NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Ciekawe miejsca, propozycje wycieczek, co warto zobaczyc? Tematy związane z turystyką motocyklową
Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 631
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: Maćko » 14 marca 2017, 23:07

NASZE WŁOSKIE WAKACJE
Po zwiedzeniu Bałkanów w ostatnich latach tym razem celem naszym było pojechanie bardziej na południe Europy, a właściwie objechanie części jednej z najpiękniejszych i najbardziej malowniczych tras dla motocyklistów, czyli Alp. To, że pojedziemy do Włoch wiedzieliśmy już tak naprawę jak wróciliśmy z Grecji. Słońce, wino, zapachy, owoce i ?południowe jedzenie? przyciągają nas jak magnes, któremu nie jesteśmy w stanie się oprzeć. Z wybraniem trasy w tamtym kierunku raczej nie ma problemu, większym problemem jest zrezygnowanie z niektórych atrakcji, których jest tam bez liku. Prawdę mówiąc najwięcej tych atrakcji dla motocyklistów jest w drodze do Włoch (Alpy), ale nie samą jazdą człowiek żyje, ?ciału? też się coś należy?. Naszymi towarzyszami w tej wycieczce byli ponownie Hans i Emi, więc ekipa była sprawdzona. Podział obowiązków również jak w zeszłym roku: Hans ? zaopatrzenie, ja ? logistyka (nota bene otrzymałem od Hansa przydomek ?Precyzyjny?? za przygotowanie trasy w zeszłym roku). Wszystko już było praktycznie przygotowane do wyjazdu, przełęcze rozpisane po kolei ich zdobywania, kiedy to przyszedł mi na tydzień przed wyjazdem pomysł do głowy, żeby sprawdzić warunki pogodowe z kamerek na najważniejszych przełęczach, czyli Grossglocknerze i Stelvio co też tam się dzieje. To co zobaczyłam przyprawiło mnie o zawrót głowy, Stelvio - ponad metr śniegu i temperatura oscylująca w okolicach -5*C i Grossglockner podobnie. Cały misterny plan legł w gruzach, bo dwie największe atrakcje są przysypane śniegiem i niedostępne dla motocykli.

Do wyjazdu zostało niewiele czasu a ksywka ?Precyzyjny? zobowiązuje, dlatego wymyśliłem, że pierwszą część wyjazdu poświęcimy na podziwianie uroków Północnych Włoch, a drugą część, jak pogoda pozwoli, poświęcimy na śmiganie po alpejskich winklach. Nasz przyjaciel Marcin, który zna włoski wynegocjował nam zniżki w miejscach które wytypowałem na noclegi i pozostało nam tylko czekać na dzień wyjazdu.

Dzień 1 (czwartek 26.05.2016)
Wstaliśmy o 6-tej, kąpiel, śniadanie i czym prędzej na miejsce zbiórki czyli Lotos za Głuchowem, gdzie mieli na nas czekać Hans z Emką. Pogoda nam dopisywała i bez większych przeszkód dotarliśmy na nasz pierwszy zabukowany nocleg w miejscowości Dolni Dunajowice w Czechach. Wprawdzie Hansowi motocykl zaczął się rozkręcać ale kilka ?tyr-tyrek? go uzdrowiło i do końca podróży już nie było problemów. Po drodze spotkaliśmy jeszcze dziesiątki motocyklistów jadących na zlot do Mikulowa ok. 10 km od miejsca gdzie mieliśmy nocleg i gdyby nie to, że następnego dnia musieliśmy wstać bardzo wcześnie, pewnie też byśmy tam się pojawili.

Trip 1 ? 508 km. Łódź - Mikulov

Dzień 2 (piątek 27.05.2016)
Na dzisiaj mieliśmy w planie dotrzeć do Wenecji i jeszcze ją zwiedzić dlatego dzień zaczął się dla nas bardzo wcześnie. Pobudka o 4-tej, toaleta, śniadanie, pakowanie i w siodła. Przejazd przez Wiedeń bezproblemowy, chyba przez wczesną porę. Kiedy minęliśmy już Wiedeń opis powinien brzmieć mniej więcej tak: brrrrrrrrr ? tankowanie, brrrrrrrrrr ? tanowanie. Po prostu jazda austriackimi autostradami jest nudna jak flaki z olejem. Żadnych zwężeń, robót drogowych, wyprzedzających się tirów, nic.
Do Wenecji dotarliśmy po 10 godzinach jazdy praktycznie bezproblemowo (nie licząc mojego błędu na bramce autostradowej już w Wenecji gdzie nie uiściłem opłaty, gdyż wjechałem na pas Viatoll. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy nie dostanę stosownego pisma za to gapiostwo.
Tutaj muszę się jeszcze pochwalić, że moja ?precyzyjność? sięgnęła zenitu, bo zamówiłem tzw. przyczepę holenderską na campingu Fuzina (za ?jedyne? 100 euro), który znajduje się tuż obok przystani, gdzie odpływają tramwaje wodne do tej ?prawdziwej? Wenecji, a na camping dotarliśmy o takiej porze, że zdążyliśmy się tylko wykąpać i zdążyliśmy na ostatni kurs w tamtą stronę. Cena ? 13 euro w obie strony.
Wenecja? Cóż?, przynajmniej ja byłem tam pierwszy raz znając ją tylko z filmów. Piękne miejsce, tylko te tłumy turystów. Trzygodzinny spacer wąskimi uliczkami, mostkami nad kanałami, pierwsza na ziemi włoskiej pizza i lody warte były zrywania się bladym świtem.

Trip 2 ? 681 km. Mikulov ? Wiedeń ? Graz ? Klagenfurt ? Udine ? Wenecja

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
ObrazekObrazek

Dzień trzeci ( sobota 28.05.2016)
Po wczorajszych atrakcjach trudno było wstać o 6.30, ale ?prawdziwi motocykliści? twardzi są, tym bardziej, że atrakcje też były nie do pogardzenia. Jadąc z Wenecji do Fezzano, gdzie mieliśmy zakotwiczyć na kilka nocy, przejeżdża się przez Modenę w której znajduje się co??? Muzeum Ferrari oczywiście. Kiedy planowałem podróż i powiedziałem Doti o swoim pomyśle zwiedzenia tego muzeum nie była zachwycona. E?, muzeum, zakurzone eksponaty za taką kasę (jak się okazało na miejscu 52 euraki za dwie osoby)? Kiedy dotarliśmy na miejsce szczęki nam opadły z wrażenia. Sam budynek, który przypomina maskę samochodu z wlotami powietrza i to co zobaczyliśmy w środku przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Muzyka, filmy i historia powstawania firmy zrobiły na mnie takie wrażenie, że czułem się jakbym wszedł do jakiejś świątyni. Zwiedzanie podzielone było na dwa etapy: muzeum w Modenie i muzeum w Maranello gdzie w obecnej chwili znajduje się fabryka, do którego zostaliśmy przewiezieni busem. W Maranello wystawione były najnowsze modele aktualnie produkowane i powiem jedno: Włosi są mistrzami świata jeśli chodzi o design, smak i gust a Fiat Multipla jest tylko wyjątkiem, który potwierdza regułę? (przepraszam właścicieli). Zrobiłem tam setki fotek, które i tak nie oddadzą dostojności tego miejsca. Nawet Doti, już na zimno po kilku tygodniach po powrocie, kiedy opowiadała znajomym o naszej podróży z wypiekami na twarzy opowiadała o wizycie w Modenie i Maranello. Słuchałem ostatnio wywiadu z Panią Gucci (tej od torebek ? kobiety wiedzą o co chodzi), która na pytanie dlaczego włoskie wyroby są takie piękne i wysmakowane odpowiedziała, że Włosi mają to w swoim genotypie, że obcowanie z dziełami sztuki stworzonymi przez ich przodków niejako wymusza i obliguje ich do wytwarzania wyrobów na najwyższym poziomie.
Tak na marginesie, szkoda że później jakiś Luigi albo inny Carlo montując takie przykładowe Moto Guzzi, pomyli kabelek zielony z czerwonym albo źle zamontuje przekaźnik i psuje cały obraz włoskiego wyrobu. Jedyne wytłumaczenie jest takie, że robi to pod wpływem toskańskiego wina, które jest grzechu warte?.
Po dniu pełnym motoryzacyjnych wrażeń w końcu dotarliśmy do Fezzano, gdzie nasz znajomy Jacek, wynajął nam mieszkanie na kilka najbliższych dni. Idealne miejsce na odpoczynek - dwupoziomowe mieszkanko w kamienicy stojącej 50 m od morza i widokami jak z filmów Felliniego. Nareszcie nie trzeba będzie zrywać się wcześnie rano, no i autostradom mówimy zdecydowanie NIEEE!!!

Trip 3 ? 391 km. Wenecja ? Modena ? La Spezia (Fezzano)

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień czwarty (niedziela 29.05.2016)
Dzisiejszy dzień miał być dniem wolnym od motocykli ponieważ dla moich towarzyszy podróży zaplanowałem zwiedzanie 5 Terre. I gdybym nawet tego nie zaplanował, to nie było sensu wsiadać na moto, bo pogoda zrobiła się paskudna. Wiatr i wszystkie rodzaje deszczu pojawiające się co chwila skutecznie nas do tego zniechęciły. Ponieważ siedzenie w domu nie leży w naszej naturze wskoczyliśmy do autobusu i dojechaliśmy do Portovenere, aby następnie tam wsiąść na statek i w pierwszej kolejności opłynąć trzy wyspy zaliczane do Światowego Dziedzictwa UNESCO. Była to pasjonująca czterdziestominutowa wycieczka dookoła archipelagu składającego się z trzech wysp: Tinetto, Tino i Palmarii (Giro delle isole). Koszt to 12 euro od osoby, ale przy kupnie biletu dodatkowo na 5Terre (o czym dalej) wycieczka jest bezpłatna. Kapitan statku najpierw popisał się arią śpiewaną przez megafon ?O sole mio??, po czym z pełnym impetem wpływał dziobem statku do jaskiń będących atrakcją tych wysp. Przyznam szczerze, że miałem obawy, czy nie skończymy jak ?Costa Concordia?.

Kolejną atrakcją przewidzianą na dziś było wspomniane wcześniej Cinqe Terre, czyli (z północy na południe) Monteroso, Vernazza, Cornigia, Manarola, Riomagiorgiore, pięć miasteczek zawieszonych pomiędzy morzem, a lądem na pionowych skałach. Oczywiście statkiem. Bilecik na obie przyjemności kosztował 35 euro od osoby. Dla nas była to podróż wspomnień bo osiem lat temu z naszymi przyjaciółmi spędziliśmy niezapomniane dwa tygodnie we Włoszech, mieszkając w tym samym domu i właśnie 5Terre było miejscem, które pozostawiło w nas niezapomniane wrażenia i ogromną chęć powrotu.

Cinqe Terre to pięć miejscowości (pięć ziem), do których praktycznie można dostać się tylko od strony morza. Istnieje możliwość dostania się również pociągiem, ale nie jest to specjalnie atrakcyjne, bo większość czasu jedzie się tunelem. Wszystkie te miejscowości są przepiękne i malownicze kiedy świeci słońce i rozświetla domy pomalowane na pastelowe kolory wybudowane w skałach na tle zielonych winnic.
Jak kilka lat temu, Vernazza spodobała mi się najbardziej. Jest to wspaniałe miejsce do wypoczynku. Jako nieliczne z miejsc w tym regionie ma niewielką piaszczystą plażę oraz duże kamienie, na których można leżeć, a ponadto znajduje się tu piękny plac z wieloma restauracjami i wspaniałym widokiem na Morze Liguryjskie. I właśnie tutaj zjedliśmy najlepszą pizzę, szkoda tylko, że moczoną ciągle padającym deszczem.
Riomagiorre to domy zbudowane wzdłuż wąskiej doliny przeciętej schodami i alejkami. Znajduje się tu niewielka przystań z pomostem dla łódek i dwiema niewielkimi kamiennymi plażami.

Monterosso jest największym i najstarszym spośród miast 5Terre. Tutaj też jest największa plaża, będąca jednocześnie wejściem na Lazurową Ścieżkę wiodącą w kierunku Vernazzy. Lazurowa Ścieżka łączy dwie osady 5Terre. Jest to to najsłynniejsza i najbardziej popularna wśród turystów ścieżka, która oferuje niezapomniane widoki. Jej pierwsza część łącząca Manarolę i Riomaggiore jest najbardziej znana ze wszystkich. To właśnie słynna Ścieżka Miłosci (Via dell Amore). Przejście po niej jest niezapomnianym przeżyciem. Uwierzcie, bo przeszliśmy z Doti ten odcinek kiedy byliśmy tam po raz pierwszy. Niestety, w październiku 2011 roku 5Terre ucierpiało od największej w swojej historii powodzi i od tego czasu ta droga jest zamknięta. W tym roku pozostało nam zrobienie zdjęć w miejscu wejścia na Via dell Amore. Szkoda.

Corniglia to centralna osada, najmniejsza i najwyżej położona ze wszystkich w 5Terre. Co ją wyróżnia? Nie piękna plaża z krystalicznie czystą wodą, ale niewielka plaża nudystów :cool: .
Wybierając się w morską podróż po 5Terre trzeba pamiętać o jednym. Do ręki dostajecie rozkład jazdy statków. W każdym z miasteczek możecie zostać jak długo chcecie, ale godzina odpływu ostatniego z nich do portu docelowego w Portovenere jest nie do przeskoczenia. Jak go przegapicie ? kaplica.
Tego dnia w przerwie między mniejszą ulewą a większą ulewą nie do końca mogliśmy nasycić oczy widokami 5Terre. Trochę poirytowani pogodą wróciliśmy do Fezzano na obiadokolację w trattorii przy okazji której omówiliśmy plany na kolejne dni.

Trip 4 ? 0 km.

Z przewodnika: ?Pięć Ziem Ligurii Cinque Terre to jeden z najczystszych regionów na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Prawie dziesięć kilometrów skalistego wybrzeża, pięć małych, lecz niezwykle malowniczych miasteczek, wspinających się na szczyty grzbietów górskich nad niewielkimi zatokami, setki ścieżek, łączących między sobą poszczególne osady oraz stare kościoły i piękne, malownicze plaże. Cinque Terre nie ucierpiało z powodu rozwoju przemysłu dzięki swemu ustronnemu położeniu i interesującej historii. Znajduje się tu mnóstwo winnic, niezwykle charakterystycznych dla tego regionu, tworzących unikalny krajobraz, ze wznoszącymi się na lądzie kamiennymi murami, krętymi nadbrzeżnymi ścieżkami, przepięknymi plażami pośród półwyspów i kryształowo czystym morzem. Pięć Ziem szczyci się nie tylko pięknym morzem, malowniczymi ścieżkami i porywającymi widokami. Znajdziecie tu liczne kapliczki, wiekowe kościoły, starożytne zamki oraz domy, zbudowane kilka stuleci temu, a także interesujące miejsca do nurkowania, zawsze świeże owoce morza i najlepszego gatunku wina. Pięć Ziem wchodzi w skład parku narodowego, a od roku 1997 znajduje się pod ochroną UNESCO?.

PS. Na jednym ze zdjęć z dnia dzisiejszego specjalnie zrobiliśmy bunkier dla Darka S. Jak widać we Włoszech też mają fortyfikacje.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek


Dzień piąty (poniedziałek 30.05.2016)
Ponieważ wczorajszy dzień był ?stracony? motocyklowo, dzisiaj postanowiliśmy nadrobić straty. Będąc tak blisko Pizy i Luki nie sposób było odpuścić sobie fotki na tle Krzywej Wieży. Malowniczą lokalną drogą wzdłuż wybrzeża dotarliśmy do Pizy. Motóry zostawiliśmy prawie w samym centrum i poszliśmy na zwiedzanie miasta z wieżą włącznie. Wszystko byłoby super, gdyby nie tysiące turystów, którzy wysypywali się całymi tabunami z autokarów. Już sobie wyobrażam, co się dzieje w pełnym sezonie. Drugim miasteczkiem, które chcieliśmy zobaczyć, była Luca. To zupełne przeciwieństwo Pizy. Ludzie żyją tu spokojniej i w typowo południowym rytmie, nikt się tu nie spieszy nie wiadomo dokąd. Główna atrakcją Luki to kościół Św. Marcina w którym niestety nie można robić zdjęć. Doti nie byłaby sobą, gdyby kilku nie pstryknęła ?zza węgła?. W drodze powrotnej już autostradą nie obyło się bez przygód na bramkach. Po raz kolejny otworzyły nam się szlabany bez pobrania opłaty :).

Trip 5 ? 221 km. Fezzano ? Piza ? Luca ? Fezzano

ObrazekObrazekObrazek

Dzień szósty (wtorek 31.05.2016)
Okolice Fezzano i La Spezzi, gdzie się zatrzymaliśmy, nie mają zbyt dużo miejsc atrakcyjnych do jeżdżenia na motocyklu, dlatego postanowiliśmy ich poszukać gdzieś dalej. Wczorajszego wieczora przewertowaliśmy mapy i wybraliśmy wszystkie ?żółte? w okolicy. Internet w telefonie Doti ?grzał się do czerwoności?. Naszą uwagę przykuł Apeniński Toskański Park Narodowy. Jadąc w kierunku Parmy pokonaliśmy przełęcz Succiso ? 1200m., pogrążoną we mgle, i jakże by inaczej, w deszczu - na szczęście niewielkim. Krajobrazy dookoła trasy zapierały dech w piersiach. Później skierowaliśmy się na punkt widokowy w miejscowości Carrosa gdzie zrobiliśmy małą sesję fotograficzną na panoramę Toskanii. Droga powrotna do Fezzano to kolejna przełęcz, której nazwy nie znam, bo pokonaliśmy ją w takiej mgle, że trudno było utrzymać się na właściwej stronie jezdni. Na kwaterę wróciliśmy po 20-tej. Trattoria i spać.

Trip 6 - 307km. Fezzano ? Palanzaivo ? Langhirano ? Canossa ? Fezzano

ObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazek

Dzień siódmy (środa 01.06.2016)
Na początek zagadka. Co robi motocyklista jak nie wie co ma robić? Nabija kilometry? Bo właśnie na dziś Hans wymyślił ?przejażdżkę? do Monaco ? jedynie 300km w jedną stronę (nie wspominając o 60 euro za autostrady). Dotarliśmy tam w 4 godziny tyle, że o 7 rano byliśmy w siodle. Do centrum Monaco przebijaliśmy się wąskimi, krętymi uliczkami, a sam widok miasta z góry robił naprawdę niezłe wrażenie. Co z tego, jak prawie godzinę szukaliśmy miejsca do zaparkowania. W końcu stanęliśmy tak daleko od Kasyna, że nasza wycieczka skończyła się stwierdzeniem Hansa ?mamy foty, wjechaliśmy, możemy wracać?. Przejechaliśmy jeszcze po słynnym ulicznym torze F1 i czas było się ?ewakuować?.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Genui i z perspektywy czasu uważam, że to był największy błąd, że nie spędziliśmy w niej całego dnia. Typowe miasto portowe z przepięknym wąskimi uliczkami pełnymi ludzi każdej nacji. Wchodząc w nie przyznam się, że przynajmniej ja byłem pełen obaw widząc sutenerów ze swoimi ?podopiecznymi? czy coś w rodzaju sklepu, gdzie kilku mężczyzn siedząc w ?kucki? przyglądało się ćwiartowaniu mięsa. Praktycznie każda uliczka w którą wchodziliśmy miała inny odcień skóry i miałem takie dziwne wrażenie, że my w swoich ?mundurkach? motocyklowych średnio tam pasowaliśmy. Tradycyjnie już zaczęło padać i żeby schować się przed deszczem schowaliśmy się w restauracyjnym ogródku gdzie zjedliśmy po talerzu minnestrone. Deszcz rozpadał się na dobre i nie było sensu więcej się włóczyć. Do domu wróciliśmy na 22-gą. Jutro ruszamy nad Gardę.

Trip 7 ? 604 km. Fezzano ? Monaco ? Genua ? Fezzano

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek


Dzień ósmy (czwartek 02.06.2016)
Rano obudziło nas piękne słońce. Zrobiliśmy szybkie pakowanie, sprzątanie, śniadanko? choć może w innej kolejności. Cyknęliśmy ostatnie foty zatoki Fezzano, z żalem opuszczając miejsce, z którym wiąże nas tyle dobrych wspomnień. Około 11-tej wyjechaliśmy nad Gardę po drodze mijając piękne widoki pasm apenińskich. Pod wieczór dotarliśmy na camping zabukowany jeszcze w Polsce. Bungalow z dwoma pokojami, dużą kuchnio-salonem, ogromny taras z grillem. Żyć nie umierać.

Z uwagi na ubogość opisu tego dnia pozwolę sobie na kilka słów o okolicy. I już na wstępie powiem (choć pewnie za chwilę zyskam sporo przeciwników), że nie wiem czym tak naprawdę podniecają się Polacy jeżdżący nad Gardę (mimo jej niewątpliwego uroku). Być może nie jeżdżą ma moto, gdyż ilość turystów może skutecznie odstraszyć każdego żądnego spokoju turystę. Ale każdy kraj ma swoje morze i swoje jeziora? i swoich turystów. To, że jezioro Garda jest najpiękniejszym i największym jeziorem we Włoszech, a woda w nim należy do najczystszych spośród wszystkich włoskich jezior nikogo nie trzeba przekonywać. Wokół jeziora położonych jest kilkanaście typowo włoskich, romantycznych miasteczek z wąskimi uliczkami, tarasami widokowymi na góry i jezioro i prawdziwie włoskimi restauracjami. I być może turystów zachwyca także przyroda wokół jeziora. Wzdłuż wybrzeża i w okolicy można podziwiać okazałe cyprysy, drzewa z pomarańczami, oleandry, cedry, oliwki, czy nawet palmy. Pobliskie winnice zachęcają do degustacji lokalnego wina. Wszystko pięknie, ale dla mnie nie było tam tego WOW!

Trip 8 ? 235km. Fezzano ? Parma ? Monerba del Garda

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień dziewiąty (piątek 03.06.2016)
Dzisiejszy dzień, to ukłon w moją stronę, ponieważ wszyscy zgodnie zgodzili się, że pojadą do miejsca, na którym bardzo mi zależało, czyli do fabryki Moto Guzzi w Mandello del Lario. Ponieważ przyfabryczne muzeum czynne jest dopiero od godz. 15-tej, należało wypełnić ten czas. Bergamo było miejscem w sam raz na ?zgubienie? czasu. Przepiękne miasteczko w a jakże ?włoskim? stylu, z wąskimi uliczkami, przepięknymi bazylikami- szczególnie Santa Maria Magiore. Gdyby nie ruch uliczny, to można by uznać, że czas się zatrzymał.

Jednak na mnie atrakcje dopiero czekały. Po dojechaniu do Mandello, obowiązkowe fotki przed bramą fabryki i wejście do muzeum, które się w niej mieści. Co ciekawe wejście do muzeum jest bezpłatne, trzeba jedynie wpisać się na listę przy bramie. Jeśli ktoś sobie wyobraża fabrykę motocykli jako obiekt nowoczesny, pełen nowinek technologicznych, to po obejrzeniu budynku w którym montowane są Moto Guzzi musi zmienić swoje zapatrywania na tę kwestię. Ta fabryka, to manufaktura, do której w momencie przekroczenia wielkiej bramy z logo Guzzi czuć prawdziwą historię, czuć olejem, farbą i wszystkim tym co można wyczuć, wchodząc do warsztatu samochodowego. W głównej sali muzeum wystawione były wszystkie motocykle produkowane od początku powstania marki. Przedstawione są również osiągnięcia jakie motocykle tej marki miały w sportach motocyklowych, budowie pojazdów użytkowych czy silników lotniczych. Czytając na tabliczkach przy poszczególnych modelach jakie prędkości były na nich osiągane, to jestem pełen szacunku dla jeźdźców, którzy ich dosiadali za ich odwagę. Szkoda, że 95 lat fabryki rozmienia się teraz na drobne wyprzedając pakiety udziałowe do Chin. Życie? Po zwiedzeniu muzeum wstąpiliśmy jeszcze do sklepu, który mieści się przy fabryce, ale ceny jakie musielibyśmy zapłacić za T-shirty z logo, przypomniały nam, że zarabiamy w złotówkach i musieliśmy odpuścić.
Na camping wróciliśmy wieczorem, głodni jak nie wiem co. Dobrze, że na miejscu była restauracja. Pizza z zimnym piwem zagłuszyła burczenie w brzuchu.

Trip 9 ? 282 km. Monerba del Garda ? Bergamo ? Mandello - Monerba del Garda

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień dziesiąty (sobota 04.06.2016 )
Dzisiaj postanowiliśmy objechać Gardę dookoła, zatrzymując się po drodze na zwiedzanie kilku miasteczek. Droga, która z jednej strony ma taflę jeziora na wyciągnięcie ręki, z drugiej zaś strome skały i jeszcze tunele w nich wykute robi naprawdę niezłe wrażenie. Żaden opis tego nie odda. Po ok. 60km dojechaliśmy do Varone (3km od Riva del Garda) na zwiedzanie Parco Grotta Cascada Varone. Tak pięknej groty z wpadającym weń wodospadem jeszcze nigdy nie widziałem, a co ona przypomina oceńcie sami po obejrzeniu zdjęć. Doti stwierdziła, że ja mam tylko jedne skojarzenia??. Potem ruszyliśmy w kierunku Malcesine, aby kolejką wjechać na słynny szczyt Monte Baldo. Po drodze minęliśmy Torbole, gdzie doskonale widać, na czym polega różnica pomiędzy bogatą północą Włoch, a biedniejszym i mniej uporządkowanym południem. I może dlatego Polacy właśnie to miejsce najczęściej wybierają jako cel swojego wypoczynku nad Gardą? Zanim dojechaliśmy do Malcesine nad górami pojawiła się mgła i oczywiście zaczęło padać. Nie wiem czy wiecie, ale w Malcesine znajduje się stacja kolejki, którą można wyjechać na słynny szczyt Monte Baldo. To jedyna na świecie kolejka linowa, gdzie w trakcie wyjazdu wagonik pomału obraca się wokół własnej osi. Kolejka kosztowała 20?, więc postanowiliśmy, że szkoda kasy, bo i tak nie będzie nam dane podziwianie widoków na północną część jeziora i otaczające je góry. Z Malcesine ruszyliśmy do Bardolino, kojarzonego z oliwą i czerwonym winem. Tam zwiedziliśmy muzeum (Museo del Vino przy Via Costabella 9) i jakże by inaczej, zakupiliśmy 4 butelki zacnego trunku w winnicy Zeni (jeden z nielicznych minusów podróży motocyklowych ? brak przestrzeni bagażowej na to co chciało by się kupić :(.)

Zwieńczeniem dnia dzisiejszego było Sirmione ? przepiękne miasteczko, leżące na końcu półwyspu przy południowym brzegu Gardy. Po zaparkowaniu moto w najdalszym możliwym miejscu, gdzie można było dojechać, ja zostałem przy motocyklach, a reszta ekipy poszła zwiedzać. Trochę później żałowałem, że nie poszedłem z nimi, bo ominęło mnie zwiedzanie XIII wiecznego zamku na wodzie i starego miasta z setkami sklepików ( jak stwierdziła cała trójka z cenami ?zaporowymi? cokolwiek to znaczy). Sirmione posiada zabytkową starówkę z każdej strony otoczoną wodą. Wchodzi się tam po specjalnym moście. Po słusznej porcji lodów, którą Hans mi kupił na osłodzenie smutków ruszyliśmy, a jakże w przeciw deszczówkach, w kierunku campingu. W przydrożnej knajpce zjedliśmy jeszcze super carbonarrę i ok. 20-tej zameldowaliśmy się na miejscówce.

Trip 10 ? 175 km.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień jedenasty ( niedziela 05.06.2016)
?Pamiętaj, abyś dzień święty ? święcił?. Parafrazując Pismo Święte dzisiejszy dzień, to totalne ?nicnierobienie? i planowanie trasy na najbliższe dni. Aura postanowiła, że wbije nam nóż w plecy, bo kiedy poszliśmy z Hansem na campingowy basen? zaczęło padać! Z bólem serca zdecydowaliśmy, że ze względu na pogodę odpuszczamy Stelvio i kierujemy się w kierunku przełęczy wokół Marmolady. Stelvio nadal zostaje dla nas mitem. Rezygnując z jazdy, poszliśmy ok. 3 km na wczesny obiad, a po powrocie wielkie pakowanie.
Poniżej kilka zdjęć z naszego campingu.

Trip 11 ? 0 km!!!

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień dwunasty (poniedziałek 06.06.2016)
Z jednej strony fajnie się odpoczywa, ale z drugiej czuję głód jazdy. Dziś ruszamy drogą wzdłuż wybrzeża i żegnamy Gardę.
O wspaniałych górskich przełęczach Alp napisano wiele słów. Czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś już moją historię opowiedział. A jednak to niemal święte dla motocyklistów miejsce można odkrywać za każdym razem na nowo. My odkrywaliśmy je po raz pierwszy.

Około 9.30 wyruszyliśmy znad Gardy w kierunku Carvary z zamiarem przejechania przez 4 przełęcze. Do Bolzano dojechaliśmy w pięknym słońcu, ale żebyśmy nie przyzwyczaili się do dobrego, zaraz po wjechaniu w góry zaczęło padać i tak już było do końca dnia. Dziś ?zaliczyliśmy? Nigerpass -1690 n.p.m z dobrze wyasfaltowaną i rzadko uczęszczana drogą, Karerpass (Passo do Castalunga) ? 1745 n.p.m, Passo Sellajoch ? 2244 n.p.m. z cudnym widokiem na potężną skałę Piz Gralba oraz Passo di Gardena, która ma do zaoferowania trzy rzeczy: widoki, widoki, widoki. Przełęcz Sella prowadziła szeroką jezdnią o wielkich łukach pośród drzew, by na końcu odsłonić całe piękno Dolomitów. To pasmo górskie składa się jakby z oddzielnych grup gór, pomiędzy które wślizgują się liczne doliny i przełęcze. Na pierwszy rzut oka każda góra jest taka sama, ale wystarcza chwila postoju i można dostrzeć znaczące różnice w budowie każdej z nich. Jedne są strzeliste z ostrymi jak brzytwa wierzchołkami, inne zaś płaskie jak nasze Góry Stołowe. Naszą uwagę zwróciły także liczne skałki leżące u podnóża większych szczytów, w między które subtelnie wpisują się drzewa. Prawdziwie czuć tę wysokość ? widok zapiera dech w piersi, podobnie zresztą jak rozrzedzone powietrze. Oliwkowa zieleń trawy i grafitowoszare skały malowniczo kontrastują z wiecznie białymi wierzchołkami gór. Passo di Gardena jest równie piękna, chyba jeszcze nigdy nie jechałem tak blisko skał. Podziwialiśmy panoramę Dolomitów, dla jednych jednostajną i niewysoką w porównaniu do zdobytych już gór, ale dla mnie będącą bardzo miłą odskocznią od typowych szczytów alpejskich. Mimo, że było ciepło prawie cały czas górowały nad nami skały pokryte śniegiem. Po małych perturbacjach znaleźliśmy wreszcie nocleg w miejscowości Carvara. Nie było to proste, bo większość pensjonatów była zamknięta (lato to przecież dla Włochów w tym rejonie nie sezon). Ale Marmolada prawie zaglądająca nam do okien była warta 35 euro od osoby (ze śniadaniem). Miejscówka była jednak tak zacna, że postanowiliśmy tam zakowtwiczyć na dwie noce. Wykąpani i przebrani poszliśmy na kolację. W końcu udało się zjeść prawdziwe włoskie rissoto z grzybami.

Trip 12 ? 253 km. Monerba del Garda ? Trentino ? Bolzano ? przełęcze - Corvara

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień trzynasty (wtorek 07.06.2016)
Cud! Obudziły nas promienie słońca wpadające przez okno. A te widoki? Każde zdjęcie to gotowa widokówka. Moim zdaniem ludzie, którzy tu mieszkają powinni płacić podatki od tego co widzą za oknem. Póki co musimy się spieszyć, bo znając nasze szczęście?tfu,tfu,tfu.
Startujemy z Carvary parę minut po 9-tej. Pierwsza przełęcz to Passo di Compalongo (1875 n.p.m)- bez większych widokowych niespodzianek, ale za to pięknymi panoramami na góry i potężny lodowiec Marmolada i szeroką kuszącą do szybszej jazdy drogą.

Passo Porodoi (2239 n.p.m) to wg opisu książkowego największe motocyklowe wyzwanie. Jest drugą najwyższą asfaltową drogą Włoch. Przejechaliśmy kilkanaście ostrych wiraży, a przez kilkanaście kilometrów skutecznie blokował nas autokar. Co ciekawe po drodze wyprzedzaliśmy mnóstwo rowerzystów w różnym wieku a na drodze wypisane były sprayem ?Majka in avanti?. Widać na każdym kroku, że Włochy to kraj dla fanów rowerów a przez Dolomity prowadzą albo trasy etapów Giro, albo trenuje tam nasz Rafał.
Postanowiliśmy na chwilę zboczyć z Sellarondy by zobaczyć skocznie w Predazzo i ?zaliczyć? kolejne dwie przełęcze. Powiem jedno, skocznia na żywo wydaje się mniejsza niż w TV.
Passo di Rolle (1989 n.p.m) przebiega przez malowniczo położony Park Narodowy Panaveggio. Sama trasa nie należała do najłatwiejszych, a zjazd do miejscowości San Martino, to niekończące się zakręty. Miałem wrażenie, że ktoś specjalnie dla zabawy zaprojektował tyle serpentyn na jednej trasie. Na odcinku ok. 3km Doti naliczyła 30 wąskich zakrętów. Po drodze minęliśmy jeszcze Passo Cerea, ale nie wyróżniało się niczym szczególnym. W miejscowości Caprile wjechaliśmy na Passo di Fedaia (2056 n.p.m). Przełęcz Fedaia oferuje szeroką świetnie wyprofilowaną drogę. A o samej ilości zakrętów nawet nie wspomnę. Główną atrakcją była Marmolada z ogromnym obszarem lodowcowym i zalegającym wokół śniegiem. Zaraz obok urokliwe jezioro i galeria. Ruch niewielki, chyba ze względu na pogodę. Po zjechaniu z Passo di Fedaia wyruszyliśmy w kierunku Cortiny d?Ampezzo i Passo di Giau (2230 n.p.m). Oczom naszym ukazały się rozległe górskie hale (nie wiem czy we Włoszech też istnieje taka nomenklatura) i widoki na okoliczne 2 i pół tysięczniki. Przed nami pojawiła się także bardzo charakterystyczna góra tej przełęczy uwieńczona kwadratowym szczytem. Na tym odcinku mijało (a właściwie wyprzedzało) nas dziesiątki posiadaczy Ducati. Odcinek przy Selva di Cadore był super kręty i pełen ostrych spadków. Płynnie przejechaliśmy na Passo Falzarego (2117 n.p.m) i 40 znajdujących się na nim zakrętów. Przez ostatnie 20 km do Carvary pokonaliśmy Passo di Valparola (2192 n.p.m) (oczywiście w przeciw deszczówkach). To trasa, a jakże, licznych zakrętów i drogi wijącej się w gęstym świerkowym lesie.
To był dzień pełen motocyklowych wrażeń. Jutro ruszamy do Austrii by ?zdobyć? Grossglocknera. Arrivederci Italia.

Trip 13 ? 237 km. Plan objazdu: Passo di Campolongo (Araba Reba, Canazei), Passo Pordoi, Predazzo, Passo di Role (Predazzo, Panaveggio, Siror), Passo Cerea, Caprile, Passo di Fedaia (Malaga Ciapella, Rocca, Caprile), Passo di Giau (Selva di Cadare, Cortina d?Ampezzo), Passo Falzarego (Andraz), Passo di Valparola

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień czternasty (środa 08.06.2016) ? Dzień Świstaka
Rano wyjechaliśmy ok. 10-tej. Pogoda była super i w okolicach południa wjechaliśmy na trasę wiodącą na Grossglocknera. O wysokogórskiej trasie widokowej na Grossglocknera zdążyliśmy sporo przeczytać, a jeszcze więcej usłyszeć. Aż wreszcie nadarzyła się okazja, aby zweryfikować nasze wyobrażenia na temat owego cudu techniki. Przed nami Grossglockner Hochalpenstrasse - 48 km serpentyn i zapierających dech w piersiach widoków. Za wjazd zapłaciliśmy 25 euro, a w pakiecie dostaliśmy przewodnik i mapę z opisami oraz nalepkę. W cenie były także wszystkie możliwe atrakcje: wystawy przyrodnicze i historyczne, tarasy widokowe, projekcje filmów o Wysokich Taurach.

Grossglockner przywitał nas słońcem i prawie nieskazitelnym błękitem nieba. Już z oddali widzieliśmy cały ośnieżony masyw górski. Rozreklamowanie i komercyjność trasy ściąga tu masy turystów ? miłośników wędrówek, rowerzystów i oczywiście tych zmotoryzowanych poszukujących równych asfaltowych dróg.
Symbolem drogi jest świstak. To sympatyczne i zabawne zwierzątko (ponoć łatwe do sfotografowania) towarzyszyło nam na każdym kroku. Znak drogowy "Achtung. Murmeltiere!", niespotykany chyba nigdzie poza Wysokimi Taurami, traktowaliśmy początkowo jako dowcip drogowców lub chwyt reklamowy. Poza tym uśmiechały się do nas z dziesiątek widokówek i plakatów, były na koszulkach i na kuflach do piwa, wypełniając półki sklepów z pamiątkami. Ponieważ było jeszcze dość wcześnie, ruch był w zasadzie jednokierunkowy. Zresztą z wymijaniem się i tak nie byłoby kłopotów - takiej szerokości i nawierzchni nie ma w Polsce niejedna droga krajowa. Co kilkaset metrów mijaliśmy tabliczki z informacjami, na jakiej wysokości jesteśmy. A wspinaliśmy się coraz wyżej. Powoli oswajaliśmy się z profilem terenu, choć niektóre podjazdy i nieoczekiwane zakręty wyzwalały spore dawki adrenaliny. Przy okazji podziwialiśmy nieziemskie widoki. Pierwszy postój zrobiliśmy przy przepięknym skalnym wodospadzie, jeszcze przed punktem poboru opłat. Bez przeszkód dotarliśmy do Kaiser-Franz-Josefs-Hohe (2369 n.p.m) skąd rozciągał się kapitalny widok na króla Wysokich Taurów - Grossa i lodowiec Pasterze (a raczej to, co po nim zostało). To naprawdę niesamowite uczucie kiedy motocyklem można wjechać powyżej linii chmur. Z tarasu widokowego jęzor lodowca przypominał żółwią skorupę. Aby zobaczyć go z bliska (a właściwie stanąć na jego powierzchni), zjechaliśmy kolejką zębatą kilkadziesiąt metrów niżej, ale tam okazało się, że od lodowca dzieli nas kolejne kilkaset stopni pieszej wędrówki. Dla mnie i Doti to był za duży hardcore, ale Hans z Emką zamoczyli buty w wodzie polodowcowej. Ledwo zdążyliśmy wjechać wagonikiem na górę zaczęło lać, i to jak. Dobrze, że wróciliśmy, bo mogliśmy przynajmniej uratować nasze kaski, z których za chwilę można by było wylewać wodę (nauczka na przyszłość, żeby nie wieszać na kierownicy tylko na lusterku). Stało się jasne, że pozostałe ?punkty strategiczne? pozostały poza naszym zasięgiem. Dobrze, że zdążyliśmy sfotografować lodowiec i kupić kilka pamiątek. Ostrożnie, w strugach deszczu ok. 16-tej rozpoczęliśmy 40 kilometrową podróż ku pensjonatowi w Fusch, gdzie mieliśmy nocleg. Miejscami mieliśmy wrażenie, że przebijamy się przez chmury. Kolejny stracony dzień, bo widoki i trasy nadal pozostają dla nas zagadką. Ale przecież takie są góry i nic na to nie poradzimy...

Trip 14 ? 233 km. Corvara - Linz ? Grossglockner - Fusch

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek


Dzień piętnasty i szesnasty (czwartek, piątek 09-10.-6.2016)
Wczoraj lało cały dzień więc wypad na przełęcz w Parku Narodowym Wysokich Taurów i przełęcz z wodospadem w Kriml wzięła w łeb. Jedyne co nam pozostało to shopping w pobliskim Zee am See. Pojechaliśmy oczywiście do naszego ulubionego sklepu XX Lutz, aby kupić ostatnie prezenty. Nawet na obiado-kolację nie poszliśmy do knajpy tylko zamówiliśmy w pensjonacie.
Za to dziś (o ironio) w pełnym słońcu wyruszyliśmy w kierunku Polski. Hans oczywiście nie wyrobił się z pakowaniem i wyjechaliśmy dopiero po 10-tej. Około 17-tej stanęliśmy na stacji w Mikulowie i postanowiliśmy zostać na nocleg w tym samym miejscu co w drodze do Włoch. Szybki telefon i okazało się, że są wolne pokoje. Super. Zostajemy.

Trip 16 ? 506 km.

Dzień siedemnasty ( sobota 11.06.2016)
Powrót do domu wiąże się zawsze z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony radość, że wreszcie wyśpimy się w swoim łóżku, z drugiej żal, że skończyło się coś fajnego i pora wracać do szarej rzeczywistości. Chcąc jakoś podsumować tegoroczne wakacje muszę z żalem przyznać, że nie do końca spełniły moje oczekiwania, a zwłaszcza pogoda, która ?rozłożyła? nam kilka dni. Ale takie są właśnie motocyklowe wakacje i mam nadzieję, że w następne, będzie lepiej. Plany już są, oby tylko zdrowie pozwoliło je zrealizować.

Trip 17 ? 508 km.

P.S. W drodze powrotnej w okolicach Częstochowy Hansa i mój GPS trochę się rozjechały, więc wróciliśmy oddzielnie.
W sumie przejechaliśmy 5 155 kilometrów, spaliliśmy 292 litry paliwa, a średnie spalanie ? 5,6.

Podsumowanie: Tegoroczny wyjazd miał być dopracowany ze szczegółami, a wyszedł planowany z dnia na dzień. Pogoda totalnie popsuła nam plany wyjeżdżenia się w Alpach na osłodę i pobudzenie apetytu zostawiając jeden dzień w Dolomitach. Chociaż z drugiej strony, gdybyśmy zostali w Alpach, pewnie nigdy nie zobaczylibyśmy Muzeum Ferrari czy Moto Guzzi. W każdym bądź razie kierunek nie został wyeksplorowany do końca i nie będziemy mieli takich dylematów jak Darek z Moniką i na najbliższy rok nie będziemy ?szukali inspiracji?:).
I jeszcze jedno, podziękowania. Ta relacja nie powstałaby dzięki Doti, która zaopatrzona w Dziennik Podróżnika Beaty Pawlikowskiej na bieżąco opisywała każdy dzień. Nawet niedawno powiedziałem jej że powinna założyć bloga, a na pewno będzie lepsza niż Wiktor. Jak oglądacie Motowizję i Motovbloga lub Motocyklową Polskę będziecie wiedzieli o co chodzi. Darek S. mógłby być narratorem, ja prowadzącym moto:), Doti pisać scenariusze, a Monika S. robić fotorelacje, czyż nie byłyby to wspaniały Team ? A sponsorzy na nasze wakacyjne eskapady waliliby drzwiami i oknami. Dziękuję także mojemu Przyjacielowi Marcinowi za ogarnięcie i załatwienie miejscówek w Fezzano i nad Gardą. Jego przyjaźń (i język włoski:)) są nie do przecenienia. Szkoda tylko, że tak fajny facet nie jeździ na moto.

Maćko

Awatar użytkownika
Seba535
Posty: 25
Rejestracja: 02 listopada 2016, 13:12
Motocykl: Yamaha Virago 535 DX
Lokalizacja: Bystre k. Wrocław
Wiek: 22
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: Seba535 » 15 marca 2017, 16:56

Super wycieczka, też bym chciał zwiedzić Włochy ;)

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1912
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: DAREK.S » 15 marca 2017, 19:19

Długo się.zastanawiałem kiedy coś wrzucisz. Po przeciekach na fotkach z facebooka można było spodziewać się ciekawej relacji i oczywiście nie zawiodłem się. Pogoda rzeczywiście trochę Wam nie sprzyjała ale i tak zrobiliście kawał fajnej trasy. :rock:
Jeżeli zaś chodzi o turystyczno-reporterski team, to dlaczego nie? To byłoby coś. Od dawna chodzi mi o głowie myśl żeby rzucić wszystko w pierony, włóczyć się po świecie na moto, zwiedzać ciekawe miejsca, a z publikowanych relacji trzepać kasiorkę na paliwo i życie w trasie. To jak Maćko? Wchodzicie w to? ;-) :lol:
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
kris2k
Posty: 3385
Rejestracja: 15 czerwca 2010, 07:24
Motocykl: GuStaw
Lokalizacja: Pabianice
Wiek: 47
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: kris2k » 15 marca 2017, 19:37

Ty to wiesz jak kiedy się wstrzelić z relacją. Słonko zaczyna przyświecać, wiosna idzie, ludziska spragnieni każdego kilometra a Ty nam relację i takie foty serwujesz.
Szkoda tylko że te Alpy to takie drogie są, a ze mnie taki sknerus. Ale nic, znajdę se ,,tańsze" góry na ten rok ;)

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 631
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: Maćko » 16 marca 2017, 19:42

DAREK.S pisze:Długo się.zastanawiałem kiedy coś wrzucisz. Po przeciekach na fotkach z facebooka można było spodziewać się ciekawej relacji i oczywiście nie zawiodłem się. Pogoda rzeczywiście trochę Wam nie sprzyjała ale i tak zrobiliście kawał fajnej trasy. :rock:
Jeżeli zaś chodzi o turystyczno-reporterski team, to dlaczego nie? To byłoby coś. Od dawna chodzi mi o głowie myśl żeby rzucić wszystko w pierony, włóczyć się po świecie na moto, zwiedzać ciekawe miejsca, a z publikowanych relacji trzepać kasiorkę na paliwo i życie w trasie. To jak Maćko? Wchodzicie w to? ;-) :lol:
No jeśli chodzi o facebooka, to na pewno nie nasza sprawka, tylko Hansa .Bronimy się przed nim jak dotąd skutecznie i dobrze nam z tym.
Jeśli chodzi o podróże, to od dawna zdominowały nasze życie i dużą część czasu poświęcamy zaraz po zakończeniu jednej na planowanie kolejnych. Moja praca dla ?korpo? jest na tyle wyczerpująca, że motocykl jest super usprawiedliwieniem na nieodebranie telefonu czy maila i bycie ?poza zasięgiem?. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i zdajemy sobie sprawę, że z uwagi na wiek motocyklowych wakacji nie zostało nam zbyt wiele. Dlatego przynajmniej ja szukam pretekstu, żeby czasu mieć coraz więcej..
Podobno faceci po 50-ce mają większe szanse na jakiś mały zawalik, więc może w tym nadzieja na więcej czasu na przyjemności :D :D .
A odpowiedź na pytanie ?wchodzicie w to?? może być tylko jedna :cool:

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 631
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: Maćko » 16 marca 2017, 19:53

kris2k pisze:Ty to wiesz jak kiedy się wstrzelić z relacją. Słonko zaczyna przyświecać, wiosna idzie, ludziska spragnieni każdego kilometra a Ty nam relację i takie foty serwujesz.
Szkoda tylko że te Alpy to takie drogie są, a ze mnie taki sknerus. Ale nic, znajdę se ,,tańsze" góry na ten rok ;)

"Góra Kamieńsk" idealnie wpisuje się w Twoje potrzeby :D :D :D

Awatar użytkownika
kris2k
Posty: 3385
Rejestracja: 15 czerwca 2010, 07:24
Motocykl: GuStaw
Lokalizacja: Pabianice
Wiek: 47
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: kris2k » 16 marca 2017, 20:38

Kamieńsk to góra nie góry, poza tym za daleko i za drogo. Zadowolę się górami dobrońskimi, znacznie bliżej mam ;)

Awatar użytkownika
JohnnY
Posty: 4044
Rejestracja: 06 października 2008, 22:30
Motocykl: Intruz VS 1400
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 30
Kontakt:
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: JohnnY » 16 marca 2017, 20:49

kris2k pisze:Kamieńsk to góra nie góry, poza tym za daleko i za drogo. Zadowolę się górami dobrońskimi, znacznie bliżej mam ;)

Krisu zaszalejmy, a co :?: raz się żyje :!: Pojedźmy na górę Kamieńsk :chopper: :mrgreen:

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 631
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: Maćko » 16 marca 2017, 20:54

JohnnY pisze:
kris2k pisze:Kamieńsk to góra nie góry, poza tym za daleko i za drogo. Zadowolę się górami dobrońskimi, znacznie bliżej mam ;)

Krisu zaszalejmy, a co :?: raz się żyje :!: Pojedźmy na górę Kamieńsk :chopper: :mrgreen:
Jak szaleć to szaleć! Jedźmy na Rudzką Górę :chopper:

Awatar użytkownika
kris2k
Posty: 3385
Rejestracja: 15 czerwca 2010, 07:24
Motocykl: GuStaw
Lokalizacja: Pabianice
Wiek: 47
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: kris2k » 16 marca 2017, 22:35

Najważniejsze że ekipę się udało zebrać ;) Trzymam Was za słowo chłopaki, tak łatwo się nie wymigacie :mrgreen: W jakie góry to już wszystko jedno, teraz tylko termin dograć i jedziemy!
Johnny, Ty wiesz że z Tobą to zawsze i wszędzie ;)

Awatar użytkownika
Winnetou
Posty: 3712
Rejestracja: 15 maja 2008, 22:01
Motocykl: niemiecki
Lokalizacja: Augsburg(Bawaria)
Wiek: 52
Kontakt:
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: Winnetou » 17 marca 2017, 08:47

Maćko pisze: To co zobaczyłam przyprawiło mnie o zawrót głowy, Stelvio - ponad metr śniegu i temperatura oscylująca w okolicach -5*C i Grossglockner podobnie. Cały misterny plan legł w gruzach, bo dwie największe atrakcje są przysypane śniegiem i niedostępne dla motocykli.
Noooo...Alpy w maju i na poczatku czerwca to powyzej 2 tys m jeszcze zima panie :zimno: (leczmo cos wie na ten temat :frustrated: )
Gratuluje wycieczki :bravo: i pozdrawiam z 494 metrow npm :wink:
Jedni umieją drudzy"umią"...

"Z wiekiem spada zapotrzebowanie na zysk, a rośnie popyt na święty spokój"

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 631
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: Maćko » 17 marca 2017, 21:08

Winnetou pisze:
Maćko pisze: To co zobaczyłam przyprawiło mnie o zawrót głowy, Stelvio - ponad metr śniegu i temperatura oscylująca w okolicach -5*C i Grossglockner podobnie. Cały misterny plan legł w gruzach, bo dwie największe atrakcje są przysypane śniegiem i niedostępne dla motocykli.
Noooo...Alpy w maju i na poczatku czerwca to powyzej 2 tys m jeszcze zima panie :zimno: (leczmo cos wie na ten temat :frustrated: )
Gratuluje wycieczki :bravo: i pozdrawiam z 494 metrow npm :wink:
W sumie mogłem skontaktować się z Tobą i miałbym wiadomości z pierwszej ręki, chociaż... 494 npm, to jesteś trochę taki Góral niskopienny :wink:

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 631
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: NASZE WŁOSKIE WAKACJE

Post autor: Maćko » 16 czerwca 2017, 20:40

To kropka nad "I". link do filmiku https://www.youtube.com/watch?v=4oPfs2C2iw0 . Fajnie powspominać, choć kolejne wakacje już za nami.

ODPOWIEDZ