Moto Marocco 2017

Ciekawe miejsca, propozycje wycieczek, co warto zobaczyc? Tematy związane z turystyką motocyklową
Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 16 czerwca 2017, 19:31

PROLOG
Marzec 2017
To znowu ja. Doti. Siedzę właśnie przed komputerem i przed sobą mam świeżo zakupiony bilet na prom Genua – Tanger i rezerwacje na dwa noclegi – w hotelu Angelo d’Oro w Genui i Ibisie w Tangerze. Jeszcze w to nie wierzę. Ale żeby wytłumaczyć to co się stało musimy się cofnąć do października 2016 roku.
Tydzień po powrocie z naszej wyprawy na Wschód zaczęliśmy myśleć gdzie jechać w przyszłym roku. Wybór nie był wprawdzie prosty, ale szybki i jednomyślny. Latem Korsyka, a jesienią w Polskę, gdzie nas oczy poniosą. I od tego momentu samoprzylepne żółte karteczki opanowały sekretarzyk Maćka (który na wstępnym etapie planowania podróży nie lubi korzystać z map google). Trasy, noclegi, nawet zdobyliśmy namiary na Łodziankę, która mieszka na Korsyce i chętnie pomaga rodakom w znalezieniu noclegów i organizacji pobytu na miejscu. A co najważniejsze, lubi motocyklistów. Po jakimś czasie poddałam się w walce z karteczkami, nawet profesjonalne notesy do robienia notatek z nimi nie wygrały.
Taki stan trwał mniej więcej do połowy grudnia 2016 roku, kiedy na Forum ukazała się relacja Dredda z jego wyprawy do Maroka. Siedząc przed swoim laptopem nad jakimś uzasadnieniem prawym uchem usłyszałam tylko „już wiem gdzie pojedziemy na kolejne wakacje” (tzn. 2018). Jakby od niechcenia zapytałam „co Ci chodzi po głowie?”. Maćko na to: „Maroko”. To magiczne słowo podziałało na mnie, jak kolejne wyzwanie dla starzejących się motocyklistów. Przeczytałam relację Dredda i powiedziałam „czemu nie?”. Ale pod jednym warunkiem. Maroko to nasz cel na letnie wakacje, a Korsyka musi poczekać. Przecież za rok nie będziemy młodsi, a Europa zawsze jest w zasięgu. Podróż do Maroka mogła okazać się logistycznym wyzwaniem, bo do Gibraltaru z Łodzi jest około 3.5 tys. km, a Maćko może wziąć dwa tygodnie urlopu. Po dwóch dniach i dwóch butelkach wina do kolacji stanęło na tym, że przez moje jedno zdanie zmieniliśmy zupełnie plany. I o zgrozo! Liczba żółtych karteczek dramatycznie wzrosła. Maciek planował traskę, liczył kilometry, szukał innych relacji z Maroka, sprawdzał częstotliwość kursowania promów przez Cieśninę Gibraltarską, walczył z myślami czy w pracy dostanie trzytygodniowy urlop (co wcale nie było takie proste). Nasze dzieci, z którymi podzieliliśmy się naszymi planami tylko pukały się w głowę, ale zgodnie powiedziały, że jesteśmy pozytywnie zakręceni.
I tak trwając w stanie planowania letniego wyjazdu w lutym wyjechaliśmy na cykliczne spotkania pozytywnie zakręconych motocyklistów – Nasze Wyprawy Motocyklowe – do Narola na Roztoczu (ilu tam spotkaliśmy „świrów” to już zupełnie inna historia). Pojechał z nami Kris2k (przez zaprzyjaźnionych nazwany 2KC). I to właśnie jemu jako pierwszemu (poza dziećmi oczywiście) powiedzieliśmy o naszych planach. A ponieważ Kris2k jest obyty, oczytany i po zmianie moto na oczojebnego Gs-a ma wiele planów, to właśnie on podsunął nam super pomysł. Po co gnać przez 5 dni do Hiszpanii i przez około godziny przeprawiać się do Maroka, kiedy można popłynąć promem z Genui do Tangeru i przez dwa dni podziwiać uroki Morza Śródziemnego. To było GENIALNE !!! Po powrocie do Łodzi sprawdziliśmy ceny promu i wyszło na to, że koszty paliwa i noclegów w kilkudniowej podróży do Hiszpanii zbilansują się z ceną promu i dwudniowym „przelotem” do Genui. I jeszcze dodatkowa atrakcja – dwa dni na promie i zero zmęczenia przed hardcorem w Marocco. A co najważniejsze. Prom z Genui odpływa wieczorem, a gdy dojedziemy tam na noc przed wyjazdem, będziemy mieli cały dzień by poszwędać się po tym mieście, które tak nas zauroczyło podczas wakacji 2016 i do którego jeszcze kiedyś postanowiliśmy wrócić (patrz: Nasze włoskie wakacje).
Po kolejnych dwóch tygodniach rozważania za i przeciw nadeszła „wiekopomna chwila”. Jedziemy.
Ponieważ jestem ignorantem internetowym postanowiłam przy rezerwacji biletów skorzystać z usług znajomego prowadzącego Biuro Podróży. Podróż miała trwać dwa dni, więc zamiast noclegu na fotelach pullmana, za dodatkową opłatą ok. 100 euro zarezerwowaliśmy sobie kabinę, rezygnując tym samym z wyżywienia na promie (bo od czego w końcu mamy polskie kabanosy i zupki w proszku?). Oczywiście rezerwacja biletu przez internet nie była sama w sobie trudna, ale znając staropolskie powiedzenie o rozśmieszaniu Pana Boga i własnych planach wolałam mieć zaplecze w postaci możliwości zmiany terminu rezerwacji i ubezpieczenia ewentualnej rezygnacji z biletu.
I tak właśnie dzień przed moimi urodzinami, siadłam przed komputerem by napisać ten Prolog.

Czerwiec 2017
No i parę dni temu wróciliśmy, cali i zdrowi. Teraz czeka nas ciężka praca, bo trzeba przejrzeć zdjęcia i napisać relację – pytanie tylko kto tym razem to zrobi?
Nasza wyprawa w liczbach wyglądała tak:
- 24 dni w podróży (22 dni na moto, 2 dni odpoczynku na promie)
- 8 929 przejechanych kilometrów
- 5,3 l średnie spalanie Norge
- 474 litry spalonego paliwa
- 540 euro i 240,00zł. koszt paliwa
- 145 euro i 65,00zł. koszt autostrad i opłat drogowych
- 330 euro + 90 euro koszt promów
Maroko naprawdę nas urzekło. Nie żałujemy ani jednego przejechanego kilometra. Nareszcie nie mamy powodów do narzekań, że czujemy się "niewyjeżdżeni". Podczas 12 dni w Maroku mieliśmy okazję zobaczyć zachód słońca nad Atlantykiem, byliśmy „w czarnej d….” zdzierając opony na szutrach, znaleźliśmy się w centrum narkotykowego biznesu i zostaliśmy uwięzieni przez burzę piaskową na pustyni. Wrażeń jak zwykle nam nie brakowało. Teraz pora wrócić do pracy i z zazdrością obserwować lipcowych i sierpniowych urlopowiczów :D

Awatar użytkownika
DAREK.S
Posty: 1879
Rejestracja: 05 listopada 2008, 21:19
Motocykl: XV750, 1990; ST1300
Lokalizacja: Ruda Śląska
Wiek: 43
Kontakt:
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: DAREK.S » 17 czerwca 2017, 08:01

Teraz, to żeście dopiero pojechali! Super! Zapowiada sie smakowita relacja. Chociaż ciągle utrzymuję, że tamte rejony to nie moje klimaty, ale z niecierpliwością czekam na relację - kto wie, może po przeczytaniu zmienię w końcu zdanie. ;-) :bravo:
Tak wiele miejsc, tak mało czasu...
:chopper:
Nasze podróże:
Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Alpy-AT,CH,IT, Alpy-DE,CH,FR, Norwegia

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 17 czerwca 2017, 09:07

Jakby tego było mało w drodze powrotnej postanowiliśmy nadrobić "parę kilometrów" i przejechać przez Stelvio, nasze niespełnione marzenie z ubiegłego roku. Tym razem pogoda wynagrodziła nam rok czekania. :lol:

jepi19
Posty: 501
Rejestracja: 27 marca 2012, 09:09
Motocykl: VN 900
Lokalizacja: Bieruń Stary
Wiek: 66
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: jepi19 » 18 czerwca 2017, 09:18

:bravo: :chopper: :bravo: :bravo: Wysoki pułap czekamy na ciąg dalszy

Awatar użytkownika
Trick
Posty: 61
Rejestracja: 26 czerwca 2016, 20:00
Motocykl: XV700 / R1100RT
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Trick » 18 czerwca 2017, 11:04

Świetnie, Maroko jest magiczne - byliśmy na standardowej objazdówce z biura podróży, ale ot nie to samo. Nie mogę doczekać się zdjęć :)
Dewiza: Nie ma problemów, są tylko wyzwania!

Awatar użytkownika
kris2k
Posty: 3376
Rejestracja: 15 czerwca 2010, 07:24
Motocykl: GuStaw
Lokalizacja: Pabianice
Wiek: 47
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: kris2k » 18 czerwca 2017, 23:07

Idę po chipsy i colę! Się będzie działo! :bravo:

Awatar użytkownika
yummy
Posty: 1119
Rejestracja: 03 lipca 2009, 13:35
Motocykl: B12 '99
Lokalizacja: Bukareszt
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: yummy » 22 czerwca 2017, 00:58

Również czekam niecierpliwie, bo zapowiada się (jak zwykle) smakowicie :P :wink:
Nie jedź szybciej, niż umiesz myśleć.

Awatar użytkownika
Drabek
Posty: 262
Rejestracja: 13 czerwca 2010, 23:06
Motocykl: taty ;)
Lokalizacja: Łódź - miasto przygód, Łódź - miasto stylu
Wiek: 32
Kontakt:
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Drabek » 22 czerwca 2017, 11:02

Od siebie dodam tylko tyle ;)

Obrazek
Obrazek

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 22 czerwca 2017, 11:26

Od siebie dodam tylko tyle ;)

A filmik kto nam zmontuje ? :(

Awatar użytkownika
Drabek
Posty: 262
Rejestracja: 13 czerwca 2010, 23:06
Motocykl: taty ;)
Lokalizacja: Łódź - miasto przygód, Łódź - miasto stylu
Wiek: 32
Kontakt:
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Drabek » 22 czerwca 2017, 11:32

Od siebie, na ten moment ;P
Obrazek

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 22 czerwca 2017, 11:44

Drabek pisze:Od siebie, na ten moment ;P
Ufffff, kamień z serca :lol:

Awatar użytkownika
yummy
Posty: 1119
Rejestracja: 03 lipca 2009, 13:35
Motocykl: B12 '99
Lokalizacja: Bukareszt
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: yummy » 23 czerwca 2017, 14:26

Może cały blog sobie założycie, skoro macie już logo i tak wyśmienitego grafika?
Nie jedź szybciej, niż umiesz myśleć.

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 24 czerwca 2017, 14:13

yummy pisze:Również czekam niecierpliwie, bo zapowiada się (jak zwykle) smakowicie :P :wink:
Z tą smakowitością to może być lekki problem, bo większość czasu w Maroku przypadła na ramadan, ale zobaczymy co da się zrobić :lol:

Awatar użytkownika
Drabek
Posty: 262
Rejestracja: 13 czerwca 2010, 23:06
Motocykl: taty ;)
Lokalizacja: Łódź - miasto przygód, Łódź - miasto stylu
Wiek: 32
Kontakt:
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Drabek » 26 czerwca 2017, 12:15

yummy pisze:Może cały blog sobie założycie, skoro macie już logo i tak wyśmienitego grafika?
"Może powiecie Kubie, żeby Wam założył blog motocyklowy" :D
Obrazek

Awatar użytkownika
Dredd
Posty: 124
Rejestracja: 14 czerwca 2009, 23:57
Motocykl: H-D, kiedyś Virago 750
Lokalizacja: Warszawa
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Dredd » 29 czerwca 2017, 21:23

Bardzo mnie cieszy, że wreszcie moje wypociny wydały plon w postaci zainspirowania Was do jakże ciekawej podróży.
Spłaciłem tym samym dług, który zaciągnąłem czerpiąc z relacji innych :)

Po ciekawym początku relacji, czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg!

Awatar użytkownika
yummy
Posty: 1119
Rejestracja: 03 lipca 2009, 13:35
Motocykl: B12 '99
Lokalizacja: Bukareszt
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: yummy » 29 czerwca 2017, 22:38

Drabek pisze:
yummy pisze:Może cały blog sobie założycie, skoro macie już logo i tak wyśmienitego grafika?
"Może powiecie Kubie, żeby Wam założył blog motocyklowy" :D
"Może powiecie Kubie, żeby Wam założył blog motocyklowy - a ja obiecuję być jego wierną czytelniczką."
Nie jedź szybciej, niż umiesz myśleć.

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 07 września 2017, 22:23

Przygotowania.
No i znowu padło na mnie. Maćko oczywiście nie ma czasu na pisanie, co nie oznacza że nie ocenzuruje tego co napisałam. Minęły już prawie trzy miesiące od naszego powrotu, a ja co weekend słyszę tylko jedno pytanie „czy już złapałam wenę?”. No to w końcu siadłam do kompa, żeby ludziska mieli co czytać w zimne jesienno-zimowe wieczory.
Czytając relacje z Maroka z każdym dniem upewniałam się, że był to dobry wybór. Nawet termin majowo-czerwcowy nie wydawał się najgorszy, choć mieliśmy świadomość, że będzie ciepło… Wszak termin wypraw motocyklowych do Afryki to marzec i kwiecień. Ale pewnych rzeczy się niestety nie przeskoczy. No i mieliśmy już okazję gotować się w przeszło 40 stopniach na moto podczas naszej wyprawy do Grecji. Tak naprawdę to nie temperatura była dla nas wyzwaniem, ale niepewność tego co nas czeka.
Na trzy tygodnie przed wyjazdem rozpoczęliśmy przygotowania. Chociaż nasza wyprawa miała trwać trochę dłużej niż w poprzednich latach, to tak właściwie nie wymagało to od nas żadnych dodatkowych wysiłków. Listę ekwipunku wydrukowałam z kompa (niezmienną od kilku lat). Zakupiliśmy tylko większą liczbę leków, które mogłyby się przydać w tamtych rejonach. No i oczywiście ubezpieczenia osobiste i assistance, bez których ostatnio nigdzie się nie ruszamy. Ponieważ tym razem nie jechał z nami główny zaopatrzeniowiec Hans musieliśmy również zadbać o kiełbaski i kabanosy „vacum” na czarną godzinę. Wiedzieliśmy, że tym razem większość czasu spędzimy w trasie i nie zawsze może być szansa, żeby znaleźć fajne miejsce z przydrożnym jedzeniem.
Jak zwykle pakowanie poszło nam sprawnie. Jedyną nowością był wymyślony przez Maćka sposób pakowania ciuchów. W samozamykające się torebki pakowaliśmy zestaw ciuchów na dwa dni – koszulka, gatki, skarpetki. Po ich użyciu pakowaliśmy je do tych samych torebek i nie było problemu z rzeczami do prania i rzeczami czystymi. Super patent. No i tym razem postanowiliśmy zabrać ze sobą śpiwory, mając z tyłu głowy że warunki do spania w Maroku mogą „odbiegać od normy”. No ta bene właśnie one (choć małe, zakpione dwa lata temu specjalnie na motocyklowe wyprawy i jeszcze nie używane) ograniczyły moją przestrzeń do zakupu pamiątek. Dodatkowy ekwipunek stanowiły również gadżety dla afrykańskich dzieci – polskie krówki w papierkach z logo Łodzi, magnesy z polską flagą, małe lizaki, gumy do żucia i parę innych drobiazgów, z których jak się później okazało bardzo cieszyli się zarówno mali jak i starsi Marokańczycy. No i na wysokości zadania stanął Drabek, który zaprojektował nam naszą indywidualną nalepkę, którą mieliśmy znaczyć nasz szlak.
Motocykl jeszcze jesienią przeszedł zwykły przegląd, opony też miały wytrzymać ten sezon. Jedynym problemem było sprzęgło, ale to raczej nie miejsce, żeby o tym pisać. Faktem jest, że tydzień przed wyjazdem z Golubia od naszego mechanika przyprowadziliśmy moto „z usuniętym problemem”.
Plan był taki, że wyjeżdżamy w piątek 12 maja 2107 roku, bo 14 maja wieczorem planowaliśmy dojechać do Genui. Następnego wieczorem odpływał nasz prom z Genui, na który bilet zakupiliśmy cztery tygodnie wcześniej, a chcieliśmy mieć cały dzień na zwiedzanie miasta. Motocykl został zapakowany i objuczony kuframi już w środę, a na przedniej szybie została oczywiście przyklejona „firmowa” nalepka.
No i zonk! Maciek zrobił jazdę próbną i stwierdził, że z taką usterką sprzęgła nie poradzimy sobie w górach i na piaskach Maroka. Nasz serwisant wprawdzie zapewniał, że możemy jechać, ale Maćko nie chciał ryzykować. Na dzień przed wyjazdem przez nasz dom przetoczyła się burza mózgów – ryzykujemy, czy przekładamy wyjazd, bo kolejny prom z Genui do Tangeru odpływał dopiero 17 maja, co wiązało się oczywiście z wydłużeniem wcześniej zaplanowanych urlopów. Na szczęście Maciek w czwartkowe popołudnie znalazł innego speca od Moto Guzzi, który zgodził się na przyprowadzenie Norge jeszcze w czwartek wieczorem (a właściwie w nocy), w piątek rano znaliśmy już diagnozę, a w sobotę mogliśmy odebrać w pełni sprawny motocykl. I tak moje powiedzenie o rozśmieszaniu Pana Boga z Prologu w pełni się sprawdziło. W piątek zdążyłam oczywiście zmienić termin rezerwacji na prom na 20 maja i termin rezerwacji noclegu w Genui i pierwszego noclegu w Tangerze. Kamień spadł nam z serca. Wyruszyliśmy wprawdzie z 5-dniowym opóźnieniem, ale ze spokojnym sumieniem, że Norge nie sprawi nam żadnych niespodzianek. A i ja miałam dodatkowych kilka dni, aby dokładniej rozplanować naszą wyprawę, miejsca które powinniśmy (a raczej chcieliśmy) zobaczyć i poszukać miejscówek do spania w miastach, gdzie potencjalnie mieliśmy kończyć każdy dzień. Jak się później okazało „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”. Cdn…

Awatar użytkownika
TuMarzena
Posty: 2352
Rejestracja: 04 lutego 2014, 08:05
Motocykl: Viraży jakich mało;)
Lokalizacja: LBI 55YR
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: TuMarzena » 08 września 2017, 19:01

:bravo: No to poprzeczka postawiona wysoko :bravo:
ale o to właśnie chodzi...by siebie szukać w takich podróżach, by posuwać się dalej , do przodu...dopóki sił i chęci :D
PRZYJACIEL TO KTOŚ,KTO DAJE CI TOTALNĄ SWOBODĘ BYCIA SOBĄ /Jim Morrison/

3098

JEŚLI KIERUJE TOBĄ PASJA POZWÓL ROZUMOWI TRZYMAĆ LEJCE /Benjamin Franklin/

Awatar użytkownika
yummy
Posty: 1119
Rejestracja: 03 lipca 2009, 13:35
Motocykl: B12 '99
Lokalizacja: Bukareszt
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: yummy » 11 września 2017, 18:47

Czytamy i czekamy na dalszy ciąg.
Nie jedź szybciej, niż umiesz myśleć.

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 15 października 2017, 20:31

Dzień pierwszy i drugi – środa, czwartek 17 – 18 maja 2017 roku

Ruszamy w naszą kolejną podróż życia. Około 14 przy pięknej słonecznej pogodzie wyjechaliśmy z Łodzi. Norge szedł jak burza. Drabek na swojej Californi odprowadził nas do Tuszyna, pomachaliśmy sobie na pożegnanie i witaj przygodo. Trudno byłoby nie nadmienić, że to była moja pierwsza jazda w tym sezonie. Około 17.30 dojechaliśmy do Gorzyczek z zamiarem zjedzenia obiadu (oczywiście po odmeldowaniu się na miejscówce). Niestety jedyna knajpa w miasteczku nie budziła zaufania. Skończyło się więc na hot dogu w Żabce i wodzie mineralnej.
Czwartek to było jedno wielkie bzykanie, a dosłownie jedno wielkie bzz…, bzz… Po ośmiu godzinach jazdy i czterech postojach dotarliśmy na nocleg do miasteczka Faak Am Zee na granicy austriacko-włoskiej. W sumie w drodze nie byłoby nic dziwnego, ale nasunęła mi się pewna refleksja. Dlaczego, żeby pojechać dalej na południe trzeba zawsze tędy jechać ? Autostradą przez Brno i Wiedeń jedziemy piąty raz w ciągu roku – tylko miesiące i kolory krajobrazów się zmieniają… Już chyba tylko dla odpoczynku od tych autostrad w przyszłym roku musimy obrać zupełnie inny kierunek.
W miasteczku, gdzie śpimy (pensjonat Alpe Adria Apartments) odbywał się akurat festiwal tuningowanych samochodów. Oczywiście nie odpuściliśmy i kilkadziesiąt fotek wylądowało w aparacie i Maćka telefonie. Już chyba nie muszę dodawać, że głównie dla Drabka – fana tuningu. Fantastycznie było obserwować setki fanów motoryzacji siedzących po kilka godzin przy drodze z super drogimi aparatami, tylko po to, aby zrobić fotki samochodów majestatycznie przejeżdżających po krętych drogach i dających z wydechów takie odgłosy, że nie powstydziłby się ich żaden z właścicieli motocykla.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień 1: Łódź – Gorzyczki, 269 km
Dzień 2: Gorzyczki – Brno – Wiedeń – Faak Am Zee, 695 km

Dzień trzeci – piątek 19 maja 2017 roku

I co ja mam teraz napisać… To kolejny dzień bzykania. To co różniło wczorajsze bzz… od dzisiejszego bzz… to konieczność założenia na kilkadziesiąt kilometrów przeciwdeszczówek, bo 200 km od Genui złapała nas burza z piorunami. Około 16.30 zameldowaliśmy się w super klimatycznym hotelu blisko portu (hotel Bellevue, Salita Provvidenza 1, Genua). O cenie nie wspomnę, bo prawie powalała z nóg, ale chcieliśmy mieć hotel z miejscem parkingowym blisko portu, by nazajutrz zwiedzać miasto bez konieczności noszenia ze sobą bagaży. Byliśmy nieźle głodni, więc tylko szybki shower dzielił nas od spaghetti z owocami morza w pobliskiej trattorii. Potem poszliśmy na spacer w stronę portu ocenić sytuację i miejsce, gdzie mamy się zameldować przed wypłynięciem. Kilka kilometrów spaceru w obie strony naprawdę dobrze nam zrobiło po prawie trzech dniach nieustannej jazdy.

Dzień 3: Faak Am Zee – Udine – Wenecja – Werona - Genua, 642 km

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 02 listopada 2017, 19:02

Dzień czwarty – sobota 20 maja 2017 roku

Za nami nieprzespana noc. We znaki dał nam się niestety hałas z pobliskiej ulicy, pociągi odjeżdżające z dworca kolejowego, odległego zaledwie o kilkadziesiąt metrów, a po zamknięciu okna duchota w pokoju. Ale sami byliśmy sobie winni… hotel w ścisłym centrum, w pobliżu Starego Miasta i portu musiał mieć przecież jakieś wady.
Mimo niewyspania około 8.00 byliśmy zwarci i gotowi na to co nas dzisiaj czeka. Po europejskim śniadaniu (choć oczekiwaliśmy prawdziwie włoskiego) ruszyliśmy na zwiedzanie Genui. Dzień był rześki i naprawdę sprzyjał zwiedzaniu. Nareszcie mogliśmy nacieszyć nie tylko oczy klimatem tego miasta, nieśpiesznie zagłębiając się w jego uliczki. Na jednej z nich trafiliśmy na super wystawę plakatów będących karykaturą Unii Europejskiej. Na zakończenie zjedliśmy prawdziwie włoskie minnestrone w Cucinnie da Maria (polecanej przez włoskie przewodniki), która rok temu była niestety zamknięta. Nic dziwnego, bo to knajpeczka tylko z prawdziwie włoskimi obiadami, odpowiednik polskiego baru, otwartego tylko w porze „lunchu”. Około 14.00 wróciliśmy hotelu. Na odprawę postanowiliśmy stawić się na 15.00, czyli na dwie godziny przed wypłynięciem promu. GPS jak po sznurku doprowadził nas do miejsca odprawy. Dodatkowo samo oznakowanie portu w Genui nie pozostawało wątpliwości, gdzie mamy jechać. Policjanci, których mijaliśmy po drodze od razu skierowali nas do budki, gdzie sprawdzano bilety. Prom, którym mieliśmy płynąć ma przystanek w Barcelonie i pasażerowie płynący tam docelowo byli sprawdzani bardziej szczegółowo, nas obdarzono głównie uroczymi uśmiechami. Ale nie tylko. Policjant w budce dał nam formularze wizowe, które będziemy musieli wypełnić jeszcze na promie oraz trzy bardzo ważne małe białe karteczki (nie wolno ich zgubić zupełnie jak na przejściu granicznym z Ukrainą) – jedną dla moto dla odnalezienia późniejszego poziomu jego zaparkowania i dwie dla nas z numerem kabiny. Ale ta potencjalna karteczkomania nie miała wiele wspólnego z typową biurokracją, każda z karteczek naprawdę ułatwiała poruszanie się po promie zaraz po tym jak już na niego weszliśmy, jak i 48 godzin później, gdy go opuszczaliśmy.
Po odbiorze formularzy w budce policjanta podjechaliśmy na stanowisko nr 2 skąd odpływał prom (Grandi Navi Veloci – naprawdę polecamy tę flotę). W kolejce do promu w pięciu równoległych rzędach stały już dziesiątki samochodów i motocykli (samochody w czterech rzędach, motocykle w jednym), z czego 90% płynących do Barcelony. Byliśmy w stanie to ocenić, bo we wcześniej wspomnianej budce policjanta każdy dostawał nalepki, które musiały być przyklejone na każdym ze środków lokomocji – pomarańczowe z napisem „Tangeri”, żółte z napisem „Barcelona”. Wszystko po to, aby w odpowiedniej kolejności parkować „towarzystwo” na promie. W kolejce na prom czekało kilkadziesiąt motocykli. Ponieważ byliśmy w porcie około dwóch godzin przed planowaną godziną „0” Maciek postanowił zlustrować ich marki i narodowość pasażerów. Bez obrazy. Większość z nich to były GS-y w każdym możliwym kolorze. Drugie miejsce zajęli posiadacze KTM-ów. Moto Guzzi (razem z naszym) odmeldowały się w liczbie trzech sztyk. Sami Włosi Niemcy i Austriacy. Mało tego. „Plecaki” ich kierowców w plastikowych torbach z pobliskich supermarketów dźwigały wodę mineralną, bagietki, piwo i wędliny. Na początku mieliśmy z tego niezły ubaw, ale po kilku godzinach i sprawdzeniu cen na promie wiedzieliśmy, że to nie był „ich pierwszy raz”. Dobrze, że mieliśmy ze sobą zapas wody mineralnej, bo jak się później okazało mała butelka wody na promie kosztowała 2 euro, a butelka piwa dwa razy tyle, o winie nie wspomnę – 3 euro za 0,25 litra. A nasze mini bagietki zakupione jeszcze w czasie zwiedzania Genui wyliczone na dwie kolacje, dwa śniadania, dwa obiady (+ kabanosy i podsuszane kiełbasy) okazały się strzałem w dziesiątkę.
O 16 otworzyły się ogromne metalowe wrota i zaczął się załadunek na prom. Nie powiem. Obsługa i organizacja były profesjonalne. Najpierw samochody. W większości z marokańską rejestracją oczywiście. Tak obładowanych aut jeszcze w życiu nie widziałam. Od ciężaru „siedziały” tak jak po niezłym tuningu. Pełne w środku aż po podsufitkę rzeczy z włoskich wystawek, z bagażem na dachu równym wysokości samochodu, a wśród nich fotele, lodówki, stare łóżka, wózki dziecięce i mnóstwo rupieci, których nie sposób wyliczyć (nawet połamane rakiety tenisowe).
Potem zaczęto wpuszczać motocyklistów. Ci z nalepką „Tangeri” wjechali jako pierwsi. Za dodatkową opłatą 1 euro jeden z wielu boyfrienów sprawnie i mocno przypiął nasze MG do burty. Rozładunek rzeczy do kabiny poszedł nam bardzo sprawnie, bo już w hotelu do worka zamocowanego na tylnym kufrze zapakowaliśmy wszystko co będzie nam potrzebne na promie (kosmetyki, lekkie buty, żarcie, woda…itd., itp.) Reszta niezbędnych rzeczy była w tankbagu. Jak widać ze sobą do kabiny zabraliśmy tylko worek, tankbag, kurtki i kaski. Z poziomu 3 i garażu C wjechaliśmy windą na 7 piętro, by od obsługi odebrać karty magnetyczne do naszej kabiny (po okazaniu dwóch z ważnych karteczek z budki policjanta w porcie Genui). Kabina na 8 poziomie – trzyosobowa, z oknem, z łazienką, widokiem na morze … Już na pierwszy rzut oka nie pozostawiała wiele do życzenia, czysto i nawet przytulnie. Zbliżała się godzina 17.00, a ja jako dokumentalistka wypadu wiedziałam, że nie mam czasu do stracenia. Po około 15 minutach rozlokowaliśmy się na tyle, by z kamerą i aparatem w ręku wejść na 6 poziom, aby udokumentować wyjście z portu (plan promu mieliśmy w kabinie). Niepotrzebnie jednak tak się śpieszyliśmy. Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł. Kolejka oczekujących na wjazd na prom była tak długa, że z Genui wypłynęliśmy z godzinnym opóźnieniem. Na facetów i baby adrenalina działa zupełnie inaczej. Po sfilmowaniu wyjścia z portu (a co najważniejsze dniu pełnym wrażeń) Maćko uciął sobie drzemkę, a ja postanowiłam zwiedzić prom. Pierwszy na mojej drodze był poziom 7 z fotelami Pullmana. Dobrze, że nie wybraliśmy najtańszej opcji, bo na tym poziomie nie tylko na fotelach, ale i pomiędzy nimi oraz na korytarzach między kabinami koczowali (i spali) chyba ci biedniejsi Marokańczycy. Na rozłożonych kocach mieli istne kłębowisko rupieci – żarcie, termosy, ciuchy, kosmetyki, wszystko co było niezbędne na dwudniową podróż. Poziom 6 to m.in. dwa bary, restauracja otwarta w porze śniadania i obiadu, sklep bezcłowy, strefa wi-fi, kapliczka, mini salon gier, nieczynny basen i oczywiście burta z tarasem widokowym. Po przeszło godzinie szwędania postanowiłam dołączyć do Maćka i pójść w objęcia Morfeusza. Ja… spanie o 20.00 ? Ale przyjemny szum morza i gładko sunący prom tylko zachęcały do spania. Inne odczucia miały za to nasze brzuchy, domagające się kalorii po kilkugodzinnej przerwie. Cóż było robić. Na stoliczkach wylądowały więc bagietki, serki topione, kiełbasa jałowcowa i musztarda. I nie powiem, smakowały wybornie. Po kolacji zrobiliśmy jeszcze jedną rundkę po promie i poszliśmy spać.
Przed nami 48 godzin rejsu podczas którego trzeba po pierwsze zebrać siły na najbliższe dwa tygodnie w Maroku, po drugie mieć szczęście by podziwiać skaczące wzdłuż promu delfiny, a co najważniejsze - odwiedzić policjanta, zdobyć pieczątkę wjazdu, a osoby, które jadą pierwszy raz (czyli my) – numer CIN.
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek

Dzień 4: Genua, 5 km

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 05 listopada 2017, 16:07

Dzień piąty – niedziela 21 maja 2017 roku

Pierwsza noc na promie minęła bardzo spokojnie i bez bujania. Obudziłam się wyspana przed 7.00, Maciek jeszcze spał więc postanowiłam zwiedzić prom o świcie. Cisza i spokój. Jedyne miejsce, gdzie można było spotkać ludzi o tej porze, to restauracja gdzie od 8.00 podawano śniadanie, przed którą oczekiwała dość długa kolejka Marokańczyków. Widok z pokładu widokowego był nieziemski, dookoła morze, fale odbijające się o burty promu, a w oddali brzegi Francji i Hiszpanii. Totalna cisza i nieliczne chwile samotności. Po godzinie moje kiszki dały o sobie znać więc z nadzieją, że Maćko już wstał wróciłam do kabiny. Cóż za niespodzianka. Na stoliczku między kojami zobaczyłam zrobione śniadanie – bagietki posmarowane serkiem topionym z kiełbaską jałowcową i musztardą. Pycha. A z drugiej strony nie miałam złudzeń, że takie smaki będą nam towarzyszyć przez najbliższe 36 godzin.
Po śniadaniu zaopatrzeni w prasę i wodę mineralną poszliśmy na pokład widokowy „zażywać słonecznej kąpieli”. Nie było to jednak takie proste, bo zdobycie wolnych krzesełek prawie graniczyło z cudem. Wszystkie okupowali Marokańczycy grający w karty lub palący sziszę. Słońce tak grzało, że kilkugodzinną opaleniznę z promu przywiozłam jeszcze do Łodzi.
Około południa przybiliśmy do portu w Barcelonie, gdzie czekał nas trzygodzinny postój. Z tarasu widokowego obserwowaliśmy dziesiątki motocyklistów, którzy już dziś mieli to szczęście pośmigania po winkielkach. Nas od tego dzieliło jeszcze kilkadziesiąt godzin. A na promie pozostało zaledwie kilkunastu Europejczyków i dziesiątki Marokańczyków. Wszędzie ich było pełno. W kawiarni, w barze, na tarasie widokowym. Znikali tylko na czas modlitwy około 13.00, a wtedy przed ich „kapliczką” można było zobaczyć (i poczuć) pozostawione na korytarzu buty.
Reszta dnia mięła nam na czytaniu, szwędaniu po promie i nudzie…
Płyniemy tym promem, nic nie robimy, czytamy gazety, więc pora na trochę refleksji, bo myśli same cisną się do głowy.
Po tym jak podjęliśmy decyzję o eskapadzie do Maroka, decyzja o odpuszczeniu zwiedzania zabytków (poza żelaznymi punktami) była właściwie oczywista. Tę przyjemność postanowiliśmy zostawić uczestnikom wycieczek objazdowych. My chcieliśmy zobaczyć „to inne”, a może właśnie prawdziwe Maroko. Oczywiście mogliśmy jechać śladami tych motocyklistów, co już tam byli i rozpocząć jazdę od Ketamy, Fezu, by kierując się na południe dotrzeć do Merzozugi, potem Qurzazate, Marakeszu, a kończąc przejechać wzdłuż wybrzeża. Ale my oczywiście wszystko musieliśmy zrobić po swojemu i podróż po Maroku zacząć tam, gdzie wszyscy kończą. Najpierw wzdłuż Atlantyku przez Casablancę pojedziemy do Sidi Ifni, potem Marakesz, a jeszcze potem pustynie i dzikie Maroko.
Po raz pierwszy od kilku lat w decyzji „jechać, czy zwiedzać” byliśmy z Maćkiem zgodni. Ci co uważnie czytali nasze relacje wiedzą, że Maćko jest zawsze tym co głównie chce jechać, a ja tą co chce także coś zobaczyć. W tym miejscu przyszło mi na myśl zdanie, kiedyś dawno przeczytane w Świecie Motocykli – „małżeństwo jest jak wspólna wyprawa motocyklowa, a wyprawa jak małżeństwo… czyli działania grupowe są efektywne wtedy, gdy grupa jest większą wartością, niż samo działanie”. Przepraszam, za chwilę prywaty, ale Darek S. z Monią są także pełnym odzwierciedleniem tej myśli. Ale cytat ten nie dotyczy tylko par jeżdżących na moto, ale i większej grupy.
Z byciem parą jest podobnie jak ze wspólnym jeżdżeniem na motocyklach. To, że wszyscy jeźdźcy są wyznawcami motocyklizmu, nie gwarantuje dobrej współpracy na drodze. W trasie bardzo szybko się okazuje, że to, co ewidentne było jeszcze przed wyruszeniem – jedni mają słabsze maszyny, inni znacznie szybsze – to jeszcze nie wszystkie różnice pomiędzy uczestnikami. Większość z różnic siedzi w głowach. Jeździmy w szyku i utrzymujemy kontakt wzrokowy – czy każdy swoim tempem i spotykamy się na umówionym miejscu? A jeśli razem – to jazda dynamiczna, czy bezpieczna? Cel wybieramy przed wyruszeniem, czy to droga jest celem? Postoje częste czy rzadkie? Długie czy krótkie? Zatem, jeśli nie dobierzemy sobie na towarzyszy jazdy takich ludzi, z którymi mamy wspólne preferencje (lub wspólny ich brak, bo też i tak może być, że jest nam wszystko jedno) to wszyscy będą mieli problem. Np. ci, co jeżdżą wolniej, będą się napinać powyżej swych umiejętności aby nadgonić, a ci szybsi się zanudzą. Oczywiście, im dalsza i dłuższa trasa, tym bardziej różnice będą się ujawniać. Zupełnie jak w sprawach damsko-męskich. Po jednej wspólnie spędzonej nocy nie trzeba jeszcze uzgadniać koloru firanek we wspólnej sypialni. Ekipa, z którą jedziesz na popołudniowe wkoło komina nie musi być tak starannie dobrana jak towarzysze trzytygodniowego wyjazdu, bo w tym pierwszym wypadku nie ma konieczności ustalania np. budżetu na noclegi. We wspólnej drodze – czy to będzie droga krajowa, czy też nowa droga życia – bardzo ważne już na samym początku jest określenie pryncypiów, wspólnych wartości i celów. Życie rodzinne czy kariera? Nawinięte kilometry czy obejrzane widoki? Chcemy nie mieć dzieci, czy mieć, no i ile oraz kiedy? Będę szczęśliwy, jeśli dojedziemy np. na Krym, czy też, jeśli na wyluzie spędzimy czas? Ale okazuje się, że takie ustalenia to dopiero początek budowania ekipy. Równie ważne jak sam cel jest też to, jak do niego dążymy. Sposoby działania mają głębokie zakorzenienie w naszych preferencjach i warto być świadomym zarówno tych różnic, jak i faktu, że nie zależą one od naszej woli, zatem nie sposób ich komuś wyperswadować. Idealne dopasowanie na każdej płaszczyźnie jest fizycznie i psychicznie niemożliwe – zarówno na motocyklu, jak i w małżeństwie. Ale to jeszcze nie znaczy, że każda para i każda wyprawa jest skazana na niepowodzenie. Otóż okazuje się, że różnice – umiarkowane, nie skrajne – nie są dużym problemem dla pary czy grupy, gdy podstawową wartością dla każdego uczestnika jest ten drugi człowiek, ci inni ludzie – a nie to, co robi się razem. Zauważyłam to jako pewien paradoks, który sprawdza się w 100%. Jeśli wybierasz się w podróż z inną osobą tylko po to, by mieć z kim gadać, by obniżyć koszty, by w razie czego pomógł ci np. w zmianie opony albo pozbieraniu się z asfaltu, to prędzej czy później znajdziesz się w sytuacji, z której nie będziesz miał wyjścia…(zdarzenie wymyślcie sobie sami). Jeśli twój towarzysz nie jest bliski twemu sercu, jeśli jego dobre samopoczucie nie jest dla ciebie więcej warte niż zaliczenie kolejnego punktu widokowego, to nie ma sensu razem podróżować, bo człowiek to nie klucz piętnastka, który chowa się do sakwy i wyjmuje tylko wtedy, kiedy jest ci potrzebny. Innymi słowy, wyruszając w podróż przez drogi, bezdroża lub przez życie –róbcie to z partnerem czy przyjacielem, którego prawdziwie kochacie i który ciebie kocha, bo inaczej ze sobą nie wytrzymacie. Bez tego, lepiej być samemu…I na koniec, moja zupełnie subiektywna hipoteza: towarzyszy na wyprawy – te ważne, długie, dalekie wyprawy, których większość z nas będzie mieć pewnie jedną lub maksymalnie kilka w życiu – trzeba dobierać staranniej niż męża czy żonę, bo miejsc ciekawych na świecie jest tyle, że w ten sam region zapewne i tak ponownie nie pojedziesz, więc jeśli schrzanicie sobie nawzajem zabawę, to będzie to zapewne nie do powtórzenia.
Na dzień dzisiejszy to tyle filozofii, która mogłaby być odrębnym wątkiem na Forum. Ale kto wie… może kiedyś…

Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek

Dzień 5: Prom

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 11 listopada 2017, 11:59

Dzień szósty – poniedziałek 22 maja 2017 roku

Kolejny dzień nudy na promie. Jedyną atrakcją były skaczące przez fale delfiny, których niestety nie udało nam się uwiecznić na zdjęciach. A to rzadki widok na Morzu Śródziemnym. W trakcie dnia zawitaliśmy również do cafe baru do policjanta, u którego (po wcześniejszym wypełnieniu karty emigracyjnej) zdobyliśmy pieczątkę uprawniającą do wjazdu na teren Maroka i osobiste numery CIN (którymi posługiwaliśmy się podczas całego pobytu). Policjant był bardzo sympatyczny, a po tym jak zobaczył w karcie emigracyjnej jaki zawód wykonuję, jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.
Po 50 godzinach (48 + 2 zarobione z uwagi na zmianę czasu), kilku kawach, kilku bagietkach z suchą kiełbasą, kilkunastu butelkach wody mineralnej, prom dobił do brzegu w Tanger Med.
Wyładunek pasażerów i maszyn z promu odbył się równie sprawnie jak i ich załadunek. Obsługa wskazywała z którego poziomu kajut i na który poziom garaży mają zejść pasażerowie. Motocykliści do swoich motongów zeszli jako jedni z ostatnich. Idąc śladem moich „koleżanek plecaków” zeszłam na ląd trapem dla pasażerów. W sumie byłam zadowolona, bo przynajmniej miałam możliwość zrobienia paru fotek Maćkowi zjeżdżającemu z promu. Zajęłam strategiczną pozycję i tylko czekałam na właściwy moment. Pech chciał, że w tle Maćka zjeżdżającego z promu pojawił się policjant (z pierwszej kontroli granicznej i na szczęście ten sam, który był na promie). Szczęściem w nieszczęściu było to, że Maćko jechał w tempie uniemożliwiającym zrobienie zdjęcia. Ale policjant znalazł się przy mnie szybciej niż ja zdążyłam nacisnąć migawkę. Po obejrzeniu ostatnich zdjęć w aparacie (a głównie czarnej plamy z ostatniego ujęcia) kazał mi szybko dołączyć do Maćka i powiedział, że jako prawnik powinnam wiedzieć że robienie zdjęć policjantom w Maroku jest zabronione. Ale na „osłodę” obdarzył mnie równie czarującym uśmiechem jak na promie i wskazał pas, którym mamy jechać w stronę odprawy celnej.
Po kilkuset metrach dotarliśmy do budek kontroli granicznej. Jechało nas około 10 motocykli i wszyscy stanęliśmy w jednym miejscu czekając na celnika. Ten niestety kazał nam się wrócić paręnaście metrów do budki z policjantem, który po sprawdzeniu paszportów właścicieli motocykli odklepał coś w komputerze. Potem wyrobiliśmy dokumenty dla motocykli. Było z tym trochę zabawy, bo nikt nie wiedział co wpisywać w rubryki wypełnione „arabskimi wężykami”. Ale z pomocą przemiłego policjanta wszyscy dali radę. Zaopatrzeni w niezbędne dokumenty wróciliśmy do odprawiającego nas celnika, który po ich sprawdzeniu życzył nam „nice trip”. Procedura odprawy granicznej trwała godzinkę i naprawdę nie była skomplikowana. Opuszczając port czekała nas jeszcze jedna kontrola policyjna – już trzecia (nie licząc celników). Kilkadziesiąt metrów dalej wymieniliśmy euro na dirhamy i ruszyliśmy w stronę Tangeru. Była godzina 19.00. Z uwagi na zmianę czasu około 19 robi się już ciemno i trzeba mieć to na uwadze planując dziennie przeloty.
Plan na dzisiaj to dojechać na nocleg. Od hotelu dzieliło nas około 60 kilometrów, ale teraz zaczęły się schody. Adres hotelu w Tangerze nijak chciał się wklepać w GPS-a, współrzędne też się nie zgadzały (nie pierwszy i nie ostatni zresztą raz). Na szczęcie mieliśmy wyjście awaryjne, bo w swoim telefonie w Sygicu miałam w miarę dokładną mapę Maroka.
Droga do Tangeru była super, mimo jazdy w ciemności i lichym oświetleniu poboczy. Natomiast jazda po Tangerze to naprawdę wolna amerykanka – pięć rzędów samochodów na trzech pasach ruchu, kierowcy skręcający w lewo z prawego pasa, brak jakichkolwiek zasad przy wjeździe na ronda, a właściwie jedyną obowiązującą zasadą ruchu drogowego jest kto pierwszy i kto głośniej trąbi ten lepszy. Mieliśmy już wprawdzie doświadczenie jazdy w takich warunkach, ale tutaj panował kompletny chaos.
W Tangerze oczywiście nie obyło się bez błądzenia, ale po godzinie jazdy w nocnym zgiełku około 22.00 dotarliśmy na miejsce. Maciek był mokry i wykończony.
Na hotelowym tarasie spotkaliśmy czterech Polaków, którzy pracują w Tangerze. Pogadaliśmy z pól godziny sącząc wodę mineralną i wykończeni ostatnimi trzema godzinami poszliśmy spać.

Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek

Dzień 6: Prom – Tanger, 70 km

Awatar użytkownika
Maćko
Posty: 614
Rejestracja: 14 grudnia 2008, 16:46
Motocykl: MG California, Norge
Lokalizacja: Łódź
Wiek: 52
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: Maćko » 12 listopada 2017, 14:23

Dzień siódmy – wtorek 23 maja 2017 roku

O godzinie 8.30 byliśmy już w siodle. Wcześniej zjedliśmy pierwsze ibisowsko-marokańskie śniadanie: bagietka, słodki chleb, kilka rodzajów bardzo słodkiego dżemu, masło, ser topiony, bliżej nieokreślona wędlina (których w Maroku właściwie nie ma) i beznadziejna kawa.
Eskapadę po Maroku zaczęliśmy, o ironio, od autostrady Tanger - Casablanca. Autostrady w Maroku są płatne i za ten odcinek 300 kilometrów zapłaciliśmy 110 dih (około 10 euro). Powiem tak, gdyby ktoś mnie umiejscowił na tej autostradzie, nie mówiąc w jakim kraju jestem, miałabym problemy z lokalizacją ponieważ:
- czerwony kolor ziemi przypominał Serbię,
- setki krzaków azalii były jakby żywcem wyjęte z włoskich krajobrazów,
- skupiska ogromnych agaw do złudzenia przypominały Czarnogórę,
- tylko plantacje wielkich palm daktylowych mogły sugerować, że jesteśmy w Maroku. Sama jazda wzdłuż wybrzeża była trochę nudna – prosta droga, dobry asfalt, uroku dodawały jedynie przydrożne wioseczki w iście marokańskim stylu. Drogi na zachodzie kraju wyglądają naprawdę tak samo, są po prostu dobre.
Kilkanaście kilometrów przed Casablancą (w której nie zamierzaliśmy się zatrzymywać) postanowiliśmy zjechać z autostrady, ominąć krajową N1 i w dół wybrzeża w kierunku El Jadida pojechać traktem nadmorskim R320. Ruch był jednak ogromy, trakt w remoncie, więc niewiele myśląc po kilku kilometrach postanowiliśmy wrócić na N1. Sama Casablanca nas rozczarowała – ruch jak cholera, korki, ulice w remoncie, bogate wille obok slumsów. W ogóle nie było czuć marokańskiego klimatu, którego się spodziewaliśmy. Dobrze, że wcześniej podjęliśmy decyzję o wykreśleniu jej „z listy do zaliczenia”. Miałam wprawdzie jedno założenie – zdjęcie przy znaku Casablanca. Śmiało można powiedzieć, że znak „nas wykiwał”. Nie było go ani przy drodze, którą wjeżdżaliśmy, ani przy drodze, którą wyjeżdżaliśmy. A przejazd przez miasto był chyba za karę, że nie chcemy go zwiedzić.
Przejechaliśmy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów N1 do El Jadidy, by stamtąd drogą wzdłuż Atlantyku ruszyć do miejsca, gdzie planowaliśmy dziś spać. Wczesnym popołudniem nasze kiszki dały o sobie znać, więc zatrzymaliśmy się w przydrożnym „barze” na pierwszego marokańskiego tagina. Spora porcja z dwiema marokańskimi sałatkami i obowiązkową colą dla bezpieczeństwa kosztowała 45 dih, czyli około 4 euro. Smak taginów i marokańskich sałatek będzie nam towarzyszył przez najbliższe kilkanaście dni. I o ile te pierwsze były do siebie podobne w całym Maroku, o tyle sałatki marokańskie smakowały inaczej w każdym z miejsc, gdzie ich próbowaliśmy.
Parę kilometrów za El Jadidą zjechaliśmy jeszcze tak blisko Atlantyku, jak się tylko dało, by pstryknąć kilkanaście urokliwych fotek.
Oualidia – osada znana z hodowli najlepszych ostryg w Maroku. To właśnie one były celem naszej dzisiejszej podróży. Szybko znaleźliśmy nocleg w pierwszym napotkanym hoteliku przy samej plaży, z restauracją, której taras wychodził wprost na ocean. Jakby tego było mało jego właściciel przy plaży miał hodowlę ostryg, którą oczywiście zwiedziliśmy, mając do tego pewność że za kilkanaście minut kilka z nich wyląduje na naszym stole.
Byliśmy piekielnie głodni, bo od rana zjedliśmy tylko śniadanie i tażina na spółkę. Kiedy zeszliśmy na kolację właśnie zachodziło słońce i widok z tarasu restauracji na Atlantyk był wprost powalający. Zamówiliśmy oczywiście porcję świeżych ostryg, sałatkę z kraba i awokado oraz marokańskie piwo. Po trzech dniach bagietek z kiełbasą była to iście niebiańska uczta. Żeby było jasne. Oboje uwielbiamy owoce morza w każdej postaci, ale ostrygi jedliśmy tylko raz w życiu, bardzo dawno temu i jakoś nie powaliły nas na kolana. Teraz mając świadomość smaków innych morskich stworzeń oraz miejsce, gdzie ich ponownie próbowaliśmy, nasze kubki smakowe zupełnie inaczej je odebrały. I to z korzyścią dla ostryg, które były po pierwsze wyśmienite, a po drugie niewiele kosztowały.
To był nasz pierwszy dzień w Maroku, a mimo to już dziś zobaczyliśmy jego wiele odcieni: wille w Casablance, dziesiątki slumsów w każdym z miast i miasteczek (z antenami satelitarnymi na każdym z nich), płoty upstrzone dywanami, przydrożne targi, grille z taginami i rybami, machające do nas marokańskie dzieci, ludzie na osiołkach, przeładowane do granic możliwości samochody. Jednak najciekawszym co dziś zobaczyłam to stojący na rogatkach każdego z miast policjanci i gotowe do rozłożenia w każdej chwili kolczatki. Dziwne to było wrażenie, ale po kolejnych dwóch dniach już przywykliśmy do tego widoku.

Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek

Dzień 7: Tanger – Rabat – Casablanca – El Jadida - Oualidia, 515 km

Awatar użytkownika
pawelki
Posty: 53
Rejestracja: 10 czerwca 2011, 21:12
Motocykl: XV 1100 , HD
Lokalizacja: Tomaszów Maz.
Wiek: 60
Status: Offline

Re: Moto Marocco 2017

Post autor: pawelki » 26 listopada 2017, 10:44

Pięknie i smakowo (ostrygi) ...I gdzie dalej droga prowadzi ?

ODPOWIEDZ