom musimy złamać naszą niepisaną zasadę omijania tras które już kiedyś zaliczyliśmy. Chociaż Lom i trasę nr 55 zaliczyliśmy już rok wcześniej, to nie udało mi się jednak znaleźć innej, ciekawej trasy w kierunku Bergen. Trudno, zrobimy sobie małą powtórkę z rozrywki. ;-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Pomału zbliżamy się do najciekawszego odcinka trasy - przeprawa przez góry parku Jotunheimen. :-) Nauczeni doświadczeniami z zeszłego roku wiemy czego się spodziewać. Tak, tak - będzie biało. ;-) I chociaż wiedzieliśmy, że śnieg nie ominie nas podczas tej wyprawy, to raczej spodziewałem się że pojawi się on już gdzieś na dalekiej północy czy na Nordkappie, a nie dopiero tutaj. Ciekawe - wychodzi na to, że na północy Norwegii jest cieplej niż w jej południowych regionach. Z drugiej strony trudno się jednak dziwić - wysokie góry robią swoje.
Obrazek
Obrazek

Chwilę po godzinie 14:20 docieramy do najlepszego odcinka tej trasy. Pięć stopni Celsjusza na termometrze i drobna mżawka na szybie oczywiście dodają trasie niezapomnianego uroku. ;-) Ponieważ jednak już znamy ten odcinek trasy nie tracimy czasu na postoje i podziwianie widoków tylko mkniemy dalej.
Obrazek
Obrazek

Oczywiście mkniemy to za mocne słowo, bo na norweskich drogach trudno szaleć zwłaszcza, że za każdym zakrętem może czaić się patrol w białych kożuchach. ;-)
Obrazek
Obrazek

Jak już pewnie nie raz wspominałem, nie lubimy podążać szlakami które już znamy zwłaszcza gdy istnieje inna alternatywa. Tym razem również, kiedy tylko nadarza się okazja zbaczamy z utartego szlaku i zamiast trzymać się drogi 55 odbijamy na drogę nr 53, zwaną Tindevegen. Ta widokowa droga przez góry Jotunheimen prowadzi do Årdal i pozwoli nam skrócić nieco trasę w kierunku Bergen. Co prawda na czasie wiele nie zyskamy, ale odpadnie nam konieczność przeprawiania się promem z Kaupanger do Lærdal. Oczywiście nie ma nic za darmo - przeprawa przez góry i możliwość podziwiania widoków kosztuje 80 NKK. Niestety w obecnych warunkach trudno mówić o jakichkolwiek widokach, a wąska i mokra dróżka nie pozwala skupić wzroku na niczym innym niż kilka metrów asfaltu przed przednim kołem. Opłatę za przejazd uiszcza się na szczycie przeprawy w automatycznej bramce więc nie ma komu zgłosić reklamacji na kiepskie warunki. ;-) Trudno, trzeba zapłacić i jechać dalej.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Jak to w Norwegii bywa, wystarczy tylko zjechać z gór i od razu robi się zdecydowanie przyjemniej, a komfortowa temperatura 12-15 stopni pozwala nieco rozgrzać przemarznięte kości. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po kilkudziesięciu kilometrach znów wracamy na znane ścieżki. Po raz kolejny mamy okazję zagłębić się w najdłuższym drogowym tunelu Świata. Trochę klaustrofobicznie ale przynajmniej przez 24 kilometry nie będzie nam padać na głowę. :-)
Obrazek

Jeszcze pół roku temu nie pomyślałbym że jeszcze kiedyś wrócimy do Norwegii, a tym bardziej w rejony które odwiedzaliśmy rok wcześniej. Kiedy wiec wjechaliśmy do Flåm ze wzruszenia łezka zakręciła się w oku. ;-) I nawet deszcz, który towarzyszył nam od jakiegoś czasu nie mógł zepsuć nam dobrego humoru. Żeby trochę się nacieszyć odwiedzinami "starych" śmieci postanowiliśmy zrobić sobie krótką przerwę obiadową i zwiedzanie stoisk z pamiątkami. Znaleźliśmy nawet chwilę żeby odwiedzić muzeum kolejki Flåm czego nie udało nam się zrobić rok wcześniej.
Obrazek

Kolejnym miejscem po Flåm, które odwiedziliśmy ponownie było Gudvangen - miasteczko z niesamowitym klimatem jak z opowieści o Wikingach. Ponieważ Monice nie udało się upolować, wymarzonych pamiątek we Flåm więc również w Gudvangen musieliśmy obowiązkowo zaliczyć sklep z pamiątkami. Monika postawiła sobie za punkt honoru, że w tym roku wróci do domu z futrem renifera i norweską puchową kurteczką. Ponieważ jeszcze nie wymyśliła jak zapakować się na motor ze skórą renifera, więc póki co zadowoliła się kurtką - szczęśliwie trafiliśmy do sklepu zaraz przed zamknięciem więc przymierzanie nie trwało zbyt długo i mogliśmy ruszyć dalej w kierunku Bergen.
Obrazek

Z Gudvangen wyjechaliśmy około 19:30, a do celu naszej podróży zostało nam jeszcze jakieś 130 kilometrów. Jeżeli mieliśmy dojechać dziś do Bergen, to musieliśmy się zdecydowanie pośpieszyć. Deszcz towarzyszący nam przez resztę trasy upewniał nas w tym, że jesteśmy na dobrym kursie i zmierzamy prosto do Bergen. Oczywiście im byliśmy bliżej celu tym bardziej padało ale dopóki jechaliśmy, to nam to za bardzo nie przeszkadzało, bo Prosiak świetnie sprawdza się w roli parasola. Prawdę mówiąc, to że jednak dość mocno pada, dotarło do nas dopiero wtedy kiedy trzeba było się zatrzymać, zsiąść z motocykla i szukać miejsca na nocleg. Trochę nie uśmiechało nam się rozkładać w tym deszczu namiotu ale o tej porze mogliśmy zapomnieć o wolnych chatach. Odwiedziliśmy trzy kolejne kempingi w Bergen i nigdzie nie było wolnej chatki - wyglądało na to, że kiepska pogoda zdecydowanie zwiększyła popyt na miejsca noclegowe pod dachem, a my musieliśmy pogodzić się z myślą o deszczowej i mokrej nocy pod namiotem. Zatrzymaliśmy się na kempingu Grimen - ostatnim kempingu przed Bergen i tylko przez to, że lało coraz mocniej postanowiliśmy rozbić na nim namiot. Kemping leży nad brzegiem jeziora Grimevatnet i jest dość mały. Przestrzeń na namioty była ograniczona właściwie do niewielkiej łączki nad brzegiem jeziora. Najgorsze było to, że na całym placu właściwie nie było kawałka suchego miejsca na rozbicie namiotu i właściwie trzeba było rozbijać się w kałuży. Ponieważ okazało się, że na kolejny dzień jest jedna wolna chatka to postanowiliśmy ją awaryjnie zarezerwować - mieliśmy nadzieję, że nasz namiot jakoś przeżyje noc i w nocy gdzieś nie odpłyniemy. O 22:00 zaszyliśmy się w namiocie próbując szybko zasnąć żeby nie słyszeć padającego coraz mocniej deszczu. Trudno wygląda na to, że zostaniemy w Bergen przynajmniej jeden dzień dłużej żeby się wysuszyć w chatce.

cdn...
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
Straszaq
Posty: 317
Rejestracja: 02 grudnia 2008, 13:02
Motocykl: BMW R1150 RT
Lokalizacja: Konin
Wiek: 39
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Straszaq » 16 maja 2017, 22:39

A widzisz...mówiłeś, że już nic ciekawego nie działo się i nie ma o czym pisać, a ja wciąż czytam z wypiekami. Fajna relacja ale wszystko kiedyś się kończy i jak widać z każdym dniem coraz bliżej domku. Czekam na zakończenie i podsumowanie z mnóstwem porad z pierwszej ręki dla tych co odważą się kiedyś powtórzyć wyczyn. Mam nadzieję, że i mnie kiedyś się uda tam pojechać.
Nieważne jaki masz motocykl...ważne gdzie nim byłeś.

Awatar użytkownika
Wiki
Posty: 252
Rejestracja: 23 marca 2014, 14:50
Motocykl: XL600V
Lokalizacja: Dukla
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: Wiki » 23 maja 2017, 08:41

Ja też planuję (ale chyba dopiero za 2 lata) wyjazd do Norwegii ale południowej, czyli coś w wersji waszego wyjazdu 2015.
Niestety maksymalnie mogę liczyć na 10-12 dni wolnego więc Nordkapp odpada.Zresztą nie czuję takiej potrzeby. Poza tym są sprawy finansowe, im więcej km tym drożej.
Pozdrawiam i czekam na zakończenie i posumowanie.

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 23 maja 2017, 20:47

Dzień 18 -Bergen(Norwegia)

Pomimo tego, że wieczorem padliśmy jak kawki, to raczej nie było dane nam się tym razem wyspać. Deszcz walił w namiot całą noc, a my chyba podświadomie czuwaliśmy w oczekiwaniu na pierwsze sygnały, że zaczynamy przeciekać i odpływać. ;-) Szczęśliwie nasz namiot dzielnie się trzymał i nie wykazywał żadnych śladów słabości. Muszę przyznać, że byłem tym wyjątkowo zaskoczony, biorąc pod uwagę fakt, że wychodząc z namiotu wpadało się po kostki w wodę. Chociaż mieliśmy poważne plany związane ze zwiedzeniem Bergen, to po raz pierwszy podczas tego wyjazdu musieliśmy się poddać pogodzie. :-( Nawet Monika była zrezygnowana, bo pomimo mojego dość sceptycznego nastawienia do tego pomysłu, to ona uparła się na to żeby nadłożyć kilometrów i zaliczyć Bergen. Trudno - zachciało nam się deszczu to mamy. ;-) Do godziny 10:00 byliśmy uziemieni w namiocie bo cały czas lało na maksa - przez chwilę chodziła nam po głowie myśl żeby zrezygnować ze zwiedzania Bergen, mokry namiot wcisnąć do kufra i ruszyć w kierunku domu. Z drugiej strony szkoda byłoby się tak od razu poddać - postanowiliśmy zostać przynajmniej jeden dzień na tym kempingu żeby się wysuszyć. Oczywiście, ponieważ cały czas mocno padało nie było najmniejszych szans na wysuszenie się pod namiotem - trzeba było zapolować na domek. Wiedziałem, że dzisiaj się ma zwolnić jedna chatka więc kilkanaście minut przed otwarciem recepcji rozpocząłem kolejkę przed drzwiami. Tym, jak się okazało wyjątkowo taktycznym posunięciem zostałem bohaterem domu ;-), bo rzeczywiście udało mi się zarezerwować tę chatkę podczas gdy sąsiedzi z pola namiotowego, którzy przyszli chwilę po mnie zostali odprawieni z kwitkiem. Niestety chatka miała być wolna dopiero od 12:00 wiec mieliśmy dużo czasu na śniadanie i planowanie kolejnych działań na resztę dnia w dość skromnej i niezbyt eleganckiej kempingowej kuchni.
Obrazek

Prawdę mówiąc mogliśmy sobie planować, ale dzisiaj to aura rozdawała karty. Cały czas lało, a my z niepokojem patrzyliśmy na jezioro zbliżające się do naszego namiotu. To że łąka na której się wczoraj rozbijaliśmy zmieniła się w jedną wielką kałużę to jeszcze nie było takie straszne, ale fakt że jezioro, którego brzeg wczoraj wieczorem był jakieś 20 metrów od naszego namiotu teraz był już niecałe 10 metrów od nas, był już trochę niepokojący. ;-) :? Ciekawe co pomyśleli sobie właściciele kampera, kiedy rankiem odkryli, że jedną osią parkują niemal w jeziorze? ;-) :twisted: Chwilę po 12:00 dostaliśmy w końcu klucze do domku i mogliśmy zebrać nasz mokry majdan i rozpocząć intensywne suszenie. Trochę martwiło nas to, że domek od jeziorka oddziela tylko wąska droga, ale mieliśmy nadzieję, że takie opady dla miejscowych to nic nowego i gdyby coś groziło naszej chatce to daliby nam znać. Chyba? ;-) :mrgreen:
Obrazek

Szczęśliwie po południu deszcz zaczął słabnąć, a my ogrzani i wysuszeni przy elektrycznym grzejniku zaczęliśmy kombinować jak wykorzystać resztę dnia. Oczywiście opcja full zwiedzania nie wchodzi już w rachubę i trzeba będzie ograniczyć nieco program. Żeby nie błądzić na moto po mieście w poszukiwaniu parkingów w centrum, decydujemy się na skorzystanie z komunikacji miejskiej zwłaszcza, że przystanek mamy przy samym kempingu. Chociaż woda w jeziorze (wtedy właściwie myśleliśmy jeszcze że to rzeka) się uspokoiła, profilaktycznie przestawiamy Prosiaka nieco wyżej na parkingu i około 15:30 pakujemy się w autobus w kierunku centrum. Ponieważ nie ma jednak bezpośredniego połączenia z Nesttun (dzielnica w której położony jest kemping) do centrum, to po kilku przystankach musimy przesiąść się na tramwaj. Bilet kupuje się jeden na przejazd w jednym kierunku niezależnie od planowanych przesiadek i można go kupić w automacie na przystanku albo u kierowcy. Zdecydowanie polecam tę pierwszą opcję, bo bilet kupowany u kierowcy jest zdecydowanie droższy co niestety niemile nas zaskoczyło. Komunikacja publiczna w Norwegii niestety do tanich nie należy - kwota za przejazd do centrum (niecałe 20km), widniejąca na bilecie wydrukowanym w autobusie, to równe 50 NOK na osobę. :-( Bilet powrotny, kupiony w automacie jest zdecydowanie tańszy chociaż również drogi. ;-) Kasowanie 36 NOK za 20 kilometrów jazdy to też zdecydowanie grabież. :evil:
Oczywiście wiedzieliśmy, że kupno biletu u kierowcy jest droższe ale nie spodziewaliśmy że aż o tyle. Niestety problem jest taki, że nie na każdym przystanku znajdują się automaty do kupna biletów i byliśmy zmuszeni zapłacić ekstra. Czego się jednak nie robi, żeby pospacerować po mieście w lekkich, suchych ciuchach i wygodnych butach nie zastanawiając się gdzie i za ile można w centrum zaparkować Prosiaka. :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Kiedy dotarliśmy do centrum było już po 16:00, dlatego też zwiedzanie musieliśmy ograniczyć do kilku punktów obowiązkowych. Atrakcje typu muzea, akwarium, itp. odkładamy więc do następnej wizyty w Bergen, a teraz w pierwszej kolejności ruszamy w kierunku zabytkowej, wpisanej na listę UNESCO, dzielnicy Bryggen. Deszcz w końcu przestaje padać i możemy bez pośpiechu pospacerować klimatycznymi alejkami pomiędzy drewnianymi zabudowaniami.
Obrazek
Obrazek

Chociaż większość z nich to rekonstrukcje, to i tak miejsce to ma ciekawy klimat. Zwłaszcza, że w zabytkowych budynkach mieszczą się warsztaty rzemieślników i sklepy z pamiątkami - chyba nie muszę pisać, że taki klimat wyjątkowo odpowiada Monice, która rzuciła się w wir polowania na pamiątki. ;-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po rozpoznaniu terenu i atrakcji Bryggen ruszamy rzucić okiem na inne atrakcje miasteczka. Nieopodal Bryggen stoi twierdza Bergenhus. Na zwiedzanie wnętrz czasu nie mamy, ale skoro już tu jesteśmy to wypada przynajmniej przejść przez dziedziniec twierdzy co też oczywiście uczyniliśmy.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Może sama twierdza nie jest z zewnątrz bardzo imponująca, ale okoliczny park i ogród sprzyjają leniwemu spędzaniu czasu. My niestety tego czasu za wiele nie mamy, więc na szybko strzelamy kilka fotek i możemy wracać w kierunku Bryggen i centrum.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Kolejny punkt obowiązkowy w planie zwiedzania Bergen to targ rybny. Targ rybny, to raj dla miłośników wszelakich owoców morza. Ryby, kraby, małże i inne takie - wybór jest ogromny, ceny oczywiście norweskie ale kupujących nie brakuje. Zwłaszcza, że właściwie każde stoisko to również restauracja serwująca te świeżo wyłowione z morza albo akwarium specjały.
Komentarz dla wtajemniczonych - tak, oczywiście pamiętałem. Naprawdę chciałem przywieźć tę rybę, ale nie mogłem przedrzeć się przez tłumy Azjatów i dopchać do lady :-( ;-) :mrgreen: :lol:
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Knajpki na targu pomimo, że raczej nie należą do tanich, to są nabite po brzegi i nie ma szans na znalezienie jakiegokolwiek wolnego stolika bez rezerwacji. Poza tym, hala targu pełna jest turystów, zwłaszcza wspomnianych wcześniej Azjatów, którzy opychając się owocami morza robią mnóstwo hałasu i zamieszania, bo oczywiście każdą martwą krewetkę muszą obfotografować i zrobić sobie z nią selfie na FB. Oczywiście, oglądając te wszystkie smakowitości też nie mogliśmy sobie odmówić małego co nieco, ale ze względu na atmosferę i brak miejsca postanowiliśmy zadowolić się zestawem "Fish and chips" w gazecie i jakimiś krewetkami na wynos, które bez większej zwłoki pożarliśmy na ławce przed budynkiem targu. ;-)

Uzupełniwszy trochę utracone kalorie postanowiliśmy wykorzystać sprzyjającą póki co pogodę i zaliczyć jeszcze jedną atrakcję - wzgórze Fløyen. Bergen położone jest wśród wzgórz, z których można podziwiać malownicze panoramy okolic. Wzgórze Fløyen jest szczególnie atrakcyjne bo po pierwsze można podziwiać z niego panoramę miasta, a po drugie można na nie wyjechać kolejką. Oczywiście na górę (399m n.p.m.) można też wyjść na piechotę ale my mamy już dość spacerów na ten dzień i jak większość turystów wybieramy wyjazd kolejką terenowo-linową podobną do tej na Gubałówce.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na górze skandynawska aura znowu się do nas uśmiecha - chmury które przez cały dzień wisiały nam nad głowami rozwiewają się pozwalając słońcu doświetlić nieco nasze fotki. Jak widać, nawet w Bergen, w którym podobno nie pada tylko trzy dni w roku, można jednak liczyć na odrobinę słońca. Jest super i niech mi ktoś tylko znowu powie, że w Norwegii jest zimno i ciągle pada deszcz! :twisted: :lol:

Poważniej pisząc, to niestety pogoda zweryfikowała trochę nasze plany na ten dzień, ale nie mogę powiedzieć że był to dzień nieudany. Mogliśmy pewnie zobaczyć trochę więcej, ale trudno - tak jak pisałem gdzieś wcześniej jadąc do Norwegi nie można planować wszystkiego co do dnia i godziny, bo wystarczy kilka chwil gorszej pogody i cały plan się posypie. Jak będziecie się tu wybierać zarezerwujcie sobie przynajmniej jeden dzień ekstra, żeby nie być zmuszonym do rezygnowania z jakiejś atrakcji, bo akurat odpływa wykupiony pół roku wcześniej prom. :-(
Z drugiej strony trzeba patrzeć pozytywnie - nie udało się tym razem wszystkiego zobaczyć więc będziemy mieli okazję żeby tu wrócić, a wrócimy na pewno. :rock:

Póki co, na dzisiaj pora kończyć zwiedzanie Bergen żeby zdążyć na ostatni autobus. O 22:30 wykończeni bieganiem po mieście meldujemy się na kempingu, ciesząc się faktem, że tej nocy możemy wyspać się na wygodnych łóżkach w suchym i ciepłym domku. :-)

cdn...
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

staszek_s
Posty: 203
Rejestracja: 03 września 2014, 21:43
Motocykl: Suzuki DL 650A
Lokalizacja: Radlin, woj Śląskie
Wiek: 53
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: staszek_s » 24 maja 2017, 09:18

Ciekawe miasto z tego Bergen, mimo niepogody. Swoją drogą macie zdrowie, że w takich warunkach po nocy w namiocie nic Was nie bierze, podziwiam. Ja już pewno szukałbym aspiryny..

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1902
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: W 22 dni dookoła Skandynawii - Norwegia, Nordkapp 2016

Post autor: DAREK.S » 22 czerwca 2017, 23:30

Cholerka wszyscy już jeżdżą, zbierają zdjęcia i materiały do nowych relacji, a ja ciągle przed tym kompem. Piszę i piszę i skończyć nie mogę. Jak tak dalej pójdzie, to lato mi przed kompem przeleci i nie będę miał czasu na motocykl wskoczyć. :-(
:frustrated:
Sorki - musiałem coś pomarudzić, żeby 99 post dorzucić do tego wątku i zacząć kolejną stronę, bo na tej jest już tyle tekstu i fotek że ledwo się już ładuje. ;-) :mrgreen:
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

ODPOWIEDZ